Pięściarz, którego ciężko sklasyfikować. Zdecydowanie zbyt dobry, by nazywać go średniakiem, ale trochę jednak brakuje mu do tych najlepszych. Jego kariera wygląda jak pasmo przypadków. Świetnie prezentujący się w Polsce, minimalnie przegrywający za granicą. Zawodnik, którego oszukiwano, z którego drwiono, w którego nie wierzono we własnym kraju. Pięściarz ponadprzeciętnie inteligentny, któremu brakuje tylko jednego - konkretnego nazwiska w rekordzie. Mateusz "Master" Masternak.
Długo zbierałem się do napisania tekstu o Mateuszu. To Wrocławianin, podobnie jak ja. To pięściarz, którego podziwiałem od początku kariery. Wierzyłem w niego, bo w ringu istotnie siał spustoszenie. Był "Masterem". Dlaczego jego kariera powędrowała tak, a nie inaczej? Dlaczego nie wierzono w niego w Polsce, skoro rekordy hodowano takim pięściarzom jak Paweł Kołodziej czy Damian Jonak? Tego nie wiemy. Jestem jednak w stanie zaryzykować tezę, że gdyby objęto go odpowiednią opieką, mógłby być mistrzem Świata. Ma papiery na świetnego zawodnika i takim jest. Brakuje tylko tej kropki nad "i".
Zacznijmy od tego, że Mateusz wygrał pierwszych 30 pojedynków. To kapitalny wynik, bo dzisiaj mistrzów Świata z takim rekordem możemy policzyć na palcach jednej ręki. "Master" zadebiutował w Polsce, ale już trzy następne walki stoczył za oceanem. Już w 11 zawodowym występie sięgnął po pas młodzieżowego mistrza Świata federacji WBC nokautując Alexa Mogylevskiy'ego. Cztery miesiące później zdobył mało znaczący tytuł TWBA wygrywając także przez nokaut z Laszlo Hubertem. W 2009 roku wystąpił na pierwszej gali z cyklu Polsat Boxing Night wygrywając z Łukaszej Janikiem. Warto tu dodać, że Mateusz był przed tym pojedynkiem skazywany na porażkę przez wszystkich ekspertów, a spokojnie poradził sobie z "Lucky Lookiem" wygrywając przed czasem w 5 rundzie. Wydawać by się mogło, że to było tak dawno, bo rzadko kto pamięta z tamtej gali Mateusza. Kiedy jednak przypomnimy sobie walkę Gołota - Adamek to uświadomić sobie można, że to było przecież to samo wydarzenie. Na tej samej gali Damian Jonak remisował z Mariuszem Cendrowskim, Dawid Kostecki wypunktował Grzegorza Soszyńskiego, Krzysztof Cieślak wygrał z Maciejem Zeganem, a Krzysztof Szot zadał pierwszą porażkę Łukaszowi Maćcowi. Na tym samym ringu Artur Szpilka miał zmierzyć się z Wojciechem Bartnikiem, lecz został zatrzymany przez policję. Gdy to wszystko sobie człowiek przypomni, dojdzie do wniosku że to przecież ledwie kilka lat temu. Mateusz własnie tym występem zapewnił sobie większą uwagę w Polsce. To był spektakularny sukces, bo właśnie wtedy kibice i eksperci zaczęli zastanawiać się "kto to jest ten Mateusz i skąd on ma tyle siły?"
W kolejnych występach Masternak bronił tytułu WBC Youth przeciwko Jamesonowi Bosticiowi, Faisalowi Ibner Arramiemu, a także zadał pierwszą porażkę niezłemu wówczas Levanowi Jomardashvilemu. Absolutnie wszystko wchodziło przed czasem. Mateusz był wtedy chyba jedynym zawodnikiem w Polsce, który nokautował z luzu, nie podpalał się, cierpliwie boksował i czekał, a nokaut przychodził niemal sam. W następnej walce nie udało się zastopować Ismaila Abdoula, ale Belg jest niemal synonimem odporności skały. Przegrał 37 razy, z czego przed czasem tylko raz, w dodatku w kontrowersyjnych okolicznościach. Kiedy wydawało się, że drzwi do wielkiej kariery są dla Mateusza otwarte, nieoczekiwanie polscy promotorzy "sprzedali" go do Niemiec. "Master" podpisał kontrakt z prężną grupą Sauerland Event, co mogło przełożyć się na wielkie sukcesy, ale nie musiało...
I niestety stało się tak, jak przewidywałem. W niemieckiej stajni było zbyt wielu konkretnych pięściarzy, zbyt mało trenerów, zbyt dużo Niemców. Mateusz zszedł na drugi plan i był niejako zapchajdziurą na podrzędnych galach. Mateusz po pięciu występach pod banderą SE w 2012 roku zdobył co prawda tytuł Mistrza Europy, ale był to chyba totalny przypadek, że wystawiono Mateusza do walki o wakat z Finem, Juho Haapoją, któremu Polak nie oddał ani jednej rundy.
I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że w momencie największego sportowego sukcesu zaczęły się problemy. Mateusz walczył coraz rzadziej, a jak już to najczęściej nie w Niemczech a w Danii. Właśnie w Danii Masternak znokautował jeszcze Shawna Corbina i to własnie było jego jubileuszowe, 30-te zwycięstwo. "Master" był pewny swoich umiejętności, ale niepewni byli jego promotorzy. Wycieczka do Rosji na obronę pasa przeciwko Grigory Drozdowi to pomysł najgorszy z możliwych. Do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Sauerland nie był w stanie zorganizować tego pojedynku w Niemczech. Mateusz pojechał po wygraną, ale wrócił niestety na tarczy. Walczył tam sam, przeciwko całej Rosji. Poległ w 11 rundzie, chociaż prezentował się dzielnie, pomimo kontuzji łuku brwiowego, której nabawił się już na samym początku walki. W tym pojedynku nic nie układało się po myśli Mateusza. A szkoda. Drozd zdobył później tytuł mistrza Świata wyraźnie punktując Krzysztofa Włodarczyka, co jeszcze mocniej pokazuje, że Mateusz był w owym czasie w znakomitej formie.
Porażka mocno utrudniła karierę Mateusza w Niemczech. Polak coraz głośniej mówił, że jest niezadowolony ze sposobu prowadzenia kariery przez braci Sauerland. Był sukcesywnie pomijany przy obsadzie najlepszych gal, a ciągle wysyłany na gale, w której miał pełnić rolę zapchajdziury. Miał jednak kontrakt i to go wiązało. Musiał zacisnąć zęby, trenować i liczyć na zwrot akcji. Po porażce z Rosjaninem stoczył w krótkim odstępie czasu dwie walki na galach w Danii, po czym dostał szanse pojedynku o tymczasowy pas mistrza Świata federacji WBA. W ringu miał spotkać się z Youri Kalengą. Gala w Monako. Lepszej szansy mogło już nie być. Mateusz musiał to wykorzystać. Niestety, z przykrością trzeba powiedzieć, że występ w Monte Carlo był najsłabszym w karierze Masternaka. Mateusz był szybszy, dużo lepszy technicznie od Kalengi, ale kompletnie nie umiał tego pokazać w ringu. Dał sobie narzucić styl osiłka, jakim jest Francuz i ostatecznie walkę przegrał niejednogłośnie na punkty. Los "Mastera" mógł jeszcze naprawić sędzia Paweł Kardyni, ale on punktował minimalnie na korzyść Kalengi czym pokazał, że absolutnie nie był stronniczy. A mógł być. Być może jego ówczesna punktacja nakierowałaby karierę Mateusza na zupełnie inną, lepszą stronę.
Mateusz w 2014 roku stoczył jeszcze dwa pojedynki. W pierwszym, na przetarcie szybko znokautował Bena Nsafoaha, natomiast pod koniec roku musiał pojechać do Francji na walkę z podstarzałym Jeanem Markiem Mormeckiem. Już tam widać było próbę oszukania Polaka. Mateusz był zdecydowanie lepszy od Mormecka. Można nawet powiedzieć, że była to jedna z lepszych walk Polaka w ostatnim czasie. Dwóch sędziów prawidłowo punktowało wysoką przewagę Polaka, ale trzeci - zupełnie odbiegając od rzeczywistości - wskazał na remis. Wygrana we Francji to jeden z większych sukcesów Mateusza.
Później była walka (chociaż to słowo powinno się w tym przypadku wziąć w cudzysłów) z Rubenem Angelem Mino w Niemczech. To starcie w dość karykaturalny sposób pokazuje karierę Mateusza w niemieckiej grupie. Mino, o głowę niższy od Mateusza, wyglądający jak tatuś Muminka wytrzymał 4 minuty i kiedy było już po wszystkim, szeroko się uśmiechnął. Przeżył. To sukces.
Co jednak nie udało się we Francji, zostało zrobione w RPA. W tym momencie przyznam się osobiście, że większego złodziejstwa - bo inaczej tego nazwać się nie da - w życiu nie widziałem. To co zrobił Masternak z Johnnym Mullerem na jego terenie to był matrix. Polak wygrał 9 z 10 rund, do tego dwukrotnie posyłając rywala na deski. Moja punktacja wówczas: 99-89. W ostateczności 98-90. Gdy ogłoszono, że decyzja jest niejednomyślna, Mateusz obrócił się z niedowierzaniem do swojego narożnika. Chyba wiedział już, co się właśnie wydarzyło. Dwóch sędziów przyznało zwycięstwo Mullerowi. Kradzież roku. Dla mnie kradzież XXI wieku. Ale nie w RPA. Tam jeszcze po walce mówiono, że to słuszny werdykt, bo Muller pomimo desek był po prostu lepszy. Niewiarygodna historia. Wtedy Polaka było mi najbardziej szkoda, bo okazało się ile tak naprawdę warte są lata treningów, wyrzeczeń i miesiące przygotować w pocie czoła.
Po tej porażce blisko było doprowadzenia do remisu. Chciał tego sam Masternak. Miał w sobie taką złość, że za drugim razem nie zostawiłby sędziom wolności decyzji. Można się czepiać, że Polak mógł zakończyć wtedy walkę przed czasem i nie byłoby całej tej historii, ale łatwo mówi się z przed telewizora. Nie zrobił tego, ale wygrał bezdyskusyjnie. Z drugiej strony, można jednak powiedzieć, że coś u Mateusza się zacięło. Zanikł instynkt zabójcy, który charakteryzował go na początku kariery. Zakończenia przed czasem co jakiś czas się pojawiały, ale brakowało nokautów "z przytupem", do jakich przyzwyczaił swoich wiernych kibiców.
Pod koniec 2015 roku nadeszła jeszcze jedna szansa. Pojawiła się propozycja walki o pas EBU, który był już w posiadaniu "Mastera". Mateusz propozycje przyjął, chociaż znowu musiał jechać na teren rywala. Pojechał do Anglii i na wielkiej O2 Arena dał świetną walkę z Tony'm Bellew. Kim obecnie w boksie jest Tony Bellew wie każdy. A raptem 16 miesięcy temu pokonał on Masternaka w stosunku 115-112 i 115-113, czyli jedną, maksymalnie dwoma rundami. Na wyjeździe, co można interpretować w taki sposób, że na neutralnym terenie to ręka Wrocławianina mogła powędrować w górę. Po raz kolejny Masternak został pokrzywdzony. Po raz kolejny zabrakło tak blisko. Czwarta porażka w karierze i czwarta "na styku".
Dokładnie rok temu Mateusz wrócił do boksowania w Polsce. Po pięciu latach tułaczki "Master" wystąpił na gali w Tauron Arenie, na kolejnej edycji Polsat Boxing Night w bardzo dobrym stylu punktując niezłego Erika Fieldsa. Jak się okazało, był to ostatni odcinek współpracy Mateusza Masternaka z grupą Sauerland Event. Była ponoć mowa o przedłużeniu kontraktu i chciał tego promotor, ale wizja prowadzenia kariery Polaka była nieco odmienna od tego, co wyobrażał sobie pięściarz. Niemcy chcieli, aby Mateusz był zawodnikiem na telefon, żeby jeździł na takie wyjazdy jak ten do RPA (Muller) czy Francji (Mormeck). Polak na szczęście nie zgodził się na takie warunki i został wolnym zawodnikiem. Porozumiał się z grupą Tymex Boxing Promotions i jej szefem, Mariuszem Grabowskim. Nie jest to kontrakt, ale luźna współpraca z korzyścią dla obu stron.
W ostatniej swojej walce, w marcu tego roku w Dzierżoniowie Mateusz w walce wieczoru na gali Tymexu wypunktował twardego Alexandra Kubicha.
To nie koniec "Mastera". W czerwcu ma być on jedną z głównych atrakcji kolejnej edycji Polsat Boxing Night. W Ergo Arenie w Gdańsku spotka się ze świetnym na amatorstwie Ismaylem Sillakhem. Będzie to walka z gatunku tych, które trzeba wygrać, by zawalczyć o lepszą przyszłość. Wygrać najlepiej przez nokaut. Efektowny. Sillakh przegrywał trzykrotnie, za każdym razem przed czasem i z Mateuszem nie może być inaczej. Tak to widzę.
Mateusz ma dopiero 30 lat. Słowo klucz: DOPIERO. Jest niezwykle doświadczony, jak na swój wiek. Stoczył w ringu 42 pojedynki, z czego 38 wygrał. Walczył już prawie wszędzie i widział prawie wszystko. Wie, czego chce i wie na co go stać. Twardo stąpa po ziemii. Wrócił do współpracy z Andrzejem Gmitrukiem i widać, że miedzy pięściarzem i trenerem znowu jest chemia. To oznacza tylko to, że planowana już dawno temu "Era Mastera" może dopiero nadejść...
Zdjęcia pochodzą ze stron Tymex Boxing Promotions, Super Express, ringpolska.pl, bokser.org, polsatsport.pl.
" [...] Jeśli w boksie jest jakaś magia, to jest to magia walki ponad granicami. To magia ryzykowania wszystkiego dla marzeń, których nie dostrzega nikt poza Tobą... "
Etykiety
- Boks na świecie (43)
- Boks w Polsce (34)
- Ciekawostki / Statystyki (34)
- Na Gorąco (37)
- Rankingi (24)
- Zapowiedzi (29)
piątek, 14 kwietnia 2017
środa, 12 kwietnia 2017
"Koncert siły" w Zakopanem - podsumowanie gali...
Jak zwykle z kilkudniowym opóźnieniem jestem ja i moje "Na Gorąco" czyli krótkie i kąśliwe podsumowanie polskich gal boksu. Za nami bokserskie wydarzenie w Zakopanem - w stolicy polskich gór, w pięknym hotelu Nosalowy Dwór Resort & SPA odbyło się pięć walk, o których powiem poniżej. Krótki spojler - było bardzo przyzwoicie. Najważniejszą informacją jest ta, że było 5 pojedynków, walczyło 6 Polaków i... żaden nie przegrał.
Zaczęło się od obiecującego Przemysława Zyśka, który już w swoim debiucie zawodowym pokazał, że ta kariera - inteligentnie prowadzona - może być ciekawa dla oka. Po 14 miesiącach od pierwszej walki młody zawodnik Sferis Knockout Promotions ma już na swoim koncie cztery walki, wszystkie wygrane, lecz tylko ta pierwsza przed czasem. Wtedy wydawało się, że "Zysio" ma świetny "ciąg" na rywala, że kolejne nokauty będą przychodzić same. Rzeczywistość okazała się inna - Przemek wygrywa po decyzjach, ale to kompletnie jest bez znaczenia w momencie, kiedy robi to dobrze, zadowoleni są kibice i - przede wszystkim - nie męczy się przy tym. Rywal, Alexander Dzemka to również niepokonany zawodnik. Przemek jednak od początku był w tej walce silniejszy, pozostawiał na sędziach wrażenie aktywniejszego, inicjował ataki i to on szedł do przodu. Pierwsza runda wyrównana, jednak każda kolejna dla pięściarza z Ostrołęki. Nie obyło się bez kilku błędów, zwłaszcza w obronie, ale trener Łapin powinien być ogólnie zadowolony ze swojego podopiecznego. Przemek zabrał już zera z rekordów trzech z czterech swoich rywali. Do tego w Zakopanem pierwszy raz - i to w dodatku dość spokojnie - przeboksował 8 rund. Pozytyw i dobry prognostyk przed następnymi walkami.
Marek Matyja to jeden z tych pięściarzy, którym teoretycznie porażka może pomóc w dalszym rozwoju. Ten chłopak wygląda na bardzo inteligentnego, mądrego pięściarza. Ciągle się uczy i wyciąga wnioski. Rywalem Marka w Nosalowym Dworze był Emmanuel Feuzeu z Kamerunu. 36-letni, czarnoskóry pięściarz z pewnością nie jest z łapanki. Potrafił znokautować Ricky Dennisa Powa (ówcześnie 11-1) i zremisować z Timo Shalą (ówcześnie 18-0) po czteroletnim rozbracie z boksem. Matyja do walki wyszedł niesamowicie skoncentrowany. Widać było, że za wszelką cenę chce teraz mazać plamę z porażki z Norbertem Dąbrowskim. I w Zakopanem pokazał bardzo dobry boks. Uwagę zwracają przede wszystkim celne ciosy w tułów, które odbierają oddech, a także niesamowite momenty przyspieszenia Polaka. Marek pokazał także, że umie się bronić, nie traci głowy w obronie i nie podpala się w ataku. Na chwilę obecną można powiedzieć, że to pięściarz kompletny, jak na swoją miarę. Potrafi bardzo dużo. Musi się jedynie pozbyć jakiejś blokady, którą - mam wrażenie - ma gdzieś z tyłu głowy. Moim zdaniem przeciwko Feuzeu pokazał boks, który można pokazać dzieciom na pierwszych zajęciach z teorii tego sportu. Ostatecznie udało się też wrócić na ścieżkę nokautów. Oby tak dalej!
Pokaz siły także u Przemka Runowskiego. Paradoksem tego chłopaka jest fakt, iż jest naprawdę silny, wygląda na takiego, a nokautów nie ma. Przeciwnikiem "Kosiarza" był dobrze znany Ivan Njegac, który potrafił już sprawiać niespodzianki. Pokonał on w Wielkiej Brytanii Rakeema Noble'a zadając mu pierwszą porażkę w karierze, niedawno wypunktował Lukę Marasco (rekord 17-2), a w Sosnowcu w 2016 roku spokojnie poradził sobie z Kamilem Młodzińskim, którego obronili sędziowie Piotr Kozłowski i Dariusz Zwoliński. Swoją drogą, po takim przekręcie zdecydował się jeszcze raz przyjechać do Polski. Tym razem nie było mowy o żadnym wałku, bo Runowski wykonał swoją pracę koncertowo. Pierwszy raz wyglądał jak bardzo doświadczony, dojrzały zawodnik. Jego kariera idzie do przodu, z walki na walkę prezentuje się coraz lepiej, a za tydzień skończy dopiero 23 lata. To jeden z najlepszych pięściarzy młodego pokolenia w Polsce - bez wątpienia!
Ivan Njegac w ringu wyglądał jakby dopiero w szatni dowiedział się o werdykcie z walki z Młodzińskim. Był przygnębiony, wyglądał tak jakby mu się nie chciało. Runowski wykorzystywał sytuacje i grał w swoją grę kolekcjonując kolejne rundy. Ostatecznie wygrał do wiwatu, można było punktować wszystkie 8 rund dla Polaka, któremu powoli trzeba jeszcze zwiększać poziom rywali. Po raz kolejny powody do radości miał w Nosalowym Dworze Fiodor Łapin. Każdy z jego podopiecznych do tej pory zaprezentował swój najlepszy boks.
Walka Krzysztofa Kopytka z Robertem Świerzbińskim przyniosła najwięcej emocji. Pytań było wiele - większość o "Kopyta", a odpowiedzi miała dać właśnie ta konfrontacja. Świerzbiński to świetny tester, doświadczony. I ta walka wyglądała dokładnie tak, jak sobie ją wyobrażałem. Młodszy i szybszy Kopytek lepiej zaczął, a doświadczony i dobrze przygotowany kondycyjnie Świerzbiński lepiej skończył. Zawodnik grupy należącej do Andrzeja Wasilewskiego ma jeden zasadniczy problem, który powtarza się w każdym ostatnim pojedynku, mianowicie ostro zaczyna i bardzo słabo kończy, a wiadomo że na sędziach często istotną rolę odgrywa właśnie końcówka. Zdecydowanie lepiej finiszował Świerzbiński. "Kopyt" to młody zawodnik, więc kompletnie nie rozumiem jak po 7-8 trzyminutowych rundach kompletnie wysiada kondycyjnie. Tak było z Vovkiem, tak też było z Salmonem. Po ostatniej jego walce powiedziałem, że z tej mąki nie będzie chleba i podtrzymuje tą tezę. U Kopytka brakuje czegoś, czego nie da się wyuczyć i nie zrobi tego nawet trener Łapin - brakuje charakteru, serca do walki, ognia. Co z tego, że na sparingach jest forma życia, jak w ringu wygląda to inaczej? Kilka słów o Robercie Świerzbińskim - zaboksował tak, jak powinien, tak jak umie i tak, jak go na to obecnie stać. Moim skromnym zdaniem w stosunku 77-75 zwycięzcą był "Kopyt", ale cieszę się z takiego werdyktu, bo to doda wiatru w żagle zawodnikowi Dariusza Snarskiego, a być może jeszcze bardziej zmobilizuje Krzyśka Kopytka.
Efektowny "Striczu"! Ten facet zmienił się o 180 stopni w porównaniu co prezentował jeszcze na polskim podwórku. Niech mi ktoś wytłumaczy fakt, iż Maciek w pierwszych 18 walkach przed czasem wygrał tylko trzykrotnie, a od czasu Grzesia Proksy robi to już regularnie i to z lepszymi rywalami za oceanem? Ten facet zyskał taką pewność siebie, że może góry przenosić. Ja osobiście nie lubię, kiedy pewność siebie przeradza się w arogancje, ale Maciek balansuje na jej krawędzi. Najważniejsze, że za słowami idą wyniki. A Sulęcki w Zakopanem wygrał swoją 24 kolejną walkę i jest blisko czołówki swojej nowej wagi. Nowej, bo występ przeciwko Michi Munozowi był debiutem "Stricza" w dywizji super półśredniej. I debiut wypadł niesamowicie okazale. Pierwsza runda to mocne wejście w pojedynek, druga to klasyczne "boom-boom" i podwójne deski Munoza, trzecia to atak i dokończenie sprawy. Co tu pisać więcej? To był koncert. Pozostaje nam czekać na konkretniejszych rywali, których coraz głośniej domaga się Polak. Może jeszcze nie Golovkin, czy Alvarez, ale są zawodnicy, których można byłoby dać Maćkowi na sprawdzenie jak Vanes Martirosyan, Tony Harrison czy Julian Williams. Świetnym ruchem byłby też pojedynek o pas z bezsprzecznie najsłabszym z mistrzów w tej kategorii, Jermellem Charlo o pas WBC.
Podsumowując - znakomita gala dla Sferis Knockout Promotions i trenera Fiodora Łapina - zdecydowana wygrana Zyśka, znakomity występ Matyi, kapitalny Runowskiego. Do tego efektowny Sulęcki i kolejna lekcja dla Kopytka. Największy pozytyw tej gali to Marek Matyja i Przemek Runowski. Być może któryś z występujących w Zakopanem zawodników wystąpi także na Polsat Boxing Night w Gdańsku. Chętnie zobaczyłbym tam "Kosiarza" z konkretnym rywalem.
Gratulacje dla organizatorów.
Zdjęcia pochodzą ze stron ringpolska.pl i polsatsport.pl
Zaczęło się od obiecującego Przemysława Zyśka, który już w swoim debiucie zawodowym pokazał, że ta kariera - inteligentnie prowadzona - może być ciekawa dla oka. Po 14 miesiącach od pierwszej walki młody zawodnik Sferis Knockout Promotions ma już na swoim koncie cztery walki, wszystkie wygrane, lecz tylko ta pierwsza przed czasem. Wtedy wydawało się, że "Zysio" ma świetny "ciąg" na rywala, że kolejne nokauty będą przychodzić same. Rzeczywistość okazała się inna - Przemek wygrywa po decyzjach, ale to kompletnie jest bez znaczenia w momencie, kiedy robi to dobrze, zadowoleni są kibice i - przede wszystkim - nie męczy się przy tym. Rywal, Alexander Dzemka to również niepokonany zawodnik. Przemek jednak od początku był w tej walce silniejszy, pozostawiał na sędziach wrażenie aktywniejszego, inicjował ataki i to on szedł do przodu. Pierwsza runda wyrównana, jednak każda kolejna dla pięściarza z Ostrołęki. Nie obyło się bez kilku błędów, zwłaszcza w obronie, ale trener Łapin powinien być ogólnie zadowolony ze swojego podopiecznego. Przemek zabrał już zera z rekordów trzech z czterech swoich rywali. Do tego w Zakopanem pierwszy raz - i to w dodatku dość spokojnie - przeboksował 8 rund. Pozytyw i dobry prognostyk przed następnymi walkami.
Marek Matyja to jeden z tych pięściarzy, którym teoretycznie porażka może pomóc w dalszym rozwoju. Ten chłopak wygląda na bardzo inteligentnego, mądrego pięściarza. Ciągle się uczy i wyciąga wnioski. Rywalem Marka w Nosalowym Dworze był Emmanuel Feuzeu z Kamerunu. 36-letni, czarnoskóry pięściarz z pewnością nie jest z łapanki. Potrafił znokautować Ricky Dennisa Powa (ówcześnie 11-1) i zremisować z Timo Shalą (ówcześnie 18-0) po czteroletnim rozbracie z boksem. Matyja do walki wyszedł niesamowicie skoncentrowany. Widać było, że za wszelką cenę chce teraz mazać plamę z porażki z Norbertem Dąbrowskim. I w Zakopanem pokazał bardzo dobry boks. Uwagę zwracają przede wszystkim celne ciosy w tułów, które odbierają oddech, a także niesamowite momenty przyspieszenia Polaka. Marek pokazał także, że umie się bronić, nie traci głowy w obronie i nie podpala się w ataku. Na chwilę obecną można powiedzieć, że to pięściarz kompletny, jak na swoją miarę. Potrafi bardzo dużo. Musi się jedynie pozbyć jakiejś blokady, którą - mam wrażenie - ma gdzieś z tyłu głowy. Moim zdaniem przeciwko Feuzeu pokazał boks, który można pokazać dzieciom na pierwszych zajęciach z teorii tego sportu. Ostatecznie udało się też wrócić na ścieżkę nokautów. Oby tak dalej!
Pokaz siły także u Przemka Runowskiego. Paradoksem tego chłopaka jest fakt, iż jest naprawdę silny, wygląda na takiego, a nokautów nie ma. Przeciwnikiem "Kosiarza" był dobrze znany Ivan Njegac, który potrafił już sprawiać niespodzianki. Pokonał on w Wielkiej Brytanii Rakeema Noble'a zadając mu pierwszą porażkę w karierze, niedawno wypunktował Lukę Marasco (rekord 17-2), a w Sosnowcu w 2016 roku spokojnie poradził sobie z Kamilem Młodzińskim, którego obronili sędziowie Piotr Kozłowski i Dariusz Zwoliński. Swoją drogą, po takim przekręcie zdecydował się jeszcze raz przyjechać do Polski. Tym razem nie było mowy o żadnym wałku, bo Runowski wykonał swoją pracę koncertowo. Pierwszy raz wyglądał jak bardzo doświadczony, dojrzały zawodnik. Jego kariera idzie do przodu, z walki na walkę prezentuje się coraz lepiej, a za tydzień skończy dopiero 23 lata. To jeden z najlepszych pięściarzy młodego pokolenia w Polsce - bez wątpienia!
Ivan Njegac w ringu wyglądał jakby dopiero w szatni dowiedział się o werdykcie z walki z Młodzińskim. Był przygnębiony, wyglądał tak jakby mu się nie chciało. Runowski wykorzystywał sytuacje i grał w swoją grę kolekcjonując kolejne rundy. Ostatecznie wygrał do wiwatu, można było punktować wszystkie 8 rund dla Polaka, któremu powoli trzeba jeszcze zwiększać poziom rywali. Po raz kolejny powody do radości miał w Nosalowym Dworze Fiodor Łapin. Każdy z jego podopiecznych do tej pory zaprezentował swój najlepszy boks.
Walka Krzysztofa Kopytka z Robertem Świerzbińskim przyniosła najwięcej emocji. Pytań było wiele - większość o "Kopyta", a odpowiedzi miała dać właśnie ta konfrontacja. Świerzbiński to świetny tester, doświadczony. I ta walka wyglądała dokładnie tak, jak sobie ją wyobrażałem. Młodszy i szybszy Kopytek lepiej zaczął, a doświadczony i dobrze przygotowany kondycyjnie Świerzbiński lepiej skończył. Zawodnik grupy należącej do Andrzeja Wasilewskiego ma jeden zasadniczy problem, który powtarza się w każdym ostatnim pojedynku, mianowicie ostro zaczyna i bardzo słabo kończy, a wiadomo że na sędziach często istotną rolę odgrywa właśnie końcówka. Zdecydowanie lepiej finiszował Świerzbiński. "Kopyt" to młody zawodnik, więc kompletnie nie rozumiem jak po 7-8 trzyminutowych rundach kompletnie wysiada kondycyjnie. Tak było z Vovkiem, tak też było z Salmonem. Po ostatniej jego walce powiedziałem, że z tej mąki nie będzie chleba i podtrzymuje tą tezę. U Kopytka brakuje czegoś, czego nie da się wyuczyć i nie zrobi tego nawet trener Łapin - brakuje charakteru, serca do walki, ognia. Co z tego, że na sparingach jest forma życia, jak w ringu wygląda to inaczej? Kilka słów o Robercie Świerzbińskim - zaboksował tak, jak powinien, tak jak umie i tak, jak go na to obecnie stać. Moim skromnym zdaniem w stosunku 77-75 zwycięzcą był "Kopyt", ale cieszę się z takiego werdyktu, bo to doda wiatru w żagle zawodnikowi Dariusza Snarskiego, a być może jeszcze bardziej zmobilizuje Krzyśka Kopytka.
Efektowny "Striczu"! Ten facet zmienił się o 180 stopni w porównaniu co prezentował jeszcze na polskim podwórku. Niech mi ktoś wytłumaczy fakt, iż Maciek w pierwszych 18 walkach przed czasem wygrał tylko trzykrotnie, a od czasu Grzesia Proksy robi to już regularnie i to z lepszymi rywalami za oceanem? Ten facet zyskał taką pewność siebie, że może góry przenosić. Ja osobiście nie lubię, kiedy pewność siebie przeradza się w arogancje, ale Maciek balansuje na jej krawędzi. Najważniejsze, że za słowami idą wyniki. A Sulęcki w Zakopanem wygrał swoją 24 kolejną walkę i jest blisko czołówki swojej nowej wagi. Nowej, bo występ przeciwko Michi Munozowi był debiutem "Stricza" w dywizji super półśredniej. I debiut wypadł niesamowicie okazale. Pierwsza runda to mocne wejście w pojedynek, druga to klasyczne "boom-boom" i podwójne deski Munoza, trzecia to atak i dokończenie sprawy. Co tu pisać więcej? To był koncert. Pozostaje nam czekać na konkretniejszych rywali, których coraz głośniej domaga się Polak. Może jeszcze nie Golovkin, czy Alvarez, ale są zawodnicy, których można byłoby dać Maćkowi na sprawdzenie jak Vanes Martirosyan, Tony Harrison czy Julian Williams. Świetnym ruchem byłby też pojedynek o pas z bezsprzecznie najsłabszym z mistrzów w tej kategorii, Jermellem Charlo o pas WBC.
Podsumowując - znakomita gala dla Sferis Knockout Promotions i trenera Fiodora Łapina - zdecydowana wygrana Zyśka, znakomity występ Matyi, kapitalny Runowskiego. Do tego efektowny Sulęcki i kolejna lekcja dla Kopytka. Największy pozytyw tej gali to Marek Matyja i Przemek Runowski. Być może któryś z występujących w Zakopanem zawodników wystąpi także na Polsat Boxing Night w Gdańsku. Chętnie zobaczyłbym tam "Kosiarza" z konkretnym rywalem.
Gratulacje dla organizatorów.
Zdjęcia pochodzą ze stron ringpolska.pl i polsatsport.pl
środa, 5 kwietnia 2017
"Pięściarz spełniony" - niezwykłe przygody Tony'ego Bellew...
Szczęśliwy mąż, spełniony pięściarz i... aktor. Tony Bellew wbrew wszelkim sprzeciwom i prawom natury pisze swoją niezwykłą historię. Brytyjczyk, którego kariera wręcz nie miała prawa potoczyć się tak, jak się potoczyła. Jak sam stwierdził, mógłby w tej chwili zakończyć swoją zawodową przygodę z boksem, ale jego żona nie pozwoliłaby mu na to, a to właśnie ona jest jedyną osobą na świecie, której się boi...
O karierze amatorskiej pochodzącego z Liverpoolu pięściarza nie wiemy zbyt wiele. On sam kiedyś stwierdził, że od początku interesowało go tylko zawodowstwo, ale... nie miał predyspozycji. Fakt. Na zawodowych ringach zadebiutował dopiero w wieku 25 lat. Zaczął od kategorii półciężkiej, chociaż jako amator boksował w limicie do 91 kilogramów.
Pierwsze trzy pojedynki stoczył jeszcze w końcówce 2007 roku. Wszystkie wygrał przed czasem. Bellew jednak ani nie wyglądał, ani nie poruszał się jak zawodowy pięściarz.
W październiku 2008, w rok od debiutu wystąpił po raz pierwszy przed swoją publicznością w Liverpoolu. Był to dla niego wyjątkowy pojedynek, gdyż przy każdej możliwej okazji okazywał swoją niesamowitą więź z tym miastem i jego mieszkańcami. Jego rywalem był Łotysz Jevgenijs Andrejevs, który legitymował się słabiutkim bilansem. Wygrał tylko 3 pojedynki, przy 22 porażkach (obecnie rekord 10-80-3). Dla Anglika miał to być spacerek. Taka walka pod publiczność, na przywitanie. Przywitanie nie okazało się jednak zbyt miłe. Andrejevs przegrał - co prawda - walkę, ale w czwartej rundzie rzucił niepokonanego faworyta na deski. Już wtedy widać było skłonność Tony'ego do lądowania na macie ringu. Boksował szybko i agresywnie, jednak szwankowała odporność. Do tego źle pracował na nogach, słabo się ustawiał.
Po 12 wygranych kolejnych walkach przyszedł w końcu czas na pierwszy tytuł. Bellew na Echo Arena w Liverpoolu pokonał w pierwszej rundzie Atoli Moore'a i zdobył pas mistrza Wspólnoty Brytyjskiej w wadze półciężkiej. W kolejnej walce Anglik spotkał się z niezłym Bobem Ajisafe i po raz pierwszy był zmuszony przeboksować pełny dystans 12 rund. Ostatecznie wygrał na punkty , lecz znów pechowa okazała się czwarta runda. Bellew na deskach po raz kolejny. Trzy miesiące później zmierzył się w ringu z doświadczonym Ovillem McKenzie'm i... znów Bellew leżał na macie. McKenzie usadził niepokonanego "Bombera" w pierwszej i drugiej rundzie. Było blisko pierwszej porażki w karierze, ale i tym razem Anglik zdołał odwrócić losy walki i sam znokautował rywala w ósmym starciu. Po siedmiu miesiącach doszło do rewanżu, w którym Tony nie zostawił już wątpliwości wygrywając pewnie na punkty.
W październiku 2010 roku przyszła w końcu pora na prawdziwe wyzwanie. Znów przed swoją publicznością Bellew wystąpił w walce o mistrzowski pas federacji WBO należący do Walijczyka Nathana Cleverly'ego. Walka znów potrwała 12 rund, nie było nokdaunów. Bellew nie zdołał jednak uszczęśliwić swoich kibiców i przegrał pierwszą walkę w karierze. Jeden z sędziów próbował ratować sytuacje punktując remis 114-114, jednak dwóch pozostałych - zdecydowanie słusznie - wytypowało wygraną "Cleva" w stosunku 117-112 i 116-113.
W kolejnych występach Bellew wygał przed czasem z Dannym McIntoshem i Edisonem Mirandą i zdobył pas mistrza Wielkiej Brytanii. Prawdziwy pokaz woli walki pokazał jednak w pojedynku z bardzo solidnym Roberto Feliciano Bolontim. Bellew wygrał walkę na punkty do jednej bramki pomimo iż w pierwszej rundzie po zderzeniu głowami rozciął sobie prawy łuk brwiowy, z którego ciągle sączyła się krew. W 2013 roku przyszła pora na dwie walki z niezwykle twardym Isaakiem Chilembą. Pierwsze starcie było niezwykle wyrównane. Walka na styku, jednak według większości obserwatorów, nieznacznie na korzyść Afrykanina. Ostatecznie walka zakończyła się remisem - jeden z sędziów widział remis, a dwóch pozostałych wygraną obydwu przeciwników. Konieczny był więc rewanż, który odbył się dwa miesiące później. Tym razem lepszy był już Bellew, który nie bez kłopotów, ale wypunktował twardego Chilembę.
Wygrana nad "Golden Boyem" z Malawi otworzyła Anglikowi drogę do drugiej próby zdobycia mistrzowskiego pasa. Tym razem w grę wchodził tytuł WBC i wycieczka do Kanady. To była pierwsza (i jak do tej pory jedyna) walka "Bombera" poza Wielką Brytanią. W Quebecu czekał już słynący z nokautującego ciosu Adonis Stevenson. Bellew jechał na walkę bojowo nastawiony, ale "Superman" kompletnie ograniczył jego atuty runda po rundzie wybijając mu z głowy myśl o wyjechaniu z Kanady z pasem. Ostatecznie Tony przegrał pierwsze pięć rund, a w szóstej został zastopowany. Tym razem nie udało się podnieść z desek.
Nowy etap. Porażka ze Stevensonem ostatecznie przekonała Anglika do podjęcia próby boksowania w wyższym limicie. Przejście do wagi cruiser była - patrząc z perspektywy czasu - jedną z najlepszych decyzji w karierze Bellew. W nowej dywizji "Bomber" zadebiutował w 2014 roku i zaczął od dwóch wygranych przed czasem. W 12 rundzie zastopował Valery'ego Brudova, natomiast w piątej Julio Cesara Dos Santosa. Na koniec roku miał po raz drugi spotkać się z Nathanem Cleverly'm, który również - po porażce z Sergeyem Kovalevem - postanowił pójść z wagą w górę. Rewanż zapowiadał się pasjonująco, gdyż między pięściarzami była tzw. zła krew. Znów areną walki był Liverpool i znów Panowie przeboksowali 12 rund. Znów decyzja była niejednogłośna. Jedyną różnicą był fakt, iż tym razem lepszy - obiektywnie - był Tony Bellew, który udanie zrewanżował się Walijczykowi za porażkę z wagi półciężkiej.
W 2015 roku Bellew otrzymał szansę walki o tytuł Mistrza Europy. Pas EBU był wakujący, a jego rywalem został... Mateusz Masternak. Pięściarze zmierzyli się w O2 Arena w Londynie i po świetnym i wyrównanym pojedynku górą okazał się Anglik. "Master" nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Obiektywnie nie był gorszy od Tony'ego, jednak zadziałał efekt lokalizacji. Przy wyrównanej walce sędziowie wskazali na zawodnika gospodarzy. Bellew wygrał jednogłośnie w stosunku 115-113, 115-112 i 115-112. "Bomber" pół roku później miał okazję zamienić pas EBU na szansę walki o wakujący pas WBC. Kto wie, być może to Mateusz Masternak dostałby szansę takiej walki, gdyby nie sędziwie w Londynie...
W maju 2016 roku okazało się, że Tony Bellew to prawdziwy szczęściarz. Pas WBC - od czasu wygranej z Krzysztofem Włodarczykiem - dzierżył Grigory Drozd. Rosjanin zdołał go obronić raz, w pojedynku z Łukaszem Janikiem. Kolejnym rywalem "Krasawczika" miał być król nokautu z Afryki, Ilunga Makabu. Wtedy okazało się, że Drozd ma kontuzję, która odwleka jego powrót na ring. Federacja WBC nadała Rosjaninowi tytuł Mistrza w zawieszeniu, a o wakujący pas wyznaczyła Makabu i drugiego najwyżej sklasyfikowanego pięściarza. Tym po wygranej nad Masternakiem okazał się właśnie Bellew. Co więcej, promotorzy Anglika zdołali zorganizować walkę o pas na piłkarskim stadionie Evertonu, którego kibicem od dziecka jest Bellew. I tak 29 maja 2016 roku na Goodison Park w Liverpoolu Tony Bellew stanął przed trzecią szansą na mistrzowski tytuł. Walka z zawodnikiem z Konga nie rozpoczęła się po myśli Anglika. "Bomber" już w pierwszej rundzie otrzymał potężny cios, który zwalił go z nóg i wywrócił na plecy. Makabu był bardzo blisko wygranej przez nokaut w otwierającym starciu, jednak Bellew nie mógł tego zrobić swoim kibicom, w swoim wymarzonym miejscu. Przetrwał kryzys, a w trzeciej rundzie sam potężnymi ciosami ściął z nóg faworyzowanego rywala. Piekielny nokaut. Euforia na Goodison Park. To była z pewnością jedna z najpiękniejszych chwil w życiu "Bombera" z Liverpoolu. Do trzech razy sztuka i mistrzowski pas znalazł się na biodrach Anglika. Nie udało się dwukrotnie w dywizji półciężkiej, udało się w cruiser.
Tony miał w głowie swój plan. Już wtedy wiedział, że chce iść z wagą jeszcze wyżej i spotkać się w ringu z Davidem Haye'm w wadze ciężkiej. Do tego potrzebny był bodziec. Bodźcem okazał się przyjaciel Haye'a, BJ Flores, z którym Bellew zmierzył się w pierwszej obronie pasa WBC. Amerykanin nie okazał się żadną przeszkodą, a Anglik szybko zauważył, że może w każdej chwili zakończyć walkę. Nokaut przyszedł w trzecie rundzie, chociaż już w drugiej odsłonie Flores trzykrotnie leżał na macie. To było preludium do spotkania Bellew z Haye'm. Coś, co wydawało się być nierealne ziściło się w marcu 2017. Panowie weszli do ringu...
Anglicy umieli podgrzać atmosferę przed walką. Pałali do siebie wyraźną niechęcią, pobili sie nawet na konferencji prasowej. Ta walka to było jedno z największych wydarzeń w świecie boksu w pierwszej połowie 2017 roku. Mało kto wierzył w powodzenie młodszego z Anglików. Dopiero przecież przegrywał wyraźnie w wadze półciężkiej z Adonisem Stevensonem, więc co on może zrobić w pojedynku z ciężkim Davidem Haye'm - zastanawiali się niemal wszyscy. Bellew był jednak pewny siebie i uparcie dążył do celu. I znów odniósł sukces. Wygrał z "Hayemakerem" przed czasem w 11 rundzie wykorzystując odnowienie się kontuzji u Davida. Nie zważając na to, "Bomber" odniósł wielki sukces i jak sam potwierdza - jest już pięściarzem spełnionym. Haye'owi kontuzja odnowiła się w szóstej rundzie, a do tego momentu Bellew toczył wyrównaną walkę. W szóstej rundzie rzucił cięższego rywala na deski. Później była już autostrada do wielkiej wygranej, którą zakończył w 11 starciu niemal wyrzucając faworyta z ringu. Bez wątpienia to Bellew jest autorem największej sensacji w 2017 roku i - jak mawiają eksperci - największej sensacji w historii brytyjskiego boksu.
Tony po walce przyznał, że na zewnątrz starał się być opanowany i pewny siebie, lecz w środku bał się walki z cięższym i - bez wątpienia - dużo mocniej bijącym Davidem. Co ciekawe, przyznał iż przed walką spisał testament, gdyż brał pod uwagę, że rywal może go skrzywdzić. Ten fakt pokazuje, jak wielką odwagę w sobie ma ten chłopak z Liverpoolu i jak bardzo oddany jest temu, co robi.
Walka z Haye'm okazała się rzeczywistym odzwierciedleniem filmu "CREED", w którym Bellew zadebiutował na dużym ekranie wcielając się w rolę "Pretty" Ricky Conlana.
Pytany o dalsze plany 34-latek odpowiada, że spokojnie mógłby już skończyć przygodę z boksem. Jest pięściarzem spełnionym, a kiedy kończyć karierę, jak nie po odniesieniu największego sukcesu w tym sporcie? Później dodaje, że jedzie na długie wakacje i po powrocie wypowie się precyzyjniej w temacie dalszych startów. Ponoć stoczy jeszcze maksymalnie trzy walki. Teraz chciałby dostać szanse walki o pas w wadze ciężkiej. Być może czeka na rozstrzygnięcie pojedynku Josepha Parkera z Hughie Fury'm i - w przypadku wygranej pretendenta - zdecyduje się na kolejną wielką walkę w Wielkiej Brytanii. Pozostałe dwie walki to - jak zapowiedział - unifikacje w wadze cruiser. W tej chwili mistrzami w tej dywizji są Murat Gassiev (IBF), Denis Lebedev (WBA), Oleksandr Usyk (WBO) i... Mairis Briedis (WBC, zwakowany przez Bellew). Dwie walki na zebranie wszystkich pasów z pewnością mu nie wystarczą. Być może więc po próbie zdobycia tytułu w królewskiej kategorii "Bomber" zakończy karierę i już nie wróci do wagi junior ciężkiej? Wszystko zależy od żony Tony'ego - ponoć to ona rozdaje karty...
O karierze amatorskiej pochodzącego z Liverpoolu pięściarza nie wiemy zbyt wiele. On sam kiedyś stwierdził, że od początku interesowało go tylko zawodowstwo, ale... nie miał predyspozycji. Fakt. Na zawodowych ringach zadebiutował dopiero w wieku 25 lat. Zaczął od kategorii półciężkiej, chociaż jako amator boksował w limicie do 91 kilogramów.
Pierwsze trzy pojedynki stoczył jeszcze w końcówce 2007 roku. Wszystkie wygrał przed czasem. Bellew jednak ani nie wyglądał, ani nie poruszał się jak zawodowy pięściarz.
W październiku 2008, w rok od debiutu wystąpił po raz pierwszy przed swoją publicznością w Liverpoolu. Był to dla niego wyjątkowy pojedynek, gdyż przy każdej możliwej okazji okazywał swoją niesamowitą więź z tym miastem i jego mieszkańcami. Jego rywalem był Łotysz Jevgenijs Andrejevs, który legitymował się słabiutkim bilansem. Wygrał tylko 3 pojedynki, przy 22 porażkach (obecnie rekord 10-80-3). Dla Anglika miał to być spacerek. Taka walka pod publiczność, na przywitanie. Przywitanie nie okazało się jednak zbyt miłe. Andrejevs przegrał - co prawda - walkę, ale w czwartej rundzie rzucił niepokonanego faworyta na deski. Już wtedy widać było skłonność Tony'ego do lądowania na macie ringu. Boksował szybko i agresywnie, jednak szwankowała odporność. Do tego źle pracował na nogach, słabo się ustawiał.
Po 12 wygranych kolejnych walkach przyszedł w końcu czas na pierwszy tytuł. Bellew na Echo Arena w Liverpoolu pokonał w pierwszej rundzie Atoli Moore'a i zdobył pas mistrza Wspólnoty Brytyjskiej w wadze półciężkiej. W kolejnej walce Anglik spotkał się z niezłym Bobem Ajisafe i po raz pierwszy był zmuszony przeboksować pełny dystans 12 rund. Ostatecznie wygrał na punkty , lecz znów pechowa okazała się czwarta runda. Bellew na deskach po raz kolejny. Trzy miesiące później zmierzył się w ringu z doświadczonym Ovillem McKenzie'm i... znów Bellew leżał na macie. McKenzie usadził niepokonanego "Bombera" w pierwszej i drugiej rundzie. Było blisko pierwszej porażki w karierze, ale i tym razem Anglik zdołał odwrócić losy walki i sam znokautował rywala w ósmym starciu. Po siedmiu miesiącach doszło do rewanżu, w którym Tony nie zostawił już wątpliwości wygrywając pewnie na punkty.
W październiku 2010 roku przyszła w końcu pora na prawdziwe wyzwanie. Znów przed swoją publicznością Bellew wystąpił w walce o mistrzowski pas federacji WBO należący do Walijczyka Nathana Cleverly'ego. Walka znów potrwała 12 rund, nie było nokdaunów. Bellew nie zdołał jednak uszczęśliwić swoich kibiców i przegrał pierwszą walkę w karierze. Jeden z sędziów próbował ratować sytuacje punktując remis 114-114, jednak dwóch pozostałych - zdecydowanie słusznie - wytypowało wygraną "Cleva" w stosunku 117-112 i 116-113.
W kolejnych występach Bellew wygał przed czasem z Dannym McIntoshem i Edisonem Mirandą i zdobył pas mistrza Wielkiej Brytanii. Prawdziwy pokaz woli walki pokazał jednak w pojedynku z bardzo solidnym Roberto Feliciano Bolontim. Bellew wygrał walkę na punkty do jednej bramki pomimo iż w pierwszej rundzie po zderzeniu głowami rozciął sobie prawy łuk brwiowy, z którego ciągle sączyła się krew. W 2013 roku przyszła pora na dwie walki z niezwykle twardym Isaakiem Chilembą. Pierwsze starcie było niezwykle wyrównane. Walka na styku, jednak według większości obserwatorów, nieznacznie na korzyść Afrykanina. Ostatecznie walka zakończyła się remisem - jeden z sędziów widział remis, a dwóch pozostałych wygraną obydwu przeciwników. Konieczny był więc rewanż, który odbył się dwa miesiące później. Tym razem lepszy był już Bellew, który nie bez kłopotów, ale wypunktował twardego Chilembę.
Wygrana nad "Golden Boyem" z Malawi otworzyła Anglikowi drogę do drugiej próby zdobycia mistrzowskiego pasa. Tym razem w grę wchodził tytuł WBC i wycieczka do Kanady. To była pierwsza (i jak do tej pory jedyna) walka "Bombera" poza Wielką Brytanią. W Quebecu czekał już słynący z nokautującego ciosu Adonis Stevenson. Bellew jechał na walkę bojowo nastawiony, ale "Superman" kompletnie ograniczył jego atuty runda po rundzie wybijając mu z głowy myśl o wyjechaniu z Kanady z pasem. Ostatecznie Tony przegrał pierwsze pięć rund, a w szóstej został zastopowany. Tym razem nie udało się podnieść z desek.
Nowy etap. Porażka ze Stevensonem ostatecznie przekonała Anglika do podjęcia próby boksowania w wyższym limicie. Przejście do wagi cruiser była - patrząc z perspektywy czasu - jedną z najlepszych decyzji w karierze Bellew. W nowej dywizji "Bomber" zadebiutował w 2014 roku i zaczął od dwóch wygranych przed czasem. W 12 rundzie zastopował Valery'ego Brudova, natomiast w piątej Julio Cesara Dos Santosa. Na koniec roku miał po raz drugi spotkać się z Nathanem Cleverly'm, który również - po porażce z Sergeyem Kovalevem - postanowił pójść z wagą w górę. Rewanż zapowiadał się pasjonująco, gdyż między pięściarzami była tzw. zła krew. Znów areną walki był Liverpool i znów Panowie przeboksowali 12 rund. Znów decyzja była niejednogłośna. Jedyną różnicą był fakt, iż tym razem lepszy - obiektywnie - był Tony Bellew, który udanie zrewanżował się Walijczykowi za porażkę z wagi półciężkiej.
W 2015 roku Bellew otrzymał szansę walki o tytuł Mistrza Europy. Pas EBU był wakujący, a jego rywalem został... Mateusz Masternak. Pięściarze zmierzyli się w O2 Arena w Londynie i po świetnym i wyrównanym pojedynku górą okazał się Anglik. "Master" nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Obiektywnie nie był gorszy od Tony'ego, jednak zadziałał efekt lokalizacji. Przy wyrównanej walce sędziowie wskazali na zawodnika gospodarzy. Bellew wygrał jednogłośnie w stosunku 115-113, 115-112 i 115-112. "Bomber" pół roku później miał okazję zamienić pas EBU na szansę walki o wakujący pas WBC. Kto wie, być może to Mateusz Masternak dostałby szansę takiej walki, gdyby nie sędziwie w Londynie...
W maju 2016 roku okazało się, że Tony Bellew to prawdziwy szczęściarz. Pas WBC - od czasu wygranej z Krzysztofem Włodarczykiem - dzierżył Grigory Drozd. Rosjanin zdołał go obronić raz, w pojedynku z Łukaszem Janikiem. Kolejnym rywalem "Krasawczika" miał być król nokautu z Afryki, Ilunga Makabu. Wtedy okazało się, że Drozd ma kontuzję, która odwleka jego powrót na ring. Federacja WBC nadała Rosjaninowi tytuł Mistrza w zawieszeniu, a o wakujący pas wyznaczyła Makabu i drugiego najwyżej sklasyfikowanego pięściarza. Tym po wygranej nad Masternakiem okazał się właśnie Bellew. Co więcej, promotorzy Anglika zdołali zorganizować walkę o pas na piłkarskim stadionie Evertonu, którego kibicem od dziecka jest Bellew. I tak 29 maja 2016 roku na Goodison Park w Liverpoolu Tony Bellew stanął przed trzecią szansą na mistrzowski tytuł. Walka z zawodnikiem z Konga nie rozpoczęła się po myśli Anglika. "Bomber" już w pierwszej rundzie otrzymał potężny cios, który zwalił go z nóg i wywrócił na plecy. Makabu był bardzo blisko wygranej przez nokaut w otwierającym starciu, jednak Bellew nie mógł tego zrobić swoim kibicom, w swoim wymarzonym miejscu. Przetrwał kryzys, a w trzeciej rundzie sam potężnymi ciosami ściął z nóg faworyzowanego rywala. Piekielny nokaut. Euforia na Goodison Park. To była z pewnością jedna z najpiękniejszych chwil w życiu "Bombera" z Liverpoolu. Do trzech razy sztuka i mistrzowski pas znalazł się na biodrach Anglika. Nie udało się dwukrotnie w dywizji półciężkiej, udało się w cruiser.
Tony miał w głowie swój plan. Już wtedy wiedział, że chce iść z wagą jeszcze wyżej i spotkać się w ringu z Davidem Haye'm w wadze ciężkiej. Do tego potrzebny był bodziec. Bodźcem okazał się przyjaciel Haye'a, BJ Flores, z którym Bellew zmierzył się w pierwszej obronie pasa WBC. Amerykanin nie okazał się żadną przeszkodą, a Anglik szybko zauważył, że może w każdej chwili zakończyć walkę. Nokaut przyszedł w trzecie rundzie, chociaż już w drugiej odsłonie Flores trzykrotnie leżał na macie. To było preludium do spotkania Bellew z Haye'm. Coś, co wydawało się być nierealne ziściło się w marcu 2017. Panowie weszli do ringu...
Anglicy umieli podgrzać atmosferę przed walką. Pałali do siebie wyraźną niechęcią, pobili sie nawet na konferencji prasowej. Ta walka to było jedno z największych wydarzeń w świecie boksu w pierwszej połowie 2017 roku. Mało kto wierzył w powodzenie młodszego z Anglików. Dopiero przecież przegrywał wyraźnie w wadze półciężkiej z Adonisem Stevensonem, więc co on może zrobić w pojedynku z ciężkim Davidem Haye'm - zastanawiali się niemal wszyscy. Bellew był jednak pewny siebie i uparcie dążył do celu. I znów odniósł sukces. Wygrał z "Hayemakerem" przed czasem w 11 rundzie wykorzystując odnowienie się kontuzji u Davida. Nie zważając na to, "Bomber" odniósł wielki sukces i jak sam potwierdza - jest już pięściarzem spełnionym. Haye'owi kontuzja odnowiła się w szóstej rundzie, a do tego momentu Bellew toczył wyrównaną walkę. W szóstej rundzie rzucił cięższego rywala na deski. Później była już autostrada do wielkiej wygranej, którą zakończył w 11 starciu niemal wyrzucając faworyta z ringu. Bez wątpienia to Bellew jest autorem największej sensacji w 2017 roku i - jak mawiają eksperci - największej sensacji w historii brytyjskiego boksu.
Tony po walce przyznał, że na zewnątrz starał się być opanowany i pewny siebie, lecz w środku bał się walki z cięższym i - bez wątpienia - dużo mocniej bijącym Davidem. Co ciekawe, przyznał iż przed walką spisał testament, gdyż brał pod uwagę, że rywal może go skrzywdzić. Ten fakt pokazuje, jak wielką odwagę w sobie ma ten chłopak z Liverpoolu i jak bardzo oddany jest temu, co robi.
Walka z Haye'm okazała się rzeczywistym odzwierciedleniem filmu "CREED", w którym Bellew zadebiutował na dużym ekranie wcielając się w rolę "Pretty" Ricky Conlana.
Pytany o dalsze plany 34-latek odpowiada, że spokojnie mógłby już skończyć przygodę z boksem. Jest pięściarzem spełnionym, a kiedy kończyć karierę, jak nie po odniesieniu największego sukcesu w tym sporcie? Później dodaje, że jedzie na długie wakacje i po powrocie wypowie się precyzyjniej w temacie dalszych startów. Ponoć stoczy jeszcze maksymalnie trzy walki. Teraz chciałby dostać szanse walki o pas w wadze ciężkiej. Być może czeka na rozstrzygnięcie pojedynku Josepha Parkera z Hughie Fury'm i - w przypadku wygranej pretendenta - zdecyduje się na kolejną wielką walkę w Wielkiej Brytanii. Pozostałe dwie walki to - jak zapowiedział - unifikacje w wadze cruiser. W tej chwili mistrzami w tej dywizji są Murat Gassiev (IBF), Denis Lebedev (WBA), Oleksandr Usyk (WBO) i... Mairis Briedis (WBC, zwakowany przez Bellew). Dwie walki na zebranie wszystkich pasów z pewnością mu nie wystarczą. Być może więc po próbie zdobycia tytułu w królewskiej kategorii "Bomber" zakończy karierę i już nie wróci do wagi junior ciężkiej? Wszystko zależy od żony Tony'ego - ponoć to ona rozdaje karty...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































