środa, 10 sierpnia 2016

Ranking "RED CORNER" / welterweight / sierpień '16

Kolejny ranking "RED CORNER" - tym razem w moim osobistym odczuciu najlepiej obsadzony limit wagowy w boksie. Trudno było mi wytypować pierwszą piętnastkę i rezerwową piątkę, gdyż akurat w tej wadze walczy tylu świetnych zawodników, że spokojnie mógłby podać ranking TOP50. 
Jest to limit, w którym wykrystalizowała się czołówka 7-8 pięściarzy. Oni są nieco lepsi od reszty. Co dalej? Dalej każdy może pokonać każdego. Zdecydowanie nie wykluczam, że zawodnicy, którzy nie znaleźli się w zestawieniu daliby radę pokonać tych, których wyróżniłem. Ten limit obfituje także w wielu młodych pięściarzy, którzy w następnym rankingu mogą już awansować kosztem pięściarzy starszych i doświadczonych.
Do dzieła!

#1
Keith Thurman
27-0 (22 KO)

#2
Kell Brook
36-0 (25 KO)

#3
Manny Pacquiao
58-6-2 (38 KO)

#4
Danny Garcia
32-0 (18 KO)

#5
Errol Spence Jr
20-0 (17 KO)

#6
Shawn Porter
26-2-1 (16 KO)

#7
Timothy Bradley
33-2-1 (13 KO)

#8
Jessie Vargas
27-1 (10 KO)

#9
Antonio Orozco
25-0 (16 KO)

#10
Konstantin Ponomarev
30-0 (13 KO)

#11
Jose Benavidez
25-0 (16 KO)

#12
Felix Diaz
18-1 (8 KO)

#13
Frankie Gomez
21-0 (13 KO)

#14
Robert Guerrero
33-4-1 (18 KO)

#15
Lamont Peterson
34-3-1 (17 KO)

-------------------------------------------

#16
Paul Malignaggi
36-7 (7 KO)

#17
Jeff Horn
14-0-1 (9 KO)

#18
Andre Berto
31-4 (24 KO)

#19
Leonard Bundu
33-1-2 (12 KO)

#20
David Avanesyan
22-1-1 (11 KO)

czwartek, 4 sierpnia 2016

Andre Ward - geniusz szermierki na pięści...

Nie ma co ukrywać - Amerykanin jest jednym z najlepszych zawodników na świecie bez podziału na kategorie wagowe. Czy obsadzenie go na szczycie tej listy będzie nadużyciem? Moim zdaniem absolutnie nie. W mojej osobistej hierarchii planuje się w samym czubie, dodatkowo zalicza się do wąskiego grona geniuszów boksu, wspólnie z Vasylem Lomachenko, Guillermo Rigondeux i Terence'm Crawfordem.


S.O.G. - Syn Boga. Urodzony w 1984 roku amatorski mistrz Olimpijski z Aten, w kategorii półciężkiej. Przez większość swojej kariery zawodowej pięściarz wagi super średniej. Od niedawna zawodnik walczący w kategorii półciężkiej również na zawodowstwie. W limicie wagi super średniej zdobył wszystko co mógł - w 2009 roku został mistrzem Świata WBA. Tytuł ten obronił sześciokrotnie, natomiast w 2011 roku dołożył pas organizacji WBC. W wieku 29 lat popadł w konflikt z promotorem, co poskutkowało półtorarocznym rozbratem z ringiem. Amerykanin stracił bardzo cenny czas, ale wrócił w kategorii półciężkiej i błyszczy nadal.


Andre związał się kontraktem z telewizją HBO, co oznaczać ma jego rychły powrót na szczyty bokserskiego świata. Statystycy wychwycili, że pomimo faktu, iż klasą sportową dorównuje samemu Floydowi Mayweatherowi Juniorowi, sugerując się ilością sympatyków na portalach społecznościowych, zna go ponad 80 razy mniej ludzi. Ward zaliczył niedawno epizod w filmie "Creed" opisującym życie syna Apollo Creeda, Adonisa. Jest to kontynuacja projektu "Rocky". Mówi się, że Andre ostatnią walkę przegrał w wieku 12 lat. Na amatorskich ringach stoczył 115 pojedynków, z czego aż 110 zakończył zwycięstwem. W ostatnich sześciu latach kariery amatorskiej nie zaznał goryczy porażki. 


Dzisiaj "S.O.G." legitymuje się nieskazitelnym bilansem 29-0. 15 pojedynków zakończył przed czasem. Już w najbliższy weekend stoczy walkę nr 30, z Alexandrem Brandem, który ma być ostatnią przeszkodą przed wyśmienicie zapowiadającym się starciem z Sergeyem Kovalevem. 
A kogo Amerykanin pokonał dotychczas? Lista jest długa i niezwykle efektowna. Kariera Warda nabrałą rozpędu w 2009 roku, kiedy to wysoko wypunktował Edisona Mirandę. W tym samym roku znokautował także Shelby Pudwilla i - przez techniczną decyzję w 11 rundzie - Mikkela Kesslera, odbierając mu tytuł mistrza Świata WBA. Do momentu przerwania walki, po 10 rundach Ward prowadził na kartach w stosunku 97-93 i 98-92, a więc bardzo wyraźnie. Był to pierwszy pojedynek dla obu w prestiżowym turnieju Super Six. Pierwszym pretendentem do pasa Andre Warda był Allan Green. "S.O.G." nie zdołał zakończyć walki przed czasem, ale całkowicie zdominował rywala wygrywając u wszystkich sędziów wszystkie rundy. Był to drugi występ w turnieju Super Six. W drugiej obronie Ward spotkał się z twardym Sakio Biką. Tu też nie było nokautu, ale spokojne i wyraźne zwycięstwo punktowe. W półfinale turnieju Super Six zostali już tylko wielcy gracze. Ward spotkał się z Arthurem Abrahamem. Tutaj też Amerykanin nie dał szans przeciwnikowi wygrywając w stosunku 118-110, 118-111 i 120-108.
Finał turnieju odbył się pod koniec 2011 roku. Andre Ward spotkał się w nim z posiadaczem pasa WBC, Carlem Frochem. W stawce tego prestiżowego pojedynku był także pas magazynu The Ring. Zwycięzca miał się znaleźć na dachu pięściarskiego świata. I na tym dachu znalazł się Andre, wygrywając z kapitalnym Brytyjczykiem jednogłośną decyzją sędziowską. Dwóch sędziów punktowało tamtą walkę 115-113, więc zadecydowała jedna runda. 
Następny pojedynek Ward stoczył z zawodnikiem z wyższej kategorii wagowej. Był nim mistrz Świata, Chad Dawson, który specjalnie dla Andre zszedł do limitu wagi super średniej. Dawson nie mógł się odnaleźć w nowej dla siebie kategorii, ustępował rywalowi szybkością i przegrał walkę przez techniczny nokaut w 10 rundzie. Wcześniej aż trzykrotnie Dawson znalazł się na deskach.
Po roku przerwy szansę od Warda dostał niepokonany i silny Edwin Rodriguez. "La Bomba" tytuł przegrał już na wadze wnosząc sporo ponad limit i nie chcąc próbować zbijać. Zapłacił karę finansową, a drugą, bardziej bolesną karę wyznaczył mu Amerykanin. Jeden z sędziów nie przyznał Rodriguezowi żadnej rundy, drugi tylko jedną odsłonę, a trzeci dwie. Obaj bokserzy zostali ukarani odjęciem dwóch punktów za niesportowe zachowanie w czwartej rundzie. 



Po walce z Edwinem Rodriguezem Andre Ward popadł w konflikt ze swoim promotorem. Pięściarz zarzucał Danowi Goossenowi notoryczne łamanie warunków kontraktu i chciał unieważnić umowę. Sprawa trafia do sądu, który rację przyznał promotorowi. Ward musiał wywiązać się z umowy kontraktowej. Patową sytuację rozwiązała śmierć Dana Goossena, który przegrał walkę z nowotworem wątroby. 


Ward wrócił na ring po 20 miesiącach przerwy już w kategorii półciężkiej. Andre nie chciał żadnych pojedynków na przetarcie i od razu przystąpił do walki z solidnym Paulem Smithem. Amerykanin znokautował Brytyjczyka w dziewiątej rundzie wygrywając wszystkie wcześniejsze. W marcu 2016 roku spotkał się z niepokonanym wcześniej i bardzo silnym Sullivanem Barrerą. Genialny Andre zdołał rzucić rywala na deski, ale ten dotrwał do końca walki. Sędziowie byli jednomyślni - 117-108, 117-109, 109-109 - wszyscy na korzyść Andre Warda. 


Już w najbliższą sobotę "S.O.G." spotka się z Alexandrem Brandem i zapowiada się, że odniesie jubileuszowe, 30-te zwycięstwo. Na listopad planowana jest jedna z najbardziej wyczekiwanych konfrontacji w 2016 roku. Andre Ward zaatakuje Sergeya Kovaleva, niepokonanego, unikanego i piekielnie mocno bijącego "Krushera", posiadacza pasów WBA, WBO i IBF w kategorii półciężkiej. Czy Amerykanin będzie faworytem? Zdania są podzielone. W takiej walce możliwy jest absolutnie każdy scenariusz. Rosjanin dysponuje zdecydowanie mocniejszym uderzeniem. Ward jest lepszy w defensywie, posiada także lepszą technikę, jest też pewnie szybszy od rywala. Ta walka to być może starcie o pozycję nr 1 w rankingu P4P po odejściu Floyda Mayweathera Jr'a.


Andre Ward to pięściarski geniusz - co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Na swoim rozkładzie ma całą plejadę gwiazd, nikt nie był w stanie mu zagrozić nawet przez moment. Kontrolował wszystkie pojedynki. Czy ktokolwiek będzie w stanie u zagrozić? Pokonać go? Ostatnia porażka poniesiona w 1996 roku, w wieku 12 lat mówi sama za siebie. Andre nigdy nie obierał dróg na skróty, nawet po dłuższych przerwach boksował z zawodnikami z czołówki. Tylko raz mierzył się w ringu z zawodnikiem o ujemnym bilansie. Profesor szermierki na pięści. Lider!

środa, 27 lipca 2016

Młodzi, perspektywiczni Polacy... bez ciosu.

Długo wahałem się, czy taki artykuł powinien się tu pojawić, ale przyglądałem się niektórym polskim, młodym pięściarzom i stwierdziłem, że nie będzie w tym tekście ani krzty przesady. Powiem to krótko i zwięźle - młodzi polscy pięściarze nie posiadają siły ciosu. Przynajmniej większość. Są oczywiście także wyjątki - Michał Cieślak, Adam Balski, Paweł Stępień... Ale dzisiaj nie będzie o nich. Będzie o innych, nie mniej utalentowanych, lecz nie posiadających bardzo ważnego atutu potrzebnego do osiągnięcia sukcesu w tym sporcie. Nie nokautują swoich przeciwników...

Analizowałem dziesięciu polskich zawodników i - co ciekawe - zauważyłem pewną zależność. Owszem, chłopaki nie dysponują silną ręką, ale jeśli już uda im się wygrać przed czasem, robią to w najmniej oczekiwanym momencie. Zapraszam do artykułu...

Pierwszym pięściarzem, którego wziąłem pod lupę był Kamil Szeremeta. 27-latek z Białegostoku kroczek po kroczku dąży do wyznaczonych sobie celów. Karierę zawodowca zaczął pod koniec 2012 roku i stoczył dotychczas 13 pojedynków. Wszystkie wygrał, m.in. z Rafałem Jackiewiczem, Łukaszem Wawrzyczkiem czy Patrickiem Mendy'm. Kamil ma w swoim rekordzie tylko dwie walki wygrane przed czasem co daje mu średnią na poziomie 15%. Szeremeta wygraną przed czasem zaliczył jednak w ostatnim pojedynku z... legitymującym się rekordem 21-0 Artemem Karpetsem. Nie był to co prawda klasyczny nokaut, lecz Ukrainiec pozostał na swoim stołku pomiędzy piątą a szóstą rundą.


Kolejnym analizowanym zawodnikiem jest 30-letni Tarnowianin, Dariusz Sęk. Sęk jest na innym etapie kariery niż Szeremeta. Bił się już o pasy IBF InterContinental czy WBA International w wadze półciężkiej. Dawał świetne walki w Niemczech przeciwko Robertowi Woge i - przede wszystkim - Robinowi Krasniqi. Darek stoczył już 29 walk, z czego 26 wygrał. Przed czasem tylko 8. Sęk wiedział jednak kiedy ma się zmobilizować. W 2013 roku na gali Polsat Boxing Night w Gdańsku odebrał ochotę na kontynuowanie walki niepokonanemu wcześniej Remigiuszowi Wozowi, a niemal dokładnie rok temu w Niemczech po ciężkiej i wyrównanej walce zastopował Shefata Isufiego.


Michał Syrowatka to kolejny z młodych pięściarzy, którzy bardzo chcą nokautować, lecz nie do końca wiedzą jak się do tego zabrać. W tym przypadku jest co prawda coraz lepiej, ale jeszcze niedawno tak nie było. 28-letni Syrowatka wygrał 15 pojedynków, z czego 4 przed czasem. Ma na koncie jedną porażkę z pamiętnej walki z Rafałem Jackiewiczem, któremu później się zrewanżował. Na początku kariery zdecydowanie częściej boksował na pełnym dystansie. Przełamanie nastąpiło niespodziewanie. W świetnie zapowiadającej się walce już po 87 sekundach znokautował niepokonanego wówczas Michała Chudeckiego.


Wspomniany Chudecki to kolejny przykład pięściarza, który gdzieś się pogubił lub po prostu zablokował. Jego kariera rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie już w debiucie wygrał przed czasem. W pierwszej walce w Polsce powtórzył ten wyczyn, a później jeszcze raz po powrocie do USA. Nokautował w swojej pierwszej, trzeciej i piątej walce. I przestał. Od tego momentu zanotował 6 zwycięstw, 2 porażki i 1 remis. Coś jednak poszło nie tak. Przegrywał przed czasem (m.in. ze wspomnianym Syrowatką), a wygrywał tylko po sędziowskich decyzjach.


Jeszcze gorzej pod tym względem wygląda kariera obiecującego Krzysztofa Kopytka. Młody, 22-letni "Kopyt" rozpoczął karierę w 2012 roku od wygranej w pierwszej rundzie z Tomaszem Radlofem. Jeszcze w tym samym roku znokautował rywala z Białorusi i... nokautować przestał. Od listopada 2012 po dziś dzień Kopytek zanotował 9 kolejnych wygranych walk, z czego ani razu nie zakończył pojedynku przed czasem. Jego średnia to zaledwie 17%. 


27-letni Łukasz Maciec to przykład podobny do Dariusza Sęka. Podobny bilans, podobne wyzwania, podobny procent nokautów. "Gruby" stoczył już 27 pojedynków, z czego 23 zakończył swoim zwycięstwem. Tylko 5 razy wygrywał przed czasem. W 2013 roku pojechał do Finlandii na walkę z niepokonanym Jussi Koivulą. Maciec przed tym pojedynkiem pojawiał się w ringu 20 razy, lecz tylko trzykrotnie wygrał przed czasem. W Finlandii stało się to, czego gospodarze najmniej się spodziewali. Polak pokonał Fina przez nokaut w piątej rundzie. 


Kamil Łaszczyk to niegdyś świetnie zapowiadający się pięściarz. Dzielił karierę miedzy Polskę i Stany Zjednoczone, miał przy sobie świetnych promotorów zarówno w ojczyźnie jak i za oceanem. Kariera się jednak zablokowała. Kamil rozpoczął zawodową karierę w 2011 roku od pięciu nokautów w pierwszych sześciu walkach. Później coś się jednak w tym względzie popsuło. Dziś niepokonany zawodnik wagi piórkowej jest niepokonany w 22 pojedynkach, lecz tylko w 8 przypadkach nie dał szansy sędziom na punktowanie walki. W ostatnich 16 walkach tylko trzy razy kończył przeciwnika przed czasem. Zrobił to jednak w pojedynku z Jose Luisem Araizą w USA. Polak znokautował rywala pomimo, iż był to pięściarz, który posiadał najwięcej zwycięstw ze wszystkich rywali Łaszczyka. 


Młody pięściarz kategorii półśredniej, Przemysław Runowski to kolejny przykład na brak siły ciosu. "Kosiarz" jest ładnie wyrzeźbiony, lecz nie posiada tego ważnego atutu w postaci siły w ręce. 22-latek zaczął walczyć zawodowo stosunkowo niedawno, bo w 2013 roku. Zaliczył 11 występów, z czego wszystkie wygrał. Dwukrotnie wygrywał przed czasem. W kuluarach ponoć śmieją się, że trzeba znaleźć Runowskiemu rywala o nazwisku Abramenka. Dlaczego? Przemek wygrał przed czasem w 2013 roku z Aliaksandrem Abramenką, a rok później z Andreiem Abramenką. Czy jest w boksie jeszcze jeden Abramenka? A może do listy pokonanych przed czasem "Kosiarz" dołoży Elmo Trayę w Międzyzdrojach? Bardzo na to liczymy.


Przedostatnim pięściarzem, którego karierę zanalizowaliśmy jest jeden z motorów napędowych grupy Tymex Boxing Promotions, Michał Żeromiński. 29-letni Radomianin w swojej drugiej zawodowej walce zafundował "czasówkę" rywalowi z Białorusi i... to by było na tyle. Walka ze wspomnianym Białorusinem była jedyną, o której werdykcie nie musieli decydować sędziowie. A Michał stoczył już 13 pojedynków. Jego średnia jest najniższa - tylko 8% walk wygranych przed czasem. 


Konrad Dąbrowski zamyka dzisiejsze - nie do końca pochlebne - zestawienie. Jest to młody i niedoświadczony zawodnik, który przegrał w swojej debiutanckiej walce na ringu w Wielkiej Brytanii. Od tego czasu zanotował 8 wygranych walk, lecz tylko raz wygrał przez nokaut. Co ciekawe, zdarzyło się to w walce z Rafałem Piotrowskim, który legitymuje się obecnie rekordem 0-46-1. Co jeszcze ciekawsze, Piotrowski przed czasem przegrał tylko 7 razy. Jeden z tych siedmiu nokautów jest autorstwa Dąbrowskiego.


Myślę, że wystarczy już wytykania naszym obiecującym zawodnikom braku nokautującego ciosu. Nie siła jest przecież w boksie najważniejsza. Znacznie wyżej ceniona jest inteligencja, ringowa mądrość. Kiedy w ringu się myśli, można wygrywać bez robienia krzywdy rywalowi. A nokauty? W niektórych przypadkach po prostu trzeba na nie cierpliwie poczekać. Rzućmy okiem na jednego z najlepszych obecnie polskich pięściarzy, Macieja Sulęckiego. Maciek jest obecnie bliski walki o światowy czempionat w wadze średniej. On swój przełomowy moment miał w - wydaje się - swojej najważniejszej walce w karierze. Walce z Grzegorzem Proksą, którego znokautował. Wcześniej zaliczył 18 zawodowych występów, w tym nokauty... trzy. A po wygranej nad Proksą wyjechał do USA wygrywał kolejno z Darryllem Cunninghamem, Jose Miguelem Berrio, Derrickiem Finldeyem i - niedawno - Hugo Centeno Juniorem. Wszystkie pojedynki w USA kończył przed czasem.
Można? Można...


sobota, 23 lipca 2016

Ranking "RED CORNER" / super welterweight / lipiec '16

Przyszedł czas na kategorię super półśrednią, zaskakująco mocno obsadzoną przez reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony walczy w tym limicie wielu ciekawych pięściarzy, natomiast z drugiej strony patrząc, nie są to tak "medialni" zawodnicy jak w limicie wyżej lub niżej.
Kategoria ta jest jedną z "najmłodszych" w boksie. W tej wadze występuje dużo młodych, niesamowicie utalentowanych bokserów. W najbliższym czasie dojdzie do kilku ciekawych pojedynków, więc następne zestawienie może się znacząco różnić od dzisiejszego.
Do dzieła!


#1
Saul Alvarez
47-1-1 (33 KO)

#2
Erislandy Lara
23-2-2 (13 KO)

#3
Jermall Charlo 
24-0 (18 KO)

#4
Demetrius Andrade
23-0 (16 KO)

#5
Liam Smith
23-0-1 (13 KO)

#6
Jermell Charlo
28-0 (13 KO)

#7
Julian Williams
22-0-1 (14 KO)

#8
Austin Trout
30-3 (17 KO)

#9
Jack Culcay
22-1 (11 KO)

#10
Erickson Lubin 
16-0 (11 KO)

#11
Diego Gabriel Chaves
24-2-1 (20 KO)

#12
Jorge Cota
25-1 (22 KO)

#13
Charles Hatley
26-1-1 (18 KO)

#14
Cornelius Bundrage
34-6 (19 KO)

#15
Liam Williams 
15-0-1 (10 KO)

----------------------------------------

#16
Willie Nelson
25-3-1 (15 KO)

#17
Cedric Vitu
44-2 (18 KO)

#18
Jarrett Hurd
18-0 (12 KO)

#19
Vanes Martirosyan
36-3-1 (21 KO)

#20
Carlos Ocampo
19-0 (12 KO)

piątek, 22 lipca 2016

Łukasz Rusiewicz - pięściarz ze stali...

Nie jest medialny. Nie mówi się o nim tak często jak o Krzysztofie Głowackim, Krzysztofie Włodarczyku czy Mateuszu Masternaku. Łukasz Rusiewicz - bo o nim będzie mowa w tym artykule - to zawodnik z cienia, jednak imponuje wielką ambicją, sercem do walki i - przede wszystkim - odpornością oraz twardością.
Jego kariera mogła potoczyć się zgoła inaczej. Był mistrzem Polski młodzików i brązowym medalistą mistrzostw Polski amatorów. Kiedy jego nazwisko mogło coś znaczyć na międzynarodowych turniejach, grupa w której trenował rozpadła się. Miał dwa wyjścia - zawieszenie rękawic na kołku lub przejście na bardzo ryzykowne zawodowstwo. Wybrał drugą opcję. 
Początki na zawodowym ringu były dobre - jak podkreśla - tylko z powodu znalezienia sponsora  na pierwszych kilka walk. Łukasz wygrał pięć pierwszych pojedynków i w tym momencie umowa ze sponsorem wygasła. Młody zawodnik znów stanął przed trudną decyzją - koniec kariery lub wyjazdy na teren trudnych rywali. I znów podjął rękawice...


Rusiewicz to pięściarz, któremu zawsze było pod górkę. On jednak potrafił ulepić coś z niczego. Bez praktycznie żadnego wsparcia wyrósł na twardego journeymana i jednego z najlepszych sparingpartnerów w swojej wadze. Do dzisiaj Polak jest uznawany za jednego z najlepszych testerów w wadze junior ciężkiej. W jego rekordzie znajduje się tyle dużych nazwisk, że możnaby nimi obdzielić sporą grupę pięściarzy.

Wyjazdy zaczęły się od Czech. To tam przegrał pierwszy pojedynek, z niepokonanym wówczas Romanem Kracikiem i tytuł mistrza tego kraju. Następny wyjazd to Szwajcaria i Nuri Seferi, późniejszy świetny zawodnik kategorii cruiser. Rusiewicz przegrał jednogłośnie, lecz minimalnie. Jeden z sędziów punktował wówczas 76-77. Po dwuletniej przerwie Łukasz znów pojechał do Czech i jeszcze raz spotkał się między linami z Kracikiem. Czech legitymował się wówczas rekordem 23-1, ale z Łukaszem wygrał po niejednogłośnej decyzji sędziów. Następne dwie walki stoczył w Niemczech. Tam spotkał się z niepokonanym Alexandrem Frenkelem i Enadem Liciną. Pojedynek z Frenkelem był jednym z 2-3, o których Rusiewicz mówi, że rzeczywiście był dużo słabszy od przeciwnika. Przegrał wówczas pięć z sześciu rund. Enad Licina był natomiast pierwszym pogromcą Polaka przed czasem. "Rusek" nie padł jednak na deski. Walka została zastopowana na stojąco. 

Łukasz wrócił po roku przerwy i znowu szykował się do wyjazdu. Tym razem celem był Luksemburg i walka z Jean-Cloude'm Bikoi. Rusiewicz wcale nie przyzwyczaił się do porażek i wypunktował miejscowego faworyta na jego terenie. Następnie przyszła propozycja walki z byłym mistrzem Świata, Herbie Hide'm. Polak przyjął walkę na kilkadziesiąt godzin przed pierwszym gongiem. Pięściarz, który na 50 pojedynków przegrał tylko cztery nie potrafił zastopować Łukasza. Znów porażka na punkty. 
W 2009 roku po ponad czteroletniej przerwie Rusiewicz miał możliwość zaboksowania przed polską publicznością. Stoczył sześć rund z obecnym mistrzem Świata WBO, Krzysztofem Głowackim, a także z Wojciechem Bartnikiem. Wszystkie rundy według sędziów przegrał, lecz ani razu nie dał sobie zrobić krzywdy. 

W 2010 roku "Rusek" dwukrotnie jechał do Niemiec, by sprostać jednemu z najsilniej bijących pięściarzy w swoim limicie, Rosjaninowi Rakhimowi Chakhievowi. Polak znów przegrał najpierw sześć, a następnie osiem rund, lecz znakomita obrona nie pozwalała rywalowi na przedostanie się do głowy. Chakhiev spośród swoich pierwszych jedenastu pojedynków tylko dwa razy nie zdołał zastopować przeciwnika. W obu przypadkach był nim Łukasz Rusiewicz. W międzyczasie pięściarz ze Starogardu Gdańskiego wystąpił w Polsce na gali w Skarżysku-Kamiennej i nieoczekiwanie sam znokautował niepokonanego wcześniej przeciwnika. Polak raz za razem pokazywał, że jest dużo wart, lecz brak promotora doskwierała mu na tyle, że musiał godzić się z rolą "zawodnika na telefon". Do dzisiaj Łukasz mówi, że jego kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby miał takie zaplecze jak pięściarze wymienieni w pierwszym zdaniu tego artykułu. 


Polak przegrywał także z liczącymi się w świecie Olą Afolabim we Wrocławiu i Troyem Rossem we Frankfurcie. Nie dawał się jednak przewrócić. Lata 2012-2013 to seria ośmiu występów na polskiej ziemii. Zaczęło się od trzech wygranych przed czasem z anonimowymi rywalami. Później przyszedł czas na Izu Ugonoha, Łukasza Zygmunta, Łukasza Janika i Michała Cieślaka. Z Ugonohem przegrał w stosunku 56-58, podobnie z Zygmuntem. Gorzej poszło mu z doświadczonym Janikiem i wielce utalentowanym Cieślakiem. W żadnym wypadku nie był jednak nawet naruszony. Defensywa ponad wszystko. Tym bardziej sensacyjnie zakończyła się walka z początkującym na zawodowstwie Tarasem Oleksiyenko. Ukrainiec mocno trafił Polaka, a sędzia bardzo szybko wkroczył między pięściarzy stopując walkę. Chyba nie znał Łukasza. "Rusek" spokojnie przetrwałby kryzys i zacząłby odpowiadać, lecz sędzia pozbawił go szans. To druga porażka Polaka przed czasem. Rusiewicz był tak zrozpaczony decyzją z Niemiec, że po trzech wygranych walkach w Polsce pojechał jeszcze raz spotkać się z Oleksiyenko. Ukrainiec legitymował się wówczas rekordem 6-0. "Rusek" pozbawił go jednak zera w rekordzie ciężkim nokautem w piątej rundzie czym zmazał plamę i wstrzymał karierę rywala na półtora roku.


W 2015 roku Łukasz wyjechał walczyć na Ukrainę, do Niemiec i do Francji. Przegrał z Iago Kiladze, Noelem Gevorem i Arsenem Goulamirianem, dwóm ostatnim urywając nawet kilka rund. Na początku bieżącego roku natomiast zaliczył trzecią w karierze przegraną przez nokaut. Nie był to oczywiście klasyczny nokaut, lecz techniczny. Sędzia zakończył pojedynek w Wielkiej Brytanii z Craigiem Kennedym ze względu na rozcięcie nad lewym okiem Rusiewicza. W maju natomiast na gali organizowanej przez Mariusza Grabowskiego i Tymex Boxing Night spotkał się w ringu z mającym 100% nokautów Adamem Balskim. Balski potwierdził swoją siłą rzucając Łukasza na deski, ale "Rusek" potwierdził odporność wstając i kontynuując wymiany z silniejszym rywalem. Ostatecznie zatrzymał serię nokautów Balskiego.


Łukasz Rusiewicz obecnie ma 34 lata i 46 stoczonych pojedynków. Jego rekord od jakiegoś czasu jest bardziej ujemny niż dodatni, ale zupełnie nie przeszkadza mu to. Rywale na całym świecie z szacunkiem wypowiadają się o Polaku i często zapraszają go na wspólne sparingu. Był sparingpartnerem Rakhima Chakhieva, Yoana Pablo Hernandeza, Marco Hucka, Krzysztofa Włodarczyka, Mateusza Masternaka czy... Władimira Kliczko. Wieloletni czempion królewskiej kategorii zaprosił Polaka na sparingi przed walką z Jeanem Marciem Mormeckiem. 
"Rusek" walczył w wielu krajach - dziesięciokrotnie w Niemczech, czterokrotnie w Czechach, a także w Szwajcarii, Irlandii, Luksemburgu, Finlandii, Francji, na Ukrainie i w Wielkiej Brytanii. 
Przegrał 24 pojedynki, z czego tylko 3 przed czasem. Wygrał 22 walki. Sam nokautował trzynastokrotie. 
Przeboksował 222 rundy.


Każdy doskonale wie, jak traktowani są na świecie journeymani. Oni nie przyjeżdżają, żeby wygrywać. Są traktowani z góry. Mają ładnie się zaprezentować, przegrać i wrócić do domu. Ciężko stwierdzić w ilu wyjazdowych pojedynkach Łukasz Rusiewicz był lepszy od swojego rywala. Ciężko też wyrokować, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby miał zapewnioną opiekę promotora i stworzone warunki do treningów. Pewne jest jedno - Łukasz to twardziel, co udowodnił już wielokrotnie. Szacunek.