poniedziałek, 23 maja 2016

Ranking "RED CORNER" / cruiserweight / maj '16

Po królewskim limicie przyszedł czas na najbardziej "polską" i przy okazji jedną z najlepiej obsadzonych kategorii wagowych jaką niewątpliwie jest waga cruiser. Mamy tu mistrza Świata, byłego mistrza Świata i być może przyszłego mistrza Świata. Konkurencja też jest jednak bardzo duża. W ostatnim czasie nastąpiła długo wyczekiwana unifikacja tytułów, a także kilka weryfikacyjnych pojedynków, których wyniki pomogły mi w stworzeniu rankingu "RED CORNER" w tym limicie.
Standardowo - pierwsza "15" i rezerwowa "5"...
Zaczynamy !

#1
Denis Lebedev
29-2 (22 KO)

#2
Krzysztof Głowacki
26-0 (16 KO)

#3
Marco Huck
39-3-1 (27 KO)

#4
Grigory Drozd
40-1 (28 KO)

#5
Ilunga Makabu
19-1 (18 KO)

#6
Oleksandr Usyk
9-0 (9 KO)

#7
Mairis Briedis
20-0 (17 KO)

#8
Krzysztof Włodarczyk
50-3-1 (36 KO)

#9
Yunier Dorticos
21-0 (20 KO)

#10
Murat Gassiev
23-0 (17 KO)

#11
Beibut Shumenov
17-2 (11 KO)

#12
Dmitry Kudryashov
19-1 (19 KO)

#13
Tony Bellew
26-2-1 (16 KO)

#14
Michael Hunter
12-0 (8 KO)

#15
Micki Nielsen
21-0 (14 KO)

-----------------------------------------------------

#16
Noel Gevor
21-0 (10 KO)

#17
Mateusz Masternak
37-4 (26 KO)

#18
Rakhim Chakhiev
25-2 (16 KO)

#19
Michał Cieślak
12-0 (8 KO)

#20
Andrew Tabiti
13-0 (11 KO)

czwartek, 19 maja 2016

"Kiepski finał" w Kędzierzynie-Koźlu - podsumowanie gali...

Jak zwykle czekam kilka dni po gali, aż opadną emocje i można "na chłodno" podsumować galę. Tym razem kolejny raz mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bokserskim w wykonaniu mającego się coraz lepiej na pięściarskim podwórku Mariusza Grabowskiego. 
Promotor ten ma ściśle określony plan działania - posiada w swojej "stajni" kilku obiecujących zawodników i podpiera swoją galę głośnym nazwiskiem dla wzmocnienia atrakcyjności. Ostatnio najczęściej tym chwytliwym nazwiskiem jest... Wach. Mariusz Wach. 


W Kędzierzynie-Koźlu zaprezentowało się 10 panów i dwie panie, co stanowi iż kibice mieli przyjemność (wątpliwą?) obejrzeć 6 starć. Od początku...

Pierwszy pojedynek to prezentacja Michała Gerleckiego, który na tle mającego aż 22 porażki Węgra Atilli Palko miał pokazać się z bardzo dobrej strony po porażce z Geardem Ajetoviciem. 
W rzeczywistości było... różnie. Gerlecki z pewnością przeważał nad rywalem, w drugiej odsłonie aż trzykrotnie posłał Węgra na deski i wręcz obowiązkiem Polaka było zakończenie tej nierównej walki. Tak się jednak nie stało. Gerlecki pokazał, że ma bardzo duże luki w obronie i nie dysponuje ciosem, lub też jego kumulacją, która mogłaby w takich okolicznościach zakończyć walkę. Palko dreptał, oddychał rękawami, a jednak dotrwał do końca walki i - co najśmieszniejsze - ukradł Polakowi ostatnią rundę. Gerlecki wygrał jednogłośnie i wysoko, lecz koniecznie musi wyciągnąć wnioski na przyszłość z tego pojedynku. Jeszcze rok temu potrafił zastopować Stjepana Bozicia, a w Kędzierzynie nie potrafił rozbić Atilli Palko z Węgier. To nie jest dobry prognostyk na przyszłość.

Trzecią kolejną wygraną po dość niespodziewanej porażce zanotował z kolei Robert Parzęczewski. "Arab" nie patyczkował się zbyt długo, pokazał się krótko, ale bardzo dobrze. W pierwszej odsłonie napoczął Eryka Ciesłowskiego, a w drugiej potężnym prawym sierpowym walkę zakończył. Zrobił dokładnie to, czego nie potrafił Michał Gerlecki. Parzęczewski dalej brnie w swoim ustalonym kierunku i ciągle nie zmienia swojego podejścia - chce zdobyć tytuł mistrza Świata wcześniej niż zrobił to Krzysztof Włodarczyk. "Diablo" sięgnął po pas pokonując Steve'a Cunninghama mając dokładnie 25 lat i 2 miesiące. "Arab" w październiku obchodzić będzie 23 urodziny, więc ma jeszcze trochę czasu. Na chwilę obecną powinien spróbować doprowadzić wraz ze swoim promotorem do rewanżowego pojedynku z Francuzem Jessy'm Luxembourger, który odebrał mu zero z rekordu. 


Przyszedł w końcu czas na pojedynek pań. Ogromną faworytką walki była oczywiście Oleksandra Sidorenko. Ukrainka kapitalnie zaprezentowała się na tle surowej, lecz niezwykle ambitnej Klaudii Szymczak. Widać, ze Sasza prezentuje świetny technicznie boks, w którym jest dużo kombinacji i pracy na nogach. Ukrainka niemiłosiernie znęcała się nad Polką, jednak nie potrafiła dokończyć dzieła zniszczenia. Sidorenko w swojej karierze nie wygrała ani jednej walki przed czasem, jednak zupełnie nie przeszkadza jej to w dominowaniu swoich rywalek. Praktycznie z każdą dotychczasową przeciwniczką Sasza wygrała wszystkie starcia. Warto wspomnieć, że Klaudii Szymczak znokautować nie potrafiły także Ewa Brodnicka i Ewa Piątkowska. Ta druga jest teraz ponoć na radarze Sidorenko i jej promotora, Mariusza Grabowskiego. Grabowski chciałby, aby Ukrainka zaboksowała z "Tygrysicą" o jej pas mistrzyni Europy, jednak ta najpierw chętniej spotka się w rewanżu z Brodnicką... 
Tak czy owak, znakomity występ Oleksandry Sidorenko.


Po występie Sidorenko z Szymczak między linami pojawili się 25-letni Adam Balski i 34-letni Łukasz Rusiewicz. To pojedynek, na który najbardziej czekało większość kibiców. Odważna weryfikacja Balskiego już w piątym zawodowym pojedynku. Eksperci mieli różne zdania na temat tego ruchu, gdyż Rusiewicz jest jednym z najbardziej twardych i wymagających journeymanów wagi cruiser. Balski dotychczas czterokrotnie kończył walki przed czasem i - dość nieoczekiwanie - był tego bliski także w Kedzierzynie-Koźlu. Rusiewicz dwukrotnie padał na deski po ciosach młodego i niesamowicie ambitnego Balskiego i na miękkich nogach wracał do narożnika na przerwę. Pokazał on natomiast, że niewiarygodnie trudno jest go przełamać, gdyż cały czas przyjmując ciosy parł do przodu jak czołg. Dla młodego junior ciężkiego grupy Tymex Boxing Promotions ta walka była sporym sprawdzianem, ale Balski ten test zdał śpiewająco. Pokazał, że warto na niego stawić i że może wziąć na swoje barki ciężar uciągnięcia grupy Mariusza Grabowskiego. Z pewnością już jest jednym z motorów napędowych stajni. Adam może czuć się jednym z największych wygranych gali w Kędzierzynie. 



Po dobrym widowisku w wykonaniu Balskiego i Rusiewicza przyszedł czas na najsłabszą walkę tego wieczoru. Marcin Siwy i Andre Bunga - obaj ważący powyżej 110 kilogramów - toczyli bardzo przeciętny pojedynek na środku ringu, częściej klinczując i przepychając się po macie niż zadając czyste ciosy. Marcin próbował ciosów na dół, Niemiec obszernie bił na głowę. Obaj walczyli "po swojemu" dzięki czemu między linami panował istny chaos. W połowie tej zakontraktowanej na 8 rund walki zawodnicy słaniali się już na nogach i nie wyglądało to dobrze z perspektywy kibica. Siwy po raz kolejny pokazał, że "z tej mąki nie będzie chleba", prezentował pchane ciosy, za którymi w ogóle nie szły nogi. Bunga dostosował się do tego poziomu i nie próbował wychodzić przed szereg. Walka zakończyła się jednogłośną, choć niewyraźną wygraną Polaka w stosunku 77-75. Panowie po walce wyglądali jakby przebiegli maraton. Marcin Siwy pomimo rekordu 15-0 prezentuje okropnie surowy boks, nie wspominając w ogóle o technicznych sprawach. Nie wiem po co holowany jest przez Mariusza Grabowskiego, lecz jednego jestem pewien - pierwszy z brzegu chociaż minimalnie poprawny technicznie pięściarz będzie w stanie skarcić Marcina, a przyzwoity zawodnik zakończy jego mało atrakcyjną karierę.


To nie był wieczór ciężkich. W walce wieczoru po porażce z Alexandrem Povetkinem wrócił Mariusz Wach. Rywal - Marcelo Luiz Nascimento, czyli etatowy dostarczyciel wygranych w rekordzie czołówki i zaplecza wagi ciężkiej. Brazylijczykowi jeszcze nigdy nie udało się wyrgać walki z przeciwnikiem o lepszym rekordzie. Najbliżej był - o zgrozo - w Kędzierzynie-Koźlu.
Nie byłem, nie jestem i z pewnością nigdy nie będę pasjonatem boksu w wykonaniu Wacha, ale jego występy przeradzają się powoli w kabaret lub jakąś mało śmieszną komedię. Piotr Wilczewski przed walką zapowiadał, że Mariusz ma w tej walce pokazać się z dużo lepszej strony, więcej operować pasywną wcześniej prawą ręką. Wyszło to bardzo kiepsko. Powiem głośno - dla mnie Mariusz Wach nie powinien tej walki wygrać. Może jej nie przegrał, ale remis byłby sprawiedliwym rezultatem. Nascimento rzucał cepami, jakby ciągnął je z przeciwnego narożnika, publiczność zdążyła się uchylić, ale Mariusz... nie. Mariusz zbierał wszystkie (!) prawe overhandy Brazylijczyka na twarz, co poskutkowało rozcięciem w okolicy lewego ucha. Polak nie zadawał w ogóle ciosów, dreptał po ringu w poszukiwaniu odpowiedniej pozycji do rozpoczęcia ataku, rywal wręcz zapraszał go do bitki, a Wach... chodził dalej. Sędziowie chyba sami nie wiedzieli co oceniają i jak mają to zrobić, żeby dać wygraną Wachowi, a jednocześnie zbyt mocno nie skrzywdzić aktywniejszego Nascimento. Najbardziej wygłupił się Robert Gortat, który punktował 98-92 dla Polaka. Najbliższy prawdy był natomiast Krzysztof Bubak punktujący 96-95. 
Mariusz w wywiadzie po walce powiedział, że rywal nie pasował mu swoim stylem. Ale czy on miał jakikolwiek styl? Jeśli taki "styl" nie pasował Wachowi, to który będzie pasował? Wstyd było patrzeć na Mariusza w tej walce. 
Jest zdecydowanie jakiś głębszy problem. Gdzie? Nie wiem, lecz się domyślam. Moja teza jest taka, że Piotr Wilczewski nie ma żadnego autorytetu u Mariusza. Traktują się jak kumple i taka relacja bardziej ich łączy niż relacja trener - zawodnik. Mariusz potrzebuje trenera z prawdziwego zdarzenia, który będzie miał jaja uderzyć pięścią w stół i postawić "Wikinga" do pionu. Ale czy warto? Moim skromnym zdaniem nazwisko Wacha będzie działać już tylko jako wabik na "januszy" boksu, oczywiście na galach Tymex Boxing Promotions...



Podsumowując krótko - okropnie słabe występy w dwóch ostatnich walkach nieco zaburzyły ogólną opinię o tej gali. Kibice widząc poczynania Marcina Siwego i Mariusza Wacha z pewnością wyszli z hali zawiedzeni. Obaj ciężcy muszą przemyśleć swoją przyszłość, a Mariusz Grabowski musi przemyśleć, czy nadają się aby dalej ich promować. 
Ale są też plusy - takim z pewnością była Oleksandra Sidorenko. Jeśli chodzi o walory stricte techniczne, Ukrainka wygląda na tle swoich kolegów z kędzierzyńskiej gali, jakby przyleciała z innej planety. Bardzo duży plus można także postawić przy nazwisku Adama Balskiego. To chłopak, który ma odpowiednią charyzmę do uprawiania tego sportu. To perełka w grupie pana Grabowskiego, więc promotor ma się jednak z czego cieszyć. Trzeci plus to Robert Parzęczewski. Pokazał się z dobrej strony, udowodnił że jest silny i wie, do jakiego celu zmierza. 
Mariusz Grabowski musi dokonać selekcji swoich podopiecznych. Są tu osoby, które są w stanie wziąć na siebie ciężar tej "stajni". Inni natomiast zupełnie się nie nadają, przez co niweczą wysiłek lepszych...

wtorek, 17 maja 2016

Ismail Abdoul - dostarczyciel doświadczenia...

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego obszerny artykuł o zwykłym journeymanie i dostarczycielu zwycięstw do rekordów często młodych i dopiero aspirujących cruiserów?
Ano, dlatego że Belg swoją aktywnością wybija się poza ramy i standardy dzisiejszego boksu - pod koniec kwietnia stoczył swoją... 99 zawodową walkę. I wygrał.


W listopadzie Abdoul obchodził będzie 20-lecie swoich występów na zawodowych ringach. Do tej pory na pewno pojawi się na ringu po raz setny. Średnia imponująca - 5 walk w roku - przez okrągłe 20 lat.
Co jeszcze ciekawsze - Belg nie jest "objazdowym cyrkiem", który przyjeżdża, daje występ (albo i nie), liczy pieniądz i wraca do domu. To wciąż bardzo mocny zawodnik, który z walki na walkę pokazuje się z bardzo dobrej strony. To prawdziwy tester i mówiąc kolokwialnie "dostarczyciel doświadczenia" i prawdziwy wojownik.


Już wiadomo, jak długa jest lista jego przeciwników. Warto zagłębić się w szczegóły i sprawdzić, komu przez te 20 lat kariery musiał stawiać czoła:

Krzysztof Włodarczyk, RuedigerMay, Giacobbe Fragomeni, Vincenzo Cantatore, Enzo Maccarinelli, Tomasz Adamek, Alexey Trofimov, Dawid Kostecki, Don Diego Poeder, David Haye, Lubos Suda, Marco Huck, Rudolf Kraj, Enad Licina, Yoan Pablo Hernandez, Rob Norton, Tomasz Hutkowski, Ivica Bacurin, Mateusz Masternak, Mike Perez, Goran Delić, Richard Towers, Dmytro Kucher, Krzysztof Głowacki, Christophe Dettinger, Iago Kiladze, Łukasz Janik, Ben Nsafoah, Stjepan Vugdelija, Murat Gassiev, Shalva Jomardashvili, Noel Gevor, Michał Cieślak, Mairis Briedis, Joel Tambwe Djeko, Arsen Goulamirian, Micky Nielsen, Imre Szello, Sami Enbom, Janne Forsman...




Aż dziwnie jest w tym momencie stwierdzać, że największymi sukcesami Ismaila Abdoula było posiadanie pasów Mistrza Unii Europejskiej, WBF International, WBC Mediterranean oraz tytułu Mistrza Belgii i krajów Beneluxu. Dwukrotnie pretendował do tytułu Mistrza Europy, a ani razu nie było mu dane powalczyć o tytuł Mistrza Świata.

Abdoul aż 61 razy walczył w swoim rodzinnym kraju i gdyby do rekordu liczyć tylko walki rozegrane w Belgii, jego bilans brzmiałby 57-3-1 !!!
To oznacza, że stoczył 38 wyjazdowych pojedynków, z czego dwie wygrał, dwie zremisował i 34 zakończył jako przegrany.

Aż dziesięciokrotnie gościł w Polsce i to w naszym kraju zanotował jedną z dwóch swoich wyjazdowych wygranych. Nie rywalizował jednak wtedy z Polakiem, a jego rywalem na gali w Chełmie w 2009 roku był Remigijus Ziausys.

Walki Ismaila z Polakami przedstawiają się natomiast następująco:

2002 - vs Krzysztof Włodarczyk - LOSS - TKO 12
2004 - vs Tomasz Adamek - LOSS - UD 8
2005 - vs Dawid Kostecki - LOSS - UD 12
2009 - vs Tomasz Hutkowski - LOSS - UD 10
2010 - vs Mateusz Masternak - LOSS - UD 12
2012 - vs Krzysztof Głowacki - LOSS - UD 6
2012 - vs Łukasz Janik - LOSS - UD 8
2014 - vs Krzysztof Głowacki - LOSS - UD 8
2014 - vs Michał Cieślak - LOSS - UD 6




Warto w tym miejscu wspomnieć, że przegrana przez nokaut w ostatniej rundzie z "Diablo" to jedyna (!!!) porażka Belga poniesiona przed czasem. Dodam, że Polak przegrywał walkę z Abdoulem do momentu przerwania.
Najlepiej na tle Ismaila zaprezentowali się Mateusz Masternak i Michał Cieślak, którzy zapisali na swoje konto wszystkie rundy (odpowiednio 12 i 6).

Ze względu na to, iż zawodnik z Belgii nie nokautował zbyt często (20%) i sam tylko raz przegrał przed czasem - jest absolutnym rekordzistą w ilości przeboksowanych rund. W tym przypadku śmiało można stwierdzić, że Ismail między linami "zjadł zęby" - 720 rund daje ok. 2160 minut, a to następnie aż 36 godzin aktywnego boksowania. To półtora dnia. Rekordzista !!!


Ciężko było spodziewać się, że reprezentant Belgii dobije do tak niesamowitej jak na dzisiejsze realia granicy, jeśli chodzi o liczbę walk. Przez pierwsze 4 lata kariery pojawił się w ringu ledwie 11 razy, a do 2003 roku walczył średnio 2-3 razy na rok.
Od 2004 roku zaczęło się to zmieniać.

Liczba walk Ismaila Abdoula w poszczególnych latach kariery:

1996 - 2
1997 - 4
1998 - 3
1999 - 2
2000 - 2
2001 - 4
2002 - 3
2003 - 2
2004 - 8
2005 - 6
2006 - 4
2007 - 5
2008 - 0
2009 - 6
2010 - 6
2011 - 9
2012 - 7
2013 - 6
2014 - 9
2015 - 6
2016 - 4 (do maja)


Belg w ostatnich latach był bardzo aktywny, więc nie wiadomo na jakiej liczbie zakończy karierę. Ma już co prawda 39 lat, jednak w ringu niezmiennie od lat prezentuje stabilną dyspozycję.

Wielki szacunek dla Ismaila Abdoula - z pewnością na walkach z nim i wyniesionym wtedy doświadczeniu skorzystała zdecydowana większość jego ringowych przeciwników. To dobry duch pięściarstwa i niech tak zostanie...

Z całego serca życzę mu wygranej w walce numer 100. A ta pewnie już niedługo...

poniedziałek, 16 maja 2016

Ranking "RED CORNER" / heavyweight / maj '16

Nie dojdzie ostatecznie do skutku walka Alexandra Povetkina z Deontayem Wilderem, a szczególnie na jej rozstrzygnięcie czekałem, aby zaktualizować ranking RC. Na pierwszy rzut standardowo idzie królewska kategoria. 
Rankingi to kolejna z etykiet, które będą cyklicznie pojawiać się na blogu. Dotyczyć będą wszystkich wag, a aktualizowane będą z częstotliwością 3-6 miesięcy.
W tym miejscu pragnę tylko zaznaczyć, że ranking - podobnie jak wszystko, co pojawia się na tym blogu - to moje subiektywne zdanie i nie ma nic wspólnego z rankingami ESPN, Boxrec itp.
W rankingach "RED CORNER" znajdzie się miejsce dla 20 najlepszych zawodników poszczególnych limitów wagowych - pierwsza "15" i rezerwowa "5".

Zaczynamy !

#1
Tyson Fury
25-0 (18 KO)

#2
Deontay Wilder
36-0 (35 KO)

#3
Wladimir Kliczko
64-4 (53 KO)

#4 
Alexander Povetkin
30-1 (22 KO)

#5
David Haye
27-2 (25 KO)

#6
Anthony Joshua
16-0 (16 KO)

#7
Luis Ortiz
25-0 (22 KO)

#8
Joseph Parker 
18-0 (16 KO)

#9
Johann Duhaupas
34-3 (21 KO)

#10
Kubrat Pulev
23-1 (12 KO)

#11
Carlos Takam
33-2-1 (25 KO)

#12
Alexander Ustinov
33-1 (24 KO)

#13
Bryant Jennings
19-2 (10 KO)

#14
Lucas Browne
24-0 (21 KO)

#15
Dominic Breazeale
17-0 (15 KO)

-------------------------------------------------------

#16
Andy Ruiz Jr
27-0 (18 KO)

#17
Vyacheslav Glazkov
21-1-1 (13 KO)

#18
Artur Szpilka
20-2 (15 KO)

#19
Hughie Fury
20-0 (10 KO)

#20
Adrian Granat
12-0 (11 KO)


sobota, 14 maja 2016

Równia pochyła Andrzeja Sołdry.

Zapowiadał się niezwykle obiecująco. Zawodnik, który od początku swojej zawodowej kariery nie bał się wyzwań, który bił się odważnie i tak samo odważnie prowadzony był przez promotorów - Andrzej Sołdra.


Wróćmy jeszcze na moment do kariery amatorskiej Andrzeja - w 2006 roku zdobył brązowy i złoty medal mistrzostw Polski seniorów, jednak z powodu braku pieniędzy na kontynuację kariery postanowił wyjechać "za chlebem" do Irlandii, gdzie przyjął się do pracy w tamtejszej rzeźni. 
Na początku swojej zawodowej kariery często powtarzał: "jeśli nie wyjdzie mi w boksie, zawsze mam drzwi otwarte do powrotu do pracy w rzeźni w Irlandii". Karierę amatora zakończył w 2011 roku. Wygrał 82 walki, zaliczył 13 porażek i 3 remisy. Zapowiadał się na ciekawego zawodowca...

O kontrakt z Sołdrą zabiegał Tomasz Babiloński i jego Babilon Promotions, z którym zawodnik podpisał stosowną umowę. Pod koniec 2011 roku Andrzej zdążył jeszcze odprawić dwóch rywali Dmitrijsa Vdovinsa i Egidijusa Kakstysa kończąc rok z bilansem 2-0, 1 KO. W 2012 roku Sołdra pokazał pełny zakres swoich wysokich umiejętności - w marcu szybko znokautował Dmitrija Prtotkunasa, a w sierpniu Steve'a Kroekela. I znów na koniec roku Sołdra okazał się aktywny. Najpierw w październiku zastopował w siódmej rundzie niepokonanego wcześniej Ricky Dennisa Pow'a, a nieco ponad miesiąc później po niesamowicie twardej walce wypunktował - również zadając rywalowi pierwszą porażkę - Julio Acostę. Rok 2012 Andrzej Sołdra skończył z bilansem 6-0, 4 KO.
W 2013 roku Sołdra po raz pierwszy miał spory problem w ringu. Jego koszmarem okazał się skazywany na porażkę Bartłomiej Grafka. Zakontraktowana na sześć rund walka układała się po myśli Andrzeja, który wygrywał rundę za rundą, jednak dał się trafić rywalowi, który poszedł za ciosem i dwukrotnie zapoznał się z deskami ringu w Legionowie. Ostatecznie końcówka zdecydowanie należała do rywala, który zdołał odrobić poniesione wcześniej straty i wyrwać Andrzejowi remis. 

W grudniu 2013 roku czekał na Andrzeja kolejny poważny test - do Białobrzegów przyjechał mający na koncie 50 zawodowych walk Lorenzo Di Giacomo. Była to zdecydowanie najlepsza walka Sołdry w karierze, któremu udało się znokautować sławniejszego przeciwnika. Warto wspomnieć, że Włoch tylko dwukrotnie przegrywał przed czasem. Został znokautowany przez Andrzeja Sołdrę i... w Erica Daponte w 2000 roku. Polak zakończył kolejny rok z bilansem 9-0-1, 5 KO.

Bardzo słabo zaczął się rok 2014. Sołdra miał pomścić Macieja Miszkinia i pokonać nieznanego szerzej młodziutkiego Niemca, Vincenta Feigenbutza. Niestety, rywal po raz kolejny sprawił Polakom psikusa i jeszcze szybciej zakończył walkę - aby znokautować Andrzeja potrzebował zaledwie 138 sekund. Sołdra w połowie roku wrócił walką z Danielem Urbańskim, ale najciekawsze znowu miało przyjść na koniec roku. W listopadzie miał spotkać się z wracającym na ring po pobycie w więzieniu Dawidem Kosteckim. Andrzej miał być przystankiem przed powrotem "Cygana" na szczyt. Prawdę mówiąc, prawie nikt nie brał pod uwagę opcji, że Kostecki tą walkę przegra. Jak się skończyło - wie chyba każdy kibic boksu. Była to ostatnia zawodowa walka Dawida. Walka przegrana. Po wielkiej wojnie zwycięzcą okazał się Andrzej Sołdra, co zaskoczyło chyba także jego samego. Rok 2014 Sołdra zakończył z bilansem 11-1-1, 5 KO. 



I niezwykle źle zaczął się kolejny rok dla Polaka. Yevgeni Makhteienko miał być typowym "zawodnikiem na powrót", a rzeczywistość okazała się dużo bardziej brutalna. Okazało się, że Ukrainiec ma bardzo silną rękę, którą dosięgnął Andrzeja i znokautował w drugiej rundzie. Przy upadku Sołdra pechowo jeszcze nabawił się fatalnej kontuzji nogi, co wykluczyło go z gry na prawie rok. Mit świetnej walki z Kosteckim już w następnym pojedynku został kompletnie pogrzebany. 


Andrzej przed kontuzją i po kontuzji to dwóch innych pięściarzy. To opinia moja i większości ekspertów bokserskich. Andrzej wrócił na gali w Legionowie, gdzie skrzyżował rękawice z Sebastianem Skrzypczyńskim. Moim osobistym zdaniem tą walkę przegrał, jednak sędziowie Gulc i Molenda przyznali mu - absurdalnie - wszystkie sześć rund. Niecały miesiąc później - po decyzji o zakończeniu kariery przez Macieja Miszkinia - stoczył walkę z Tomaszem Gargulą o nieoficjalny tytuł najlepszego super średniego w Polsce. Sołdra w tej walce zaprezentował się tragicznie i całkowicie słusznie przegrał z mniej medialnym przeciwnikiem. Sędziowie próbowali wyciągać Andrzeja za uszy, pan Jankowiak nawet wypunktował jego wygraną, jednak tym razem sędziowie Kardyni i Molenda prawidłowo wypunktowali zwycięstwo "Tomery".


Ostatni występ Sołdry miał miejsce wczoraj - na gali w Londynie miał stawić czoła medaliście Olimpijskiemu z Pekinu, Vijenderowi Singhowi z Indii. Sołdra - do czego już przyzwyczaił - zapowiadał świetną formę i wygraną w wyjazdowej walce, jednak zaprezentował się tak, jakby pierwszy raz miał rękawice bokserskie na dłoniach. Rzucał ciosami tak, jakby odganiał się od much, w swoim stylu przytulał się do rywala, a obronę miał dziurawą jak szwajcarski ser. Z deskami ringu w Londynie zapoznał się już w pierwszej rundzie, a walka zakończyła się w trzeciej. Sędzia tego pojedynku widząc bezradność Polaka skończył ten nierówny pojedynek oszczędzając Andrzejowi trochę zdrowia...


Obecnie bilans podopiecznego Tomasza Babilońskiego nie przedstawia się już tak interesująco - 12 wygranych, cztery porażki i remis. Trzy z czterech porażek poniesione przed czasem. 
Andrzej wydaje się rozbity. 
Jak będzie wyglądała jego najbliższa przyszłość? Czy będzie chciał pełnić rolę journeymana, zawodnika na telefon czy jednak powróci do tego, co wychodziło mu ponoć całkiem dobrze - do pracy w rzeźni w Irlandii?

czwartek, 12 maja 2016

"Na styku" w Tarnowie - podsumowanie gali...

Minęło już dobrych kilka dni od gali w Tarnowie, jednak miałem nieoczekiwane problemy z dostępem do internetu, dlatego podsumowanie gali z niewielkim opóźnieniem.
Wydarzenie odbyło się 7 maja, a w walce wieczoru wystąpił - po raz pierwszy w karierze - rodowity Tarnowianin, Dariusz Sęk. Ponadto oglądaliśmy ciekawą walkę pań i kilka bardzo wyrównanych pojedynków... 


Ale od początku i do dzieła...!

Rozpoczął całkowicie anonimowy średni, Piotr Biś z Tarnowa. Nie ma sensu się tu zbytnio rozpisywać, gdyż była to walka nie transmitowana w telewizji. Cytując klasyka: "Nie wiem dlaczego, ale się domyślam..."

Przekaz telewizyjny rozpoczął Robert Świerzbiński. Zawodnik grupy Wschodzący Białystok Boxing Team pokazał się na miarę swojego talentu i umiejętności. Od dawna twierdzę, że jest to pięściarz, który walczy stylem podwórkowym. Bardziej sercem, niż głową. W swoich walkach przeplata momenty, kiedy walczy ostro z tymi, kiedy całkowicie się gubi. Przez to raz bardzo miło się go ogląda, a innym razem nie da się patrzeć na jego boks. Ilya Kharlamau, który przyjechał jako oponent Świerzbińskiego nieoczekiwanie sprawił mu bardzo dużo problemów, czego zwieńczeniem było bardzo głębokie rozcięcie łuku brwiowego, co poskutkowało przerwaniem walki i podliczeniem punktów. Polak wygrał walkę, jednak jeden z sędziów - całkiem słusznie - punktował remis...


Następnie na ring wyszedł ten, który mimo młodego wieku i niewielkiego doświadczenia już przyciąga uwagę kibiców i ekspertów. Paweł Stępień, uznawany za jeden z największych talentów w polskim boksie ostatnich lat po raz kolejny nie zostawił rywalowi złudzeń. Dariusz Grajdek legitymował się podobnym rekordem do Stępnia i na początku walki nie pozostawał mu dłużny. Sporo wyższy Stępień jednak stosunkowo szybko wybił rywalowi z głowy chęć wygrania tej walki. Tym razem wyszedł poza pierwszą odsłonę, ale już w drugiej zakończył pojedynek bardzo efektownie. Ten chłopak się świetnie rozwija. Na gali w Szczecinie miał zmierzyć się już z Tomaszem Gargulą, jednak ostatecznie "Tomera" zrezygnował z tej opcji. Ogromna szkoda. Świetnie się ogląda Pawła Stępnia...

Przemysław Opalach pokazał się po dość długim czasie w telewizyjnym przekazie. Sam nie umiem powiedzieć dlaczego, ale mam jakiś sentyment do tego pięściarza. Znam jego historię, wiem, że jest zdany tylko i wyłącznie na siebie i szanuje go za to, co potrafił z tego wycisnąć. Nie ma co ukrywać jednak, że nie jest to wirtuoz szermierki na pięści. Zakontraktowana na sześć starć walka z Ericlesem Torresem Marinem pokazała to bardzo dobitnie. Owszem, Przemek dość wyraźnie wygrał pojedynek i posłał nawet Węgra na deski, jednak nie ustrzegł się błędów, które zawodnik z nieco silniejszym ciosem mógłby bezlitośnie wykorzystać. Moim zdaniem punktacja odrobinę za wysoka, lecz zdecydowana wygrana Opalacha. Obawiam się jednak, że lepsi rywale mogą sobie ze "Spartanem" poradzić...


Po krótkiej przerwie w ringu zaprezentowała się mistrzyni Europy wagi półśredniej, Ewa Piątkowska. Jej rywalka, Karina Kopińska walczy w limicie wagi piórkowej, więc przewaga warunków naturalnie leżała po stronie "Tygrysicy". Ale w ringu nie przekładało się to na znaczącą przewagę. Niezwykle zmotywowana, twarda i odporna na ciosy Kopińska kilkukrotnie przedarła się przez gardę Piątkowskiej. Walka oscylowała w dużo ciosów i mało obron. Bardzo twardy pojedynek na przełamanie. Dla walecznej Kopińskiej było to jednak kopanie się z koniem, co przepłaciła rozbitym nosem w końcowych momentach walki. Zaprezentowała się jednak bardzo dobrze i ani razu nie dała Piątkowskiej szansy na skończenie walki przed czasem. Ewa musi popracować nad kombinacjami i - przede wszystkim - obroną. Znana była ze swojej siły, a ostatnią "czasówkę" zafundowała rywalce w 2014 roku. "Tygrysica" głośno mówi o walce z Cecilią Breakhus, a o walce z Piątkowską mówi Oleksandra Sidorenko. Obie wersje bardzo ciekawe...


Adrei Staliarchuk to już etatowy rywal polskich pięściarzy i przede wszystkim solidny tester. Walczący bardzo twardo i niewygodnie dla rywala potrafi sprawić problemy, o czym przekonali się wszyscy Polacy z nim walczący... oprócz Michała Syrowatki. Białorusin wygrał z Dariuszem Snarskim, pokonał Dawida Kwiatkowskiego po czym zremisował z nim w rewanżu, zremisował także z Damianem Wrzesińskim, a z Michałem Leśniakiem i Konradem Dąbrowskim przegrał po niejednogłośnych i - powiedzmy sobie jasno - kontrowersyjnych werdyktach sędziowskich. Tylko Michał Syrowatka wyraźnie i bez kontrowersji pokonał Staliarchuka w 2013 roku. W Tarnowie panowie spotkali się po raz drugi i walka miała podobny przebieg. Polak potrafił nawet rzucić rywala na deski, ale nie dał rady wykończyć roboty. Białorusin przegrywał na zawodowych ringach 26 razy, jednak tylko czterokrotnie przed czasem. Syrowatka bardzo chciał wygrać przez nokaut, rozbił przeciwnika, jednak o końcowym rezultacie znów decydowali sędziowie. Ci byli jednomyślni i dali Michałowi bardzo wysokie punktowe zwycięstwo. Trzeba przyznać, że Syrowatka zaboksował na wysokim poziomie i być może już czas, aby sprawdzić go z jakimś solidnym rywalem.

Walka wieczoru tradycyjnie wzbudzała najwięcej emocji. Rodowity Tarnowianin, Dariusz Sęk po raz pierwszy w zawodowej karierze zaprezentował się rodzimej publiczności. To wszystko zamiast zmotywować Sęka, wyraźnie go chyba usztywniło, gdyż pojedynek z Jewgienijem Machtejenko miał wyglądać zupełnie inaczej. Kiedy panowie spotykali się ponad rok temu, po ośmiu rundach punktacja wszystkich sędziów brzmiała 80-72. W Tarnowie miało być równie łatwo i przyjemnie... a nie było. Wyraźnie wyluzowany Ukrainiec lepiej wszedł w pojedynek i punktował Polaka, który nieumiejętnie wyprowadzał kombinacje nadziewając się na kontry. Trener Gmitruk przekazywał Darkowi cenne wskazówki, jednak Polak wydawał się ich nie słyszeć. Dopiero w okolicach czwartej rundy Polak zaczął boksować lepiej, co przełożyło się na obraz walki. Kiedy wydawało się, że Sęk ostatecznie przełamał przeciwnika i odzyskuje przewagę, w ostatniej rundzie jako kompletnie opadł z sił, co poskutkowało efektowną końcówką ze strony Machtejenki. Dariusz niespokojnie oczekiwał werdyktu sędziowskiego. Na mojej karcie widniał remis 76-76, jednak znów poznaliśmy dobroć polskich rozjemców. Mirosław Brózio i Włodzimierz Gulc punktowali 77-75, zaś Dariusz Zwoliński 78-74 dla Polaka, który jednak bardzo ciężko oddychał po ostatnim gongu. Jeśli legitymujący się rekordem 6-3 Ukrainiec przyjeżdża i sprawia takie problemy Sękowi, ciężko jest ufać, że Polak jest gotowy do walk z najlepszymi. Bardzo widoczny i wręcz uciążliwy jest również brak silnego ciosu u Darka, a ja osobiście mam wrażenie że nie ma on także odporności. Silny cios w punkt może uśpić Dariusza Sęka w mgnieniu oka...


Gala przeszła do historii...
Nie było jakiś większych emocji, ale nie było też usypiających walk, jakie miały miejsce na wcześniejszych wydarzeniach bokserskich. Ze sportowego punktu widzenia najciekawsza była jednak konfrontacja kobiet, co nie do końca dobrze świadczy o zawodnikach występujących na tej gali. Jest dobrze, ale może być lepiej.