czwartek, 13 października 2016

Tyson Fury.

Długo zastanawiałem się, jak zatytułować ten artykuł przedstawiający sytuację jednego z najbardziej (o ile nie najbardziej) popularnych pięściarzy ostatnich dni, tygodni, miesięcy. Doszedłem do wniosku, że jest on geniuszem i błaznem w jednej osobie. Wszystko, co możemy o nim powiedzieć i pomyśleć mieści się się w dwóch słowach - jego imieniu i nazwisku. Po prostu. Tyson Fury.


Anglik urodził się w 1988 roku w szóstym miesiącu ciąży. Jego sytuacja zaraz po narodzinach nie była klarowna - lekarze przygotowywali rodziców nawet na najgorsze. Jego ojciec - John Fury, wcześniej w podobnych okolicznościach stracił dwie córki. W tym przypadku miał jednak ogromną nadzieje. Postanowił dać synowi na imię Tyson, świadczące o wielkiej sile ówczesnego mistrza wagi ciężkiej, Mike'a Tysona.


Młody Fury poradził sobie i wyrósł na - o zgrozo - ponad dwumetrowego, silnego mężczyznę. Boks zaczął trenować za namową ojca. John Fury był pięściarzem, który zakończył karierę zawodową z bilansem 8-4-1. Tyson chciał więcej. Kariera amatorska średnio go interesowała. Od początku stawiał na zawodowstwo. 
Na amatorskich ringach stoczył zaledwie 34 pojedynki, z czego 30 wygrał, a 26 zakończył przed czasem.
Jego największym amatorskim sukcesem był brązowy medal młodzieżowych mistrzostw Świata w 2006 roku. W tym samym roku - mając niecałe 18 lat rzucił na deski Davida Price'a. 


Fury liczył na występ na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie i nawiązanie do sukcesów chociażby Lennoxa Lewisa, jednak przeliczył się - do Chin pojechał David Price (przywiózł brązowy medal), a Tyson Fury musiał obejść się smakiem. Do następnej Olimpiady trzeba było czekać kolejne cztery lata, więc zdecydował się na karierę zawodowca - podpisał kontrakt z Mickiem Hennesey'em.


Mierzący aż 206cm Fury zadebiutował w grudniu 2008 roku mając 20 lat. Spotkał się z Węgrem Belą Gyongyosi'm i zastopował go po 134 sekundach. Tak rozpoczęła się zawodowa kariera pięściarza, który kilka lat później stanie się najpopularniejszym zawodowcem Świata...

W pierwszym roku zawodowej kariery Tyson Fury stoczył dziewięć pojedynków. Wszystkie wygrał. Siedem zakończył przed czasem, a dwukrotnie czekał na decyzję sędziów. Już wówczas eksperci widzieli przed nim świetlaną przyszłość i wróżyli mu status czempiona. Pierwszy rok startów Anglik kończył z tytułem mistrza Anglii pokonując Johna McDermotta. Pół roku później spotkał się z tym samym rywalem w rewanżu i znokautował go. W 2011 roku Fury spotkał się w ringu z niepokonanymi przeciwnikami. Najpierw był to Marcelo Luiz Nascimento z Brazylii, którego Anglik zastopował w piątej rundzie, a następnie rodak, Dereck Chisora, z którym stoczył bój o pas mistrza Wspólnoty Brytyjskiej. Fury dość wyraźnie wypunktował rodaka, czym zyskał przychylność kolejnych ekspertów. Pod koniec 2011 roku zmierzył się z trzecim niepokonanym przeciwnikiem, Nevenem Pajkiciem. Była to bardzo intensywna walka, chociaż skończyła się po trzech rundach. Wygrał Fury, ale to własnie w tej potyczce po raz pierwszy ponad dwumetrowy Anglik zapoznał się z matą ringu. 



W grudniu 2012 roku Tyson zdał kolejny ciężki test. Na jego drodze stanął Kevin "Kingpin" Johnson - zawodnik, o którym mówiono, że jest nie do znokautowania. Miał bardzo długie ręce, ciężki do boksowania styl. Fury poradził sobie nadzwyczaj dobrze oddając rywalowi tylko jedną odsłonę. Pojedynek ten był jednocześnie eliminatorem do pasa WBC (o którego walki Fury nigdy się nie doczekał). 
Cztery miesiące później Tyson Fury po raz pierwszy zawalczył w Stanach Zjednoczonych. Jego rywalem był Steve Cunningham - pięściarz, który dopiero co przeszedł do królewskiej kategorii z wagi cruiser. Przewaga warunków fizycznych była druzgocąca i w tym pojedynku nic złego Fury'emu wręcz nie miało prawa się stać. Było inaczej. W drugiej rundzie dużo lżejszy i mniejszy Cunningham wystrzelił prawą ręką na brodę Anglika. Fury zwalił się z deski ringu z wielkim hukiem, a cały pięściarski świat zamarł. Brytyjczyk wstał i kontynuował pojedynek, ale nie mógł przeciwstawić się szybkości rywala. W połowie walki przegrywał dwa do remisu na kartach sędziów punktowych. W siódmej rundzie pomógł sobie łokciem i piekielnie mocno uderzył Amerykanina kończąc pojedynek. Do dzisiaj ówczesna wygrana wzbudza wiele kontrowersji.



W listopadzie 2014 roku, po sześciu latach zawodowej kariery Fury stanął do rewanżu z opromienionym serią pięciu efektownych wygranych z rzędu Dereckiem Chisorą. Na szali tego starcia zawisł pas mistrza Europy należący do Chisory. Fury stoczył jedną z najlepszych walk w dotychczasowej karierze całkowicie eliminując atuty przeciwnika. Rozbijał rodaka, aż w końcu zastopował w dziesiątym starciu. Chisora nie miał ochoty na kontynuowanie nierównej konfrontacji. Tyson Fury był już blisko szansy walki o światowe tytuły. 


W lutym 2015 roku Fury spotkał się w ringu z Christianem Hammerem w walce o pas WBO International. Wtedy już on sam i jego ludzie doskonale wiedzieli, że jest to walka na przetarcie przed pojedynkiem z wieloletnim czempionem i legendą tego sportu, Władimirem Kliczką. Kliczko ostatnią zawodową porażkę poniósł w 2004 roku, kiedy Tyson jeszcze nie do końca wiedział, czy chce być pięściarzem. Od tamtej pory Ukrainiec wygrał 22 walki z rzędu, zdobył mistrzowskie pasy federacji WBA, WBO, IBF i IBO. Odprawiał po kolei wszystkich najlepszych w ówczesnych czasach możliwych rywali. Od Samuela Petera, Chrisa Byrda, Calvina Brocka, Lamona Brewstera, Sultana Ibragimova, Hasima Rahmana, Ruslana Chagaeva, Eddie'go Chambersa, Davida Haye'a, Alexandra Povetkina, Kubrata Puleva aż do Bryanta Jenningsa. 
Kolejnym skalpem miał być Tyson Fury...



Anglik robił show na wszelkich spotkaniach z Kliczko, na konferencjach, nagrywał śmieszne filmiki, ogólnie robił wszystko by pokazać, że jest bardzo silny psychicznie i nie boi się konfrontacji z Ukraińcem. Wielu ekspertów wkładało wszystkie zapowiedzi Anglika między bajki. Fury wyglądał na pewnego siebie, jednak każdy poprzedni rywal Kliczki był pewny do momentu pierwszego gongu. Tak samo miało być w tym przypadku. Teraz jednak było inaczej. Fury prowokował Władimira, grał w swoją grę, przygotował odpowiednią taktykę, która w powiązaniu z warunkami fizycznymi Anglika spełniła swoją rolę. Ciężko było patrzeć na nieporadność wieloletniego mistrza na ringu w Dusseldorfie. Komentatorzy w pewnym momencie zaczęli mówić o trzęsieniu ziemi, jakie wywoła nowy mistrz Świata, Tyson Fury. I stało się. Dwóch sędziów przyznało Anglikowi osiem z dwunastu rund, natomiast trzeci dziewięć. Władimir Kliczko po 12 latach stracił mistrzowskie pasy i status nieosiągalnego mistrza. Od tej pory była to era Tysona Fury'ego.




Anglik sam był na tyle zaskoczony, że nie wiedział jak ma unieść wszystkie wiszące na nim pasy. Widać było, że sytuacja przerosła nawet jego samego. Jego postawa przed walką była tylko grą. Sam jednak nie umiał sobie poradzić z tym, czego dokonał. Gra musiała się skończyć. Fury musiał zacząć funkcjonować jako mistrz Świata wszechwag, a ten tytuł można tłumaczyć jako nadczłowiek, dla kibiców szermierki na pięści. Brytyjczyk z miesiąca na miesiąc gasł. Sukces nie zmotywował go do dalszego działania, a - wręcz przeciwnie - przeraził. Tak można powiedzieć - Tyson Fury przestraszył się tego, co zrobił.


W kontrakcie walki z Ukraińcem była oczywiście klauzula rewanżu. Pojedynek rewanżowy miał się odbyć tym razem w Anglii, na ringu w Manchesterze. Władimir Kliczko i jego ludzie byli niezwykle zmotywowani do zabrania pasów z powrotem do siebie. Zgodzili się na przedstawione im warunki. Podczas kiedy Władimir wylewał siódme poty na treningowej sali, Tyson Fury eksponował fałdy tłuszczu zalewające jego brzuch. Pił piwo, zajadał się fast-foodem i upajał się tytułem niepokonanego mistrza. Termin walki - lipiec 2016 - zbliżał się nieuchronnie. Już w pierwszej połowie roku z obozu Anglika napływały sprzeczne informacje, jakoby Tyson nie trenował, był kontuzjowany itd. Ostatecznie Fury zgłosił kontuzję i walkę przełożono na październik. Tym razem Tyson Fury powiadomił o... depresji. Anglik nie mógł przystąpić do rewanżu z powodu depresji. Mistrz Świata, kontrowersyjny pięściarz, który zagrał na nosie dosłownie wszystkim wielkim tego sportu popadł w depresję. Ta wersja kompletnie nie trzymała się kupy.
Od pierwszej walki z Kliczko minął rok. Mistrz Fury przez cały okrągły rok nie wyszedł do ringu w obronie swoich tytułów. Kiedy federacje rozpatrywały odebranie nieaktywnemu Tysonowi pasów, ten dodatkowo wpadł na zażywaniu narkotyków. W jego organizmie wykryto kokainę. Do tego doszły jeszcze myśli samobójcze i sytuacja Tysona Fury'ego zatoczyła koło. Mistrz, który ani razu nie obronił swoich pasów. Zaczęto o nim mówić, jak o błaźnie. Bo jest błaznem. Geniusz boksu, który jednocześnie jest błaznem. Eksperci odwrócili się od niego. Kibice nie chcą takiego mistrza. Tak kończy się historia człowieka, który zapisał się w historii boksu na zawsze. Który odmienił los boksu. Który przywrócił wagę ciężką na należne jej w hierarchii miejsce. 


Mówi się nawet, że to Tyson Fury niejako "stworzył" Anthony'ego Joshuę. Bo mistrz Olimpijski z Londynu, Joshua zaistniał w momencie, gdy Fury'emu odebrano pas IBF. Od tego czasu to Joshua jest mistrzem Świata i jego gwiazda świeci bardzo mocno. Gwiazda Tysona zgasła...

Czy wróci? Dzisiaj - nie czekając na decyzję WBO i WBA - zwakował pozostałe mu pasy. Od dzisiaj Tyson Fury nie jest już mistrzem wagi ciężkiej. Pasy się rozejdą. Tytuł WBA być może będzie dołączony do stawki walki... Władimira Kliczki z Anthony'm Joshuą, zaś o pas WBO powalczą najwyżej rozstawieni w rankingu - Joseph Parker i Andy Ruiz Jr. Federacja WBO ma jednak sentyment do Tysona Fury'ego. To od tego pasa w wersji międzynarodowej rozpoczęła się mistrzowska kariera Anglika. WBO zamierza dać Tysonowi szansę walki o tytuł, gdy ten tylko zdecyduje się wrócić na ring. Ale czy wróci?
Być może ma tą depresję, o której mówi. Być może ma jakieś zaburzenia psychiczne - niedawno w ciągu dwóch godzin dwukrotnie kończył karierę i dwukrotnie ją wznawiał. Cały Tyson Fury. 


Pomimo tego, że zrobił z boksu i swojego mistrzostwa objazdowy cyrk, a z siebie kompletnego błazna miło byłoby zobaczyć go jeszcze między linami. W tej chwili wersja jest taka, że Fury wróci na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 2017 roku. Pomimo wszystko - trzymamy kciuki! Bez niego nie będzie już tak wesoło... 

wtorek, 11 października 2016

Ranking "RED CORNER" / super lightweight / październik '16

Po dwumiesięcznej przerwie wracamy z rankingiem RED CORNER w kolejnym limicie wagowym. Tym razem - idąc po kolei - będzie to kategoria super lekka. Jest tu zdecydowany dominator, jest także powrót wielkiego mistrza, który w niedługiej przyszłości może wskoczyć na czoło, jest także kilku doświadczonych zawodników i kilku młodych i niepokonanych. To właśnie w tym limicie boksuje także jeden z największych skandalistów w obecnym boksie zawodowym. Oto zestawienie!

#1
Terence Crawford
29-0 (20 KO)

#2
Eduard Troyanovsky
25-0 (22 KO)

#3
Mikey Garcia
35-0 (29 KO)

#4
Viktor Postol
28-1 (12 KO)

#5
Adrien Broner
32-2 (24 KO)

#6
Ricky Burns
41-5-1 (14 KO)

#7
Tyrone Nurse
34-2-1 (7 KO)

#8 
Sergey Lipinets
10-0 (8 KO)

#9
John Molina Jr
29-6 (23 KO)

#10
Jack Catterall
16-0 (9 KO)

#11
Carlos Molina
27-6-2 (8 KO)

#12
Adrian Granados
18-4-2 (12 KO)

#13
Jose Zepeda
25-1 (21 KO)

#14
Thomas Dulorme
23-2 (15 KO)

#15
Ruben Nieto
18-1 (9 KO)

--------------------------------------------

#16
Raymundo Beltran
31-7-1 (19 KO)

#17
Ruslan Provodnikov
25-5 (18 KO)

#18
Amir Imam
19-1 (16 KO)

#19
Mauricio Herrera
22-6 (7 KO)

#20
Anthony Yigit
18-0-1 (7 KO)

czwartek, 29 września 2016

"Bitwy o pasy" w Gdańsku - podsumowanie gali....

"Umarł król. Niech żyje królowa i królewicz" - tak też mógłby brzmieć tytuł tego podsumowania.
Tylko czy król Krzysztof Głowacki umarł? Nie umarł. To człowiek z takim sercem do tego co robi, że podniesie się szybciej, niż się Nam wszystkim wydaje. 


Ok - kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego dopiero teraz relacja? Otóż, byłem na zasłużonym urlopie. Dwa tygodnie poza granicami kraju, w bardzo urokliwym miejscu, niestety bez dostępu do telewizji i tym bardziej internetu. Na - mniej więcej - połowę moich wakacji przypadał termin gali Polsat Boxing Night. Na żywo nie udało mi się oglądać, jednak robiłem co mogłem i udało się dopaść do relacji tekstowej ze strony wRINGU.net, za co serdecznie chłopakom dziękuje. 
Oczywiście po powrocie do rzeczywistości, kiedy wszystkie inne (stosunkowo ważniejsze) sprawy udało mi się poogarniać, obejrzałem całą galę raz jeszcze i spokojnie wyciągnąłem swoje wnioski. Nie powiem, że wcześniej nie docierały do mnie opinie ekspertów i podsumowania poszczególnych walk na różnych bokserskich portalach, ale chce powiedzieć coś od siebie. Od gali minęły prawie dwa tygodnie, ale myślę, że jest to odpowiedni moment na podsumowania na chłodno...
Zaczynamy.

Gala od początku awizowana była jako największe wydarzenie ze świata bokserskiego, które kiedykolwiek odbywało się w naszym kraju. Głównie ze względu na pasy - do rozdania w Ergo Arenie były bowiem aż trzy pasy. Najważniejszy - pas WBO w wadze cruiser należący do Krzysztofa Głowackiego oraz dwa wakujące trofea - pas WBC kobiet w limicie wagi super półśredniej i młodzieżowy WBC w tej samej wadze.

Na początek organizatorzy zaplanowali walkę, która miała za zadanie rozgrzać publiczność. Paweł Stępień i Norbert Dąbrowski spełnili oczekiwania. Obaj byli niesamowicie pewni siebie i tą pewność widać było w ringu, zwłaszcza u "Norasa". Dąbrowski lepiej rozpoczął walkę, Stępień rozkręcał się z rundy na rundę, jednak zdecydowanie za bardzo nastawił się na jedną akcję. Od połowy walki zarysowała się przewaga siły Stępnia, co mogło mieć odzwierciedlenie w punktacji sędziów. Ostatnie minuty to wielka ambicja z obu stron i wynik tego starcia był sprawą otwartą. Stępień to wschodząca gwiazda polskiego ringu i nawet z tego powodu sędziowie mogli być bardziej przychylni młodszemu z pięściarzy, przewaga jednak nie była zbyt wyraźna. Tym bardziej dziwi oficjalna punktacja - Eugeniusz Tuszyński i Leszek Jankowiak zdecydowanie za wysoko 79-73. Bardziej przychylałbym się do punktacji 77-75 zaproponowanej przez Pawła Kardyni.
Dąbrowski po porażkach ze Świerzbińskim, Matyją i Stępniem oraz remisie z Jordanem Kulińskim stał się "chłopcem do bicia" na polskim podwórku. Potrzeba mu dobrej walki na odbudowanie, bo jest dużo lepszy niż wskazuje na to jego rekord. Paweł Stępień musi wziąć się z Andrzejem Gmitrukiem do pracy. Za bardzo uwierzył w swój nokautujący cios, a tym sposobem nie wygra się każdej walki. 


Po Dąbrowskim i Stępniu na ringu pojawili się Michał Cieślak i Rumun Giulian Ilie. Ilie jeszcze nie tak dawno był uznawany za jednego z największych twardzieli tego limitu. Wygrywał z Cristianem Dolzanellim, zadał pierwszą porażkę Salvatore Erittu, pokonał Nuri Seferiego. Przegrywał co prawda w Polsce z Dawidem Kosteckim i Pawłem Kołodziejem, ale nie dał sobie zrobić krzywdy. Pierwszym, który zdołał zastopować Rumuna był Rakhim Chakhiev, który zrobił to w ostatniej rundzie. Od tego czasu coś w Ilie pękło. W drugim starciu skończył go Dmitry Kudryashov, Denton Daley i... Michał Cieślak. Polak tym pojedynkiem przedłużył swoją serię wygranych przed czasem do siedmiu walk. Rumun już po pierwszej rundzie miał dużą ochotę pozostać na stołku, jednak ostatecznie wyszedł do drugiego starcia. Cieślak nie chciał przedłużać, trzykrotnie doprowadził do liczenia Giuliana Ilie, natomiast walkę zastopował narożnik Rumuna rzucając ręcznik. Dla Michała było to swego rodzaju przetarcie przed dużo większym wyzwaniem, które czekać go ma na kolejnej gali z cyklu PBN. Gala ta miała odbyć się w listopadzie, lecz niewykluczone, że zostanie przesunięta na początek 2017 roku. Wówczas Michał Cieślak ma dzielić ring z Ismailem Sillakhem z Ukrainy.


Po krótkiej przerwie do ringu weszli młodzieżowcy - Patryk Szymański i Jose Antonio Villalobos. Zdecydowanym faworytem starcia był niepokonany Polak, lecz ring pokazał coś innego. Polak wyglądał jakby całkowicie zatracił swój pomysł na pojedynek. Rywal okazał się bardzo szybki, do tego trudny do trafienia. W trzeciej rundzie rozgorzała prawdziwa wojna, w zwarciu na deski upadł Argentyńczyk i sędzia nieoczekiwanie (i chyba dość kontrowersyjnie) liczył Villalobosa. Trzeba przyznać, że runda 10-8 dla Polaka bardzo się mu przyda. Patryk potrzebował opanowania sytuacji. Kiedy boksował - prowadził pojedynek, kiedy wdawał się w bójkę - tracił przewagę. Walka okazała się bardzo wyrównana. Piąta dla Szymańskiego, szósta dla Vilallobosa, siódma znowu dla Patryka, zaś ósma dla jego rywala. Dwie ostatnie rundy spokojnie można było punktować dla aktywniejszego Jose Antonio Villalobosa i po ostatnim gongu kibice byli nieco skonsternowani. Końcówkę zaakcentował rywal, natomiast po czterech rundach minimalnie na kartach prowadził Patryk. Ostatecznie sędziowie byli niejednogłośni. Żaden nie wskazał remisu. Sedzina Olena Pobyvailo wskazała na Argentyńczyka, natomiast Przemysław Moszumański i Andreas Stenberg opowiedzieli się za Szymańskim. Po najtrudniejszej walce w karierze pas młodzieżowego mistrza Świata zdobywa Patryk Szymański. Polak pozostaje niepokonany, jednak musi wyciągnąć wnioski z tej walki. Dodatkowo otrzymujemy informacje, że od czwartego starcia Villalobos walczył z kontuzją więzadeł kolanowych. Po walce został odwieziony do szpitala. 



W stawce czwartego pojedynku tej ciekawej gali znalazł się tytuł międzynarodowego mistrza Polski wagi ciężkiej. Jest to kolejny powrót na ring Alberta Sosnowskiego, który tym razem stawiał czoła Andrzejowi Wawrzykowi. Zdecydowana większość ekspertów była pewna wygranej Wawrzyka. Dla Andrzeja miała to być łatwa walka, która miała na celu jedynie dopisanie nazwiska Sosnowskiego do rekordu i utrzymanie aktywności przed kolejną galą, na której miał zmierzyć się z Mariuszem Wachem. O "Dragona" można było się bać. Coraz słabsza odporność na ciosy była widoczna już w poprzednich pojedynkach. Pojedynek przeszedł trochę bez echa, toczył się według ustalonego scenariusza. Walkę prowadził Wawrzyk, Albert próbował się odgryzać, jednak nie posiadał atutów. Sosnowski w jednej z początkowych rund dodatkowo rozciął łuk brwiowy, co jeszcze bardziej utrudniło mu toczenie równorzędnego boju z dysponującym dużo lepszym zasięgiem Wawrzykiem. Walka skończyła się w najlepszy możliwy sposób. "Dragon" pokazał sędziemu Jankowiakowi, że nie chce walczyć dalej ze względu na rozcięcie. Oficjalnie Andrzej Wawrzyk wygrał przez TKO w szóstej rundzie. Wilk syty i owca cała. Albertowi nie stała się większa krzywda, zaś Andrzej dopisał wygraną przed czasem do rekordu. Wawrzyk jednak nie zaimponował tak, jak chociażby w starciu z Marcinem Rekowskim. Nie wiem jak ma wyglądać jego przyszłość, ale w USA z rozpoznawalnymi rywalami raczej jest bez szans. Na polskim podwórku nie dojdzie natomiast do jego walki z Wachem, ani Ugonohem. A co u Alberta? To ambitny sportowiec. Należy mu się jubileuszowe, 50-te zwycięstwo na zawodowym ringu i zawieszenie rękawic na kołku. Trzeba przyznać, że osiągnął on w boksie więcej, niż się zapewne sam spodziewał. 



Ewa Piątkowska i Ola Magdziak Lopes stoczyły bardzo ciekawy pojedynek. Mistrzynią Świata mogła jednak zostać tylko jedna z nich. Faworytką była "Tygrysica", jednak już początek walki pokazał, że nie będzie to łatwa przeprawa. Po czterech wyrównanych rundach sędziowie punktowali remis. Po tej czwartej rundzie podkręciła tempo Piątkowska, czego efektem było liczenie w rundzie szóstej. Ewa starała się boksować mądrze i zyskiwać w oczach sędziów. Po ósmej rundzie wiadomo było już, że Magdziak Lopes ratuje tylko wygrana przez nokaut. Na to się jednak nie zanosiło. "Tygrysica" dość spokojnie "dowiozła" przewagę do ostatniego gongu i była pewna wygranej. Sędziowie punktowali jednogłośnie 97-93 i dwukrotnie 96-93 dla Ewy, na której biodrach pięknie prezentował się pas mistrzyni Świata WBC. 
Być może już w następnym pojedynku Piątkowska spotka się z Mikaelą Lauren, która zwakowała pas by spróbować swoich szans w wyższej kategorii. 



Na walkę wieczoru musieliśmy chwilę poczekać, jednak w końcu na tunelach pojawili się główni bohaterowie gali w Gdańsku - Oleksandr Usyk i Krzysztof Głowacki. Na ringu zameldował się także Jimmy Lennon Jr oraz m.in. Vitali Kliczko. Pierwsza runda dla pretendenta. Druga dla mistrza. Walka zapowiadała się na niezwykle twardą, na wyniszczenie. Trzecia runda dla pretendenta, czwarta dla mistrza. Przewagą Usyka wydawała się zdecydowanie lepsza praca na nogach. Był szybszy, ruchliwszy od Krzyśka. Na korzyść Polaka działały ciosy. Jego uderzenia miały większy wydźwięk, jednak "Główka" za bardzo nastawił się na jedną akcję - firmowy lewy sierpowy, na co Usyk był uczulany w narożniku. Piąta runda w moim odczuciu dla Głowackiego, zaś szósta dla Ukraińca. Na półmetku, na mojej karcie widniał remis 57-57. Druga połowa walki miała należeć do Polaka, jednak "Główka" zatracił jeden ze swoich atutów. Stał się w ringu bardzo statyczny. Usyk skakał wokół Polaka i bił różnymi kombinacjami. Głowacki cały czas nastawiony był na siłę. Po mocnych ciosach zostawał w miejscu, co skutkowało szybkimi kontrami Oleksandra. Niestety w moim odczuciu runda siódma dla Usyka, ósma remisowa, natomiast dziewiąta dla mistrza z Polski. Co ciekawe, mający 100% nokautów Ukrainiec ani przez moment nie spróbował podtrzymać tej serii w walce z "Główką". Walczył bardzo zachowawczo, na dystans. Taktyka ta była przygotowana idealnie na Krzyśka, który lubi wdać się w bijatykę. Na ringu w Gdańsku czuł się nieswojo, bo takiej bitki nie dostał. Polakowi dodatkowo walkę utrudniało rozcięcie, które powstało na skutek zderzenia głowami w okolicach trzeciej rundy. Usyk zachował siły na końcówkę i niestety powiększył swoją przewagę. W jedenastej rundzie trafił serią pięciu ciosów - wszystkie czysto ulokowane na głowie "Główki" - Polak ani drgnął, ale sędziowie wiedzieli komu zapisać rundę. W ostatniej odsłonie Usyk padł na deski, jednak nie było to po ciosie. Głowacki gonił Ukraińca po ringu, jednak nic z tego nie wyszło. Kibice mogli mieć nadzieje, że wyrównane starcia sędziowie zapisywali na konto mistrza, jednak tym razem punktacja zaskoczyła "in minus". Adelaide Byrd dała mistrzowi z Polski tylko jedną rundę (ciekawe którą?). Ferenc Budai i Mickey Vann punktowali 117-111 dla Usyka (trzy rundy dla Polaka). Moja punktacja to 116-113 dla Oleksandra Usyka. Gratulacje dla nowego mistrza - tą walką pokazał, że może być nie do powstrzymania w tym limicie. Gratulacje dla obu pięściarzy przede wszystkim za czystą, dżentelmeńską walkę - w oczy rzucił się fakt, iż sędzia ringowy Robert Byrd był praktycznie bezrobotny.




Do pełnego sukcesu gali zabrakło zwycięstwa Krzysia Głowackiego, jednak warto się cieszyć z tego, co mamy. W Ergo Arenie zaprezentowali się pięściarze, z których będziemy mieli pożytek - Stępień, Cieślak i Szymański. Mamy nową mistrzynię Świata, Ewę Piątkowską. No i mamy Krzysztofa, który swoją ambicją i wolą walki mógłby obdzielić kolejnych trzech pięściarzy. On już ma cel - do przyszłorocznych wakacji chce odzyskać status mistrza Świata. I ja mu wierzę. 
Gratulacje dla Andrzeja Wasilewskiego, Piotra Wernera i Tomasza Babilońskiego. Zaryzykowali, zrobili wydarzenie na światową skalę. Być może nie zarobią pieniędzy. Oby stracili ich jak najmniej...

Zdjęcia pochodzą ze stron ringpolska.pl, eurosport.onet.pl, galeria.trojmiasto.pl, przegladsportowy.pl.

niedziela, 4 września 2016

"Od Atlanty po Rio" - przegląd Olimpijczyków na zawodowstwie...

Za nami Igrzyska Olimpijskie w brazylijskim Rio De Janeiro. Wydarzenie to przejdzie do historii boksu ze względu na możliwość uczestnictwa zawodowych pięściarzy, którzy rywalizowali z amatorami na tych samych warunkach. Przed Igrzyskami długo trwała dyskusja, czy to dobry pomysł. Bano się, że zawodowcy są na innym poziomie pięściarstwa i to będzie całkowicie nierówna rywalizacja. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zawodowcy jeden po drugim odpadali z turnieju niekiedy całkowicie odstając sportowo od amatorów. Tylko jeden z nich - niepokonany na zawodowych ringach Mathieu Bauderlique - zdołał wywalczyć olimpijski medal. Medal brązowy w wadze półciężkiej. 


Igrzyska Olimpijskie zawsze są doskonałą okazją na zakończenie przygody z amatorskim boksem, by w glorii chwały przejść na zawodowstwo. Postanowiłem przyjrzeć się wynikom IO w Rio na tle tego, co wydarzyło się w poprzednich latach - od Atlanty po Sydney, Ateny, Pekin i Londyn...

Złoci z Brazylii wrócili Kubańczycy Robeisy Ramirez, Arlen Lopez i Julio De La Cruz, reprezentanci Uzbekistanu Hasanboy Dusmatov, Shahobidin Zoirov oraz Fazliddin Goibnazarov, Kazach Danijar Yeleusinov, Yevgeni Tischenko z Rosji, Francuz Tony Yoka i reprezentant gospodarzy Robson Conceicao.
Czy któryś z nich podpisze po niewątpliwym sukcesie zawodowy kontrakt?
Pojawiła się informacja, że takowy podpisał już uznany za najlepszego pięściarza Igrzysk Hasanboy Dusmatov, jednak sam zainteresowany zaprzecza tym informacjom. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że na zawodowych ringach zobaczymy złotego medalistę w wadze ciężkiej, Rosjanina Tischenkę. Na pewno zawodowcami nie zostaną natomiast znakomici Kubańczycy.
Nie tylko złoty medal jest przepustką do kariery zawodowca. W najbliższym czasie swojej zawodowej szansy doczeka się na pewno srebrny medalista z Rio, Shakur Stevenson, którego do podpisania kontraktu namawia sam Floyd Mayweather Jr. Podobnie rzecz wygląda w przypadku innych wicemistrzów Olimpijskich, Francuza Sofiane Oumihy i Vasili Levita. 

Niestety na pierwszej walce udział w turnieju w Rio zakończyli Tomasz Jabłoński i Igor Jakubowski.

A jak niedawni Olimpijczycy spisują się na zawodowych ringach? Przekonajmy się.

LONDYN 2012

Złotym medalistą z Londynu w najcięższym limicie jest oczywiście aktualny mistrz Świata IBF, Anthony Joshua. Brytyjczyk małymi punktami pokonał wówczas w finale Włocha, Roberto Cammarelle po drodze eliminując takich zawodników jak Ivan Dychko, Erislandy Savona i innego zawodowca, niepokonanego Zhanga Zhilei'a. 
Co ciekawe, w Londynie na pierwszej walce udział w Igrzyskach zakończył złoty medalista z Rio, Tony Yoka.


W wadze ciężkiej ze złotego medalu w Anglii cieszył się Oleksandr Usyk. Ukrainiec stoczył tam trzy zwycięskie walki - w pierwszej pokonał niepokonanego obecnie na zawodowym ringu Artura Beterbieva, w drugiej Bułgara Tervela Puleva, brata niedawnego pretendenta do mistrzowskich pasów w wadze ciężkiej, Kubrata oraz Włocha Clemente Russo w finale.
Na pierwszej rundzie - po porażce z Beterbievem - przygodę z Olimpiadą zakończył Michael Hunter. Beterbiev po pokonaniu Huntera trafił na Usyka i odpadł z rywalizacji w drugiej rundzie.


W wadze do 81 kilogramów najlepszy okazał się Egor Mekhontsev z Rosji. Pokonał on w finale małymi punktami Kazacha Adylbeka Niyazymbetova, który rundę wcześniej odprawił z kwitkiem Oleksandra Gvozdyka. Ukrainiec musiał zadowolić się brązowym medalem.
Z Igrzysk w Londynie w pierwszej rundzie odpadł obecnie niepokonany zawodowiec Marcus Browne, natomiast w drugiej Enrico Koelling z Niemiec.

Bardzo mocno obsadzony był w Londynie limit 75 kilogramów, czyli waga średnia. Wygrał Ryota Murata, który teraz doskonale radzi sobie na zawodowstwie. Z brązowym medalem z tamtych Igrzysk wrócił Anthony Ogogo, który również jest obecnie niepokonany. W drugiej rundzie po porażce właśnie z Ogogo z zawodami pożegnał się Yevgen Khytrov, natomiast do ćwierćfinały doszedł niedawny pogromca Andrzeja Sołdry, Vijender Singh z Indii. Singh w drugiej rundzie w pokonanym polu pozostawił Amerykanina Terrella Gaushę. 


W Londynie jedną walkę od strefy medalowej był także Errol Spence Jr. Amerykanin wygrał dwie pierwsze walki, natomiast w trzeciej uległ wyraźnie Rosjaninowi Andreyowi Zamkowojowi. 

W wadze lekkopółśredniej pogromcą późniejszych zawodowców okazał się Denys Berinchyk, który w drugiej rundzie odprawił Szweda Anthony'ego Yigita, zaś w kolejnej walce poradził sobie z Jeffem Hornem. Zarówno Yigit jak i Horn są niepokonani na zawodowych ringach.

W wadze lekkiej nie miał sobie równych Vasyl Lomachenko. Ukrainiec w Londynie zdobył swoje drugie olimpijskie złoto. Po drodze, konkretnie w ćwierćfinale pozbawił szans na medal Felixa Verdejo. W ćwierćfinale odpadł wówczas mistrz z Rio, Uzbek Goibnazarov, natomiast Robson Conceicao odpadł już w pierwszym pojedynku Igrzysk. 


Luke Campbell to złoty medalista w limicie do 56 kilogramów. Brytyjczyk przeszedł jak czołg przez Igrzyska, w żadnym z pojedynków nie miał najmniejszych kłopotów. Na 1/8 finału udział w Igrzyskach w Londynie zakończył Oscar Valdez, natomiast Denis Ceylan z Danii przegrał już pierwszą walkę z późniejszym srebrnym medalistą, JJ Nevinem.

Waga musza w Londynie nie dała ani jednego późniejszego zawodowca. Kluczowe role odgrywali jednak wówczas Olimpijczycy z Rio. Złoty medal wywalczył Robeisy Ramirez, który swoje osiągnięcie powtórzył w Brazylii. Brązowe medale przypadły Mishy Alojanowi z Rosji i Michaelowi Conlanowi z Irlandii. Alojan w Rio sięgnął po srebro, więc za cztery lata z pewnością będzie celował w najcenniejszy kruszec.

W najniższej wadze nie do powstrzymania okazał się Zou Shiming. 

PEKIN 2008

W wadze superciężkiej w 2008 roku triumfował Roberto Cammarelle, który na zawodową karierę się nie zdecydował. W finale pokonał jednak Zhang Zhileia. Brązowe medale przypadły Vyacheslavowi Glazkovowi i Davidowi Price'owi. Cammarelle w półfinale pokonał Price'a, zaś Glazkov uległ Chińczykowi Zhalei'owi.

W wadze ciężkiej tylko brąz zdobył dzisiejszy dominator, Deontay Wilder. Amerykanin przegrał w półfinale z Clemente Russo, który natomiast w finale uległ Rakhimowi Chakhievowi. To Rosjanin wrócił z Pekinu ze złotym medalem.


W wadze średniej złoty medal wywalczył James DeGale, natomiast waga piórkowa i papierowa powtórzyły swoich mistrzów - Vasyl Lomachenko i Zou Shiming triumfowali po raz drugi.


W Igrzyskach w Pekinie brali udział także Polacy. Rafał Kaczor odpadł w pierwszej rundzie, natomiast Łukasz Maszczyk przebrnął pierwszą i drugą rundę i w ćwierćfinale przegrał z późniejszym brązowym medalistą, Paddy'm Burnesem.

ATENY 2004

W limicie powyżej 91 kilogramów bezkonkurencyjny w 2004 roku okazał się Alexander Povetkin. Rosjanin w półfinale pokonał Roberto Cammarelle. 


W wadze ciężkiej najlepszy był Odlanier Solis. Kubańczyk zapowiadał się na znakomitego zawodowca, jednak przegrał z własnymi słabościami i popadł w przeciętność. 

Waga półciężka to całkowita dominacja Andre Warda, którego dziś śmiało można nazywać jednym z liderów rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe. 


Finał Igrzysk Olimpijskich w 2004 to moment ostatniej porażki Gennady Golovkina. Doskonały Kazach przegrał wówczas walkę o złoty medal z Rosjaninem Gaydarbekiem Gaydarbekovem. Brązowy medal przypadł Andre Dirrelowi. Amerykanin w walce o finał uległ "GGG".


W wadze lekkiej bardzo blisko złota był Amir Khan. Brytyjczyk musiał się jednak zadowolić srebrnym krążkiem. Przegrał w finale z doskonałym Kubańczykiem Mario Kindelanem. 

Rozgrywki w wadze koguciej to popis jednego aktora - tym aktorem okazał się Guillermo Rigondeaux, który zgarnął najcenniejszy medal. 


W wadze muszej triumfował Yuriorkis Gamboa, zaś w najlżejszej wadze po brązowy medal sięgnął Zou Shiming. Był to pierwszy krążek Chińczyka, po którym dołożył jeszcze dwa złota w Pekinie i Londynie. 

Polacy w Atenach mieli trzech swoich reprentantów. Aleksy Kuziemski zakończył rywalizację na pierwszej walce, Andrzej Liczik odpadł w drugiej rundzie, zaś najlepiej zaprezentował się Andrzej Rżany. Polaka w wadze muszej od medalu dzieliła jedna wygrana walka. Odpadł w ćwierćfinale.

SYDNEY 2000

W najcięższej kategorii zwycięzcą na przełomie wieków okazał się Audley Harrison. Brązowym medalem zadowolił się Paolo Vidoz.


W wadze do 91 kilogramów triumfował Felix Savon. Genialny amator w finale okazał się lepszy od Sultana Ibragimova, który później zdobył tytuł mistrza Świata zawodowców.

Gaydarbek Gaydarbekov czyli ostatni pogromca Gennady Golovkina w Sydney zdobył tylko srebro. Brąz trafił natomiast w ręce Zsolta Erdeia.

Jermain Taylor to brązowy medalista z Sydney w limicie wagi lekkośredniej.

W wadze lekkiej ponownie najlepszy okazał się Mario Kindelan. Tym razem w finale wygrał walkę z Anriyem Kotelnykiem. 

W wadze koguciej ponownie bezkonkurencyjny był "Rigo". Dla Kubańczyka wygrana w Sydney to pierwszy olimpijski złoty medal.

ATLANTA 1996

1996 rok i Igrzyska Olimpijskie w Atlancie to ostatni amatorski turniej Władimira Kliczki. Ukrainiec wrócił ze złotym medalem. 


Brązowy medal w turnieju w wadze ciężkiej trafił w ręce Luana Krasniqi. Najlepszy - podobnie jak cztery lata później - okazał się Felix Savon.

W wadze półciężkiej brązowe medale wywalczyli Antonio Tarver i Thomas Ulrich. 

Turniej w wadze do 57 kilogramów był jednocześnie ostatnim przegranym pojedynkiem genialnego Floyda Mayweathera Juniora. Amerykanin bardzo kontrowersyjnie uległ wówczas Serafimowi Todorovowi z Bułgarii w półfinale turnieju. "Money" otrzymał brązowy medal, a Todorov uległ w finale reprezntantowi Tajlandii.


Co się przede wszystkim rzuca w oczy? Olimpijscy medaliści później świetnie prezentowali się na zawodowych ringach. Mayweather, Tarver, Kliczko, Rigondeaux, Taylor, Erdei, Ibragimov, Harrison, Gamboa, Shiming, Khan, Dirrell, Golovkin, Ward, Povetkin, DeGale, Lomachenko, Chakhiev, Wilder, Glazkov, Zhilei, Valdez, Ceylan, Verdejo, Yigit, Horn, Spence Jr, Gausha, Khytrov, Ogogo, Koelling, Gvozdyk, Browne, Mekhontsev, Beterbiev, Hunter, Usyk, Joshua...


Większość z nich była lub jest mistrzami Świata, większość po dziś dzień pozostaje niepokonana. 
Wystarczy mieć nadzieje, że medaliści z Rio już w niedługim czasie będzie cieszyć swoim boksem kibiców boksu zawodowego. Liczymy na to!