wtorek, 9 lutego 2021

"Przypadkowi" mistrzowie wagi ciężkiej... od 1905 roku do czasów współczesnych.

Kilka dni temu w wieku 67 lat zmarł w Las Vegas były mistrz Świata wagi ciężkiej Leon Spinks. Jego historia jest niezwykle ciekawa, a on sam na stałe zapisał się w historii boksu. Mistrzostwo Świata zdobył już w ósmej zawodowej walce pokonując po 15 wyczerpujących rundach i niejednogłośniej decyzji sędziowskiej samego... Muhammada Ali. Kilka miesięcy później doszło do rewanżu i w nim już wyraźnie triumfował "The Greatest". Takich sytuacji moi drodzy było więcej, a niektórzy mistrzowie dzierżyli swój najcenniejszy pas przez zupełny przypadek. Przeanalizowałem historię wagi ciężkiej w boksie zawodowym i wytypowałem 11 pięściarzy, którzy znaleźli się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie i do końca swojego życia mogą (mogli) mówić o sobie MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ...



Zaczniemy od przeszłości i stopniowo będziemy sobie wracać do czasów współczesnych. Poznajcie tych "szczęśliwców":

Marvin Hart

"The Fightin' Kentuckian" urodził się w 1876 roku, a w grudniu 1899 roku zadebiutował na zawodowym ringu. Mierzył 182cm wzrostu, więc można sobie wyobrazić, jak wówczas wyglądała waga ciężka. Amerykanin słynął z silnego ciosu. Pierwsze 14 walk zakończył przed czasem, ale poziom jego rywali nie powalał. Później przyszła pierwsza porażka z rywalem o rekordzie 8-11-2. Powiem więcej - porażka przed czasem w pierwszej rundzie. W 1902 roku w pierwszej poważnej walce zmierzył się z niejakim Jackiem Rootem i przegrał gładko na punkty po drodze lądując na deskach. W 10 kolejnych 10 pojedynkach poniósł jeszcze dwie porażki i trzykrotnie zremisował, więc nie był to nikt wybitny. Nieoczekiwanie w 1905 Marvin dostał szanse walki o wakujący tytuł mistrza Świata wagi ciężkiej. Wtedy nie było jeszcze podziału na federacje. Mistrz był mistrzem. Rywalem Harta miał być... Jack Root (rekord 46-2-3). Walka toczyła się pod dyktando faworyta, a Marvin Hart po drodze zapoznal się z deskami. Nieoczekiwanie w 12 rundzie to on rzucił Roota na deski, a sędzia James Jeffries błyskawicznie zakończył walkę niejako "prezentując" tytuł w ręce Marvina Harta. Można było się spodziewać, że "Fightin' Kentuckian" stracił swój tytuł już w kolejnej walce przegrywając z niejakim Tommy'm Burnsem. Po tym pojedynku Hart walczył jeszcze przez 5 lat, stoczył 12 pojedynków, z czego wygrał... zaledwie cztery.


Max Baer

Płynnie przesuwamy się o niemal 30 lat do przodu, a tam swoją karierę prowadził Max Baer o pseudonimie "Livermore Larupper". Pięściarz z Kalifornii dużo lepiej nadawał się do wagi ciężkiej niż poprzednik. Mierzył niemal 190cm wzrostu i dysponował zasięgiem na poziomie 206cm. Zadebiutował w 1929 roku i z początku wygrywał często nawet w pierwszej rundzie. Później przeplatał wygrane z porażkami, a zdarzyła się mu nawet seria pięciu przegranych w dziewięciu kolejnych pojedynkach. Wszystko zmieniło się w 1933 roku, kiedy to po kilku wygranych Baer dostał szanse walki z wielkim wówczas Maxem Schmellingiem z Niemiec. Baer znokautował faworyzowanego rywala w 10 rundzie, czym zyskał status pretendenta do pasa należącego do Primo Carnery. Co ciekawe, wygrana nad Schmellingiem została uznana za najlepszą walkę 1933 roku przez Ring Magazine. W mistrzowskiej walce naturalnym faworytem był "Włoski olbrzym". Baer walczył jednak jak w transie, raz po raz rzucając Carnerę na deski. Trzy razy w pierwszej rundzie, dwukrotnie w drugiej, kolejny raz w trzeciej itd. Ostatecznie Max Baer został mistrzem Świata federacji NBA i NYSAC wygrywając z Carnerą przed czasem w 11 rundzie. W oficjalnych statystykach Włoch lądował na deskach aż... 10 razy. Niemal dokładnie rok później podszedł do pierwszej obrony tytułu, a w rolę pretendenta wcielił się niejaki Jim Braddock mający na koncie aż 25 porażek. Jak się pewnie domyślacie, "Livermore Larupper" przegrał wyraźnie na punkty i na tym skończył się jego mistrzowski sen. Baer kontynuował karierę jeszcze przez 6 lat, ale później już nie zbliżył się do dawnej formy.


Jim Braddock

Pogromca Maxa Baera, rekord 50-25-7. Forma życia w tym jednym momencie, a być może wykorzystanie słabszej dyspozycji Baera. Jego akurat mistrzowska szansa spotkała na sam koniec kariery. Wcześniej jak wynika ze statystyk co trzecią swoją walkę przegrywał, co prawda tylko raz przed czasem, ale przegrywał. W 1935 roku zdobył upragniony pas wygrywając ze wspomnianym wyżej Maxem Baerem, po czym... przepadł na dwa lata. W tym czasie swoją karierę mocno rozwijał młody jeszcze Joe Louis. W czasie wspomnianych dwóch lat pokonał m.in. Maxa Baera czy Bolesława Chrzanowskiego walczącego pod pseudonimem "Young Stanley Ketchel". Kiedy Braddock wrócił do boksu, zestawiono go właśnie z Louisem, legitymującym się wówczas rekordem 31-1. Braddock nieoczekiwanie rzucił Louisa na deski już na samym początku walki, ale później pojedynek całkowicie zdominował przyszły dominator deklasując Braddocka i stopując w ósmej rundzie. Później Jim Braddock jeszcze tylko raz pojawił się w ringu i w 1938 roku zakończył karierę. 


Ingemar Johansson

Przesuwamy się o 25 lat do współczesności, a tam iście ciekawie jawi się nam sylwetka Ingemara Johanssona. Reprezentant Szwecji urodzony w 1932 roku, na zawodowstwie zadebiutował 20 lat później. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, głównie z uwagi na fakt, iż całą swoją karierę prowadził tylko w swojej ojczyźnie. Okazjonalnie walczył w Danii, Niemczech czy Włoszech. Pozostawał jednak niepokonany, a do tego udało mu się zdobyć pas EBU - był mistrzem Europy przy wzroście lekko ponad 180cm i podobnie słabym zasięgu. W 1959 roku doczekał się jednakowoż debiutu na amerykańskiej ziemi, a do tego od razu miał spotkać się z Floydem Pattersonem i walczyć o pas mistrza Świata. Amerykanin dzierżył tytuł od trzech lat. Wygrał 35 z 36 pojedynków i był naturalnym faworytem konfrontacji ze Szwedem. Co stało się w ringu ustawionego na Yankee Stadium tego nie sposób wyjaśnić. Patterson spokojnie punktował swojego rywala w pierwszych dwóch rundach, po czym... nadział się na prawy krzyżowy i runął ciężko na deski. Podniósł się, odwrócił tyłem, zainkasował kolejne ciosy i znów musiał podnosić się z kolan. W samej trzeciej rundzie Johansson tak zdominował Floyda Pattersona, że ten aż... siedmiokrotnie leżał na macie ringu. Za siódmym razem w obawie o zdrowie faworyta potyczkę zakończył sędzia ringowy. Sensacja stała się faktem. W 1960 roku, dokładnie rok po pierwszej walce doszło do rewanżu. Tu już nie było niespodzianki i Amerykanin wygrał przez klasyczny nokaut w 5 rundzie. Rok później Panowie spotkali się po raz trzeci i znów górą był Patterson. "Ingo" wrócił do Szwecji, wygrał jeszcze cztery walki i zakończył karierę w wieku 31 lat. Johansson w USA stoczył trzy pojedynki - wszystkie z Floydem Pattersonem.


James Douglas

Historia znana na całym świecie. "Buster" po dziś dzień uznawany jest za sprawce największej sensacji w historii wagi ciężkiej, a być może całego zawodowego boksu w historii. W 1990 roku zadał pierwszą porażkę samemu Mike'owi Tysonowi wygrywając w Tokio Dome przez nokaut w 10 rundzie. Przed tym pojedynkiem Douglas przegrywał chociażby z Jesse Fergusonem czy Tony'm Tuckerem, ale na swoim rozkładzie miał np. Olivera McCalla czy Trevora Berbicka. Tego samego Berbicka, który stracił pas na rzecz Mike'a Tysona. "Buster" Douglas legitymował się słabszym rekordem niż przynajmniej ośmiu wcześniejszych rywali "Iron" Mike'a. Tyson miał się po prostu przejechać po Douglasie i iść swoją drogą dalej. Niestety, Japonia nie okazała się dla niego szczęśliwa. Tyson przegrał i zaczęły się jego wielkie kłopoty, życiowe i sportowe. A Douglas mógł świętować, chociaż był w głębokiej żałobie. Kilkanaście dni przed walką zmarła mu matka i do tej walki miało w ogóle nie dojść. Ostatecznie doszło, "Buster" sprawił kolosalną sensacje i był mistrzem Świata federacji WBC, WBA i IBF. Jeszcze w tym samym roku w pierwszej obronie Douglas przegrał szybciutko z Evanderem Holyfieldem. Po tej walce "Buster" zakończył karierę, ale wrócił po sześciu latach, stoczył 9 walk, z czego jedną - z Lou Savarese - przegrał...


Michael Bentt

Urodzony w Londynie reprezentant Stanów Zjednoczonych to również ciekawy przypadek pięściarza, który został mistrzem Świata wagi ciężkiej. Urodzony w 1964 roku, jego debiut na zawodowych ringach przypadł stosunkowo późno, bo w 1989 roku. Debiut i... porażka przez nokaut w pierwszej rundzie. Później 10 wygranych z rzędu, ale najlepszy z rywali legitymował się rekordem 14-10. Ledwie 46 rund stoczonych na zawodowstwie i... walka o pas WBO z Tommy'm Morrisonem. "The Duke'a" kibicom boksu przedstawiać nie trzeba. I co może się wydarzyć w ringu, kiedy wchodzą Morrison i Bentt z rekordem 10-1. Otóż wydarzyć - jak zawsze - mogło się wszystko i na nieszczęście dla Tommy'ego, właśnie się wydarzyło. Morrison już w pierwszych sekundach wstrząsnął Benttem, a ten pod ciosami bardziej doświadczonego rywala chwiał się jak chorągiewka na wietrze. W pewnym momencie, przy linach, wdał się z "Duke'm" w heroiczną wymianę na wyniszczenie. Trafił, zniszczył. Sensacja. Morrison ciężko wstawał, ale jeszcze dwukrotnie lądował na deskach, po czym zlitował się nad nim sędzia. Pięć miesięcy później Bentt przystąpił do pierwszej obrony mistrzowskiego pasa mierząc się z Herbie Hide'm. Przegrał przez nokaut w siódmej rundzie po drodze będąc wyraźnie słabszym w każdej kolejnej odsłonie. Pojedynek z Hide'm był ostatnim w karierze Bentta. Stoczył 13 pojedynków, z czego wygrał 11. Nikt nie pamięta jego nazwiska, ale zapisał się w historii złotymi zgłoskami.


Siarhei Liakhovich

Przenosimy się do czasów współczesnych, a przynajmniej bardziej znanych większości z Was. Białorusin o pseudonimie "White Wolf" rozpoczął zawodowe starty w 1998 roku od 16 wygranych z rzędu. Zapowiadał się na bardzo dobrego ciężkiego i za takiego można go było uznawać. Liakhovich na swoją mistrzowską szansę czekał do 2006 roku. Był oficjalnym pretendentem do pasa WBO należącego do Amerykanina Lamona Brewstera. Tego samego Brewstera, który rok wcześniej w 50 sekund zdemolował naszego Andrzeja Gołotę. Walka w Wolfstein Center trwała pełny dystans 12 rund. Białorusin w siódmej rundzie był liczony, ale ostatecznie zasłużenie pokonał rywala i zdobył upragniony tytuł. Liakhovich jest w tym zestawieniu głównie z uwagi na fakt, w jakich okolicznościach pas WBO stracił. Siedem miesięcy później w pierwszej obronie spokojnie prowadził walkę z Shannonem Briggsem. W ostatniej rundzie myślał już chyba o prysznicu, ale rozluźnił się za szybko. Dosłownie o sekundę. Amerykanin trafił Białorusina i zastopował go na... jedną sekundę przed ostatnim gongiem ostatnim ciosem wyrzucając go z ringu na stoliki sędziowskie. "White Wolf" przed ostatnią odsłoną prowadził u wszystkich sędziów punktowych i gdyby tylko dotrwał do końca, utrzymałby pas przy sobie. Tak się jednak nie stało. Liakhovich w dalszym ciągu kontynuuje karierę, ale już marnym skutkiem. Od przegranej z Briggsem stoczył 11 walk, z czego przegrał aż siedem. Obecnie ma 45 lat, więc pewnie lada chwila na dobre pożegna się z ringami.


Shannon Briggs

Mistrzem w ostatniej sekundzie został Shannon "The Cannon" Briggs, lepiej znany później jako "Let's Go Champ". Urodzony w 1971 roku Amerykanin to wyjątkowo barwna postać boksu. Ponad połowę ze swoich wszystkich pojedynków potrafił rozstrzygnąć w pierwszej rundzie (38 wygranych przez nokaut w 1 rundzie). Pierwszej mistrzowskiej próby doczekał się w 1998 roku, ale poległ przed czasem z Lennoxem Lewisem. Na kolejną szansę musiał poczekać ponad 8 lat. Rzucił wszystko na jedną kartę i w ostatniej sekundzie dosłownie wyrwał pas WBO z rąk Siarheia Liakhovicha. Nic jednak z tego, skoro w kolejnym starciu oddał go niemal bez walki na rzecz Sultana Ibragimova. Co ciekawe, po tej walce Briggs zrobił sobie kilka lat przerwy, po czym wrócił, wygrał trzy raz w pierwszej rundzie i dostał kolejną szansę. Tym razem od Vitaliya Kliczki. "Cannon" przegrał, ale nie dał się znokautować. Podczas tego pojedynku stracił jednak więcej zdrowia niż w całej dotychczasowej karierze. Od walki z Ukraińcem pozostaje niepokonany, długo domagał się walki z drugim z braci Kliczko, a od 2016 roku pozostaje nieaktywny. Zważywszy, że w tym roku skończy 50 lat, lepiej żeby już się nie pojawiał...


Bermane Stiverne

Doszliśmy już do czasów współczesnych. Bermane Stiverne urodzony w 1978 roku na wyspie Haiti to jeden z większych szczęśliwców, jeśli chodzi o pasy mistrzowskie. W 2013 roku przystąpił do walki o pas WBC Silver z Chrisem Arreolą. Arreola nie był już w najwyższej formie, za to "B-Ware" był chyba w jej szczytowym punkcie. Obaj Panowie trafili idealnie w czasie, gdyż właśnie rok wcześniej ostatnią zawodową walkę stoczył dotychczasowy mistrz Vitaliy Kliczko. Stiverne wypunktował wyraźnie Arreolę i mógł liczyć na walkę o wakat po Ukraińcu. Ku zdziwieniu wielu obserwatorów, do walki o wakujący pas WBC wyznaczeni zostali Stiverne i... Arreola. Tym razem Haitańczyk zastopował Amerykanina i sięgnął po tytuł. W styczniu 2015 roku miał przystąpić do pierwszej obrony, a w rolę pretendenta wcielił się wyśmiewany za rzekoy łatwy dobór rywali Deontay Wilder. Była to pierwsza walka, której "Bronze Bomber" nie zakończył przed czasem, ale praktycznie do jednej bramki wypunktował ociężałego Stiverne'a. "B-Ware" nacieszył się swoim pasem ledwie pół roku i był to jeden z najsłabszych mistrzów Świata wagi ciężkiej w historii. Od tego czasu podopieczny Dona Kinga walczy już tylko okazjonalnie, a słowo "walczy" to już spore nadużycie. Ostatnie pojedynki przegrał przed czasem prezentując żenującą formę, m.in. przegrał rewanż z Wilderem już w pierwszej rundzie. Czas na ostateczny koniec kariery...


Charles Martin

Jeśli mówi się, że Bermane Stiverne miał dużo szczęścia, to nie wiem jak wytłumaczyć historię Charlesa Martina. Pod koniec 2015 roku świat stanął na głowie, kiedy to niespodziewanej porażki z Tysonem Fury'm doznał wieloletni dominator Wladimir Kliczko. Fury zdobył wówczas pasy WBO, WBA i IBF. Nie zdążył się jednak nacieszyć swoim triumfem, a ostatnia z federacji nakazała mu obowiązkową obronę z Vyacheslavem Glazkovem, rodakiem Kliczki. Mało medialny i słaby marketingowo Ukrainiec został przez sztab Anglika uznany jako strata czasu, więc federacja IBF pozbawiła Fury'ego tego tytułu. Pas pozostał wakujący, a Glazkov miał o niego zaboksować z najwyżej rozstawionym rywalem. Wybór padł na Charlesa Martina, który przystępując do walki z Glazkovem, nie był faworytem. Pech jednak chciał, że Glazkov podczas mistrzowskiej potyczki doznał kontuzji kolana już na początku pojedynku i w trzeciej rundzie nie był już zdolny do kontynuowania starcia. Mistrzem mianowano Charlesa Martina. Okoliczności wręcz kosmiczne, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie był on nawet blisko mistrzowskiej szansy. Stare porzekadło mówi jednak, że limit szczęścia i pecha musi się kiedyś wyrównać, a Martina ręka sprawiedliwości dosięgła bardzo szybko. Do pierwszej obrony tytułu wytypowano... Anthony'ego Joshuę, późniejszego dominatora wagi ciężkiej na lata, panującego po dziś dzień. "Prince" Martin podszedł do walki na dużym luzie, ale była to tylko zasłona strachu, gdyż już w drugiej rundzie leżał na deskach niezdolny do kontynuowania walki. Mistrzostwo przeszło na Brytyjczyka, a Charles Martin przejdzie do historii jako najkrócej panujący mistrz, gdyż od zdobycia pasa do jego utraty minęły zaledwie dwa miesiące i trzy tygodnie. 35-letni dzisiaj Martin próbuje jeszcze wrócić na właściwe tory, ale idzie mu to dość ciężko.


Andy Ruiz Jr. 

Wydawać by się mogło, że Meksykanina nie powinno być w tym zestawieniu, bo pokonał wielkiego arcymistrza, ale to właśnie on kompletuje i dopełnia "11-tkę" z nieco innych względów. To również szczęśliwiec. Do walki o pasy WBA, WBO i IBF z Anthony'm Joshuą wskoczył na zastępstwo za złapanego na stosowaniu środków dopingujących Jarrella Millera. Walkę wziął z bardzo niewielkim wyprzedzeniem, nie był w optymalnej formie i miał być tylko przecinkiem w pisaniu wielkiej historii niepokonanego przecież Joshuy. To co jednak wydarzyło się w 2019 roku w Madison Square Garden w Nowym Jorku porównywane było do Tokyo Dome i wygranej Jamesa "Bustera" Douglasa nad Mike'm Tysonem. Joshua był tego dnia nie swój, zauważyli to już nawet komentatorzy telewizyjni. Był to dla niego również debiut na amerykańskiej ziemi i jedyny dotychczasowy tam pojedynek. Anglik był ociężały, nie wyprowadzał swoich kombinacji, był elektryczny, reagował na każdy cios mniejszego, ale jakże ambitnego Meksykanina. I w końcu wdał się w wymianę, padł na deski i zaczął się prawdziwy spektakl Ruiza. Najpierw dwa razy podnosił się z desek w trzeciej, a później również dwukrotnie w siódmej rundzie. Walka została zastopowana przez sędziego ze względu na brak odpowiedzi Joshuy na pytanie, czy chce dalej walczyć. Wzrok Anglik miał mętny, on sam nie wiedział czy jest w stanie dalej bić się z czołgiem, jakim w tej walce był Andy Ruiz. Poddał się. Dlaczego więc Ruiza uznałem za "przypadkowego" mistrza? Bo nie był on zupełnie przygotowany na sukces. Zachłysnął się, zaczął się bawić, przestał trenować, szastał pieniędzmi, imprezował. Do rewanżu z Joshuą wniósł na ring niemal 130 kilogramów i wszystkie pasy musiał oddać jeszcze przed końcem 2019 roku. Od tego czasu nie pojawił się między linami, rozstał się ze swoim sztabem trenerskim, skupił się na dostatnim życiu i nie wiadomo czy jeszcze wróci na poziom, który reprezentował...



Tak kończą się historie 11 pięściarzy, którzy złapali Pana Boga za nogi w odpowiednim momencie, ale nie potrafili zrobić z tego pożytku na dłuższą metę. Jest wśród nich jednak wyraźny podział. Niemal połowa z nich osiągnęła niemały sukces wygrywając walki, w których skazani byli na istne pożarcie. Absolutnie nikt nie spodziewał się, że Max Baer pokona Primo Carnerę, Ingemar Johansson zniszczy Floyda Pattersona, James Douglas rozprawi się z Mike'm Tysonem, Michael Bentt zastopuje Tommy'ego Morrisona, a Andy Ruiz Anthony'ego Joshuę. Wszystkie te przypadki zostały zakończone przed czasem. Inni mieli natomiast szczęście, że odnaleźli się w idealnym momencie, jak Jim Braddock, Shannon Briggs, Bermane Stiverne czy Charles Martin. Pozostali może i zasłużenie zdobyli pasy, ale po frajersku je stracili - Marvin Hart, Siarhei Liakhovich. Każda historia jest inna, ale łączy je wspólny mianownik. Oni mogą (mogli) do końca życia mówić, że byli na samym szczycie światowej wagi ciężkiej. Krótko, bo krótko, ale byli. Świat będzie o nich pamiętał...

sobota, 16 stycznia 2021

Ranking "RED CORNER" / heavyweight / styczeń '21

 To będzie pierwszy post na blogu w 2021 roku i od razu skompletujemy najświeższy ranking "RED CORNER" w wadze ciężkiej na dzień dzisiejszy. Takiego zestawienia nie było dawno. Rzuciłem okiem wstecz i ogarnąłem, że pierwszy ranking opublikowałem w maju 2016, później był maj 2017, a ostatni raz to czerwiec 2018. Od ostatniej aktualizacji mija więc ponad dwa i pół roku. Czołówka jest podobna, ale dalsze miejsca to już zupełnie nowości. W ogóle rzuca mi się w oczy jeden wniosek. Waga ciężka poszła mocno do przodu, pojawiło się mnóstwo bardzo ciekawych pięściarzy. Warto wspomnieć, że w rankingu TOP20 w latach 2016-2018 pojawiały się takie nazwiska jak Manuel Charr, Adrian Granat, Lucas Browne, Amir Mansour oraz Polacy - Artur Szpilka, Mariusz Wach czy Adam Kownacki. Na dzień dzisiejszy Szpilka przechodzi poważny kryzys, sam nie wie w jakim limicie wagowym walczyć, a nawet jaką wybrać dyscyplinę. Wach daje dobre walki z faworytami, ale jego licznik porażek wciąż dość mocno bije, a Kownacki jeszcze niedawno uznawany za kandydata do walki o tytuł, nieoczekiwanie przegrał przed czasem z Robertem Heleniusem. Do rzeczy, oto najnowszy ranking wagi ciężkiej wg "RED CORENR":

#1

Tyson Fury

30-0-1 (21 KO)

(+6) Stary, nowy lider zestawienia. Obecnie zdecydowana większość ekspertów uważa, że to "Gypsy King" jest królem wagi ciężkiej i trudno się z tymi opiniami nie zgodzić. W ostatnim rankingu Fury był tuż po wygranej nad Seferem Seferim. Od tego czasu Anglik stoczył pięć pojedynków, w tym dwukrotnie zmierzył się z Deontayem Wilderem. W lecie ma dojść do walki o bezapelacyjne mistrzostwo z Anhony'm Joshuą i wtedy wszystko już będzie jasne.

#2

Anthony Joshua

24-1 (22 KO)

(-1) Dużo zmieniło się od ostatniego rankingu. "AJ" zdążył sensacyjnie przegrać z Andy'm Ruizem przed czasem, a później odzyskać swoje trofea rewanżując się "Destroyerowi". W ostatnim występie zastopował także Kubrata Puleva. Jeszcze niedawno mówiło sie o jego walce z Deontayem Wilderem, jednak teraz wszyscy czekają na ogłoszenie jego walki z Tysonem Fury'm.

#3

Deontay Wilder

42-1-1 (41 KO)

(-1) Kilka lat temu wydawało się, że "Bronze Bomber" jest niezniszczalny, ale jednak i ten mur runął. Amerykanin najpierw po świetnej walce zremisował z Tysonem Fury'm, po czym w rewanżu musiał uznać wyższość Anglika po poddaniu przez narożnik. W międzyczasie Wilder dwukrotnie pokonał przed czasem twardego Luisa Ortiza. Obecnie Deontay dąży do kolejnej walki z Fury'm, ale wygląda na to, że nic z tego nie wyjdzie. 

#4

Alexander Povetkin

36-2-1 (25 KO)

(+1) Jeden z nielicznych awansów w stosunku do rankingu z 2018 roku. 41-letni już Rosjanin w dalszym ciągu należy do ścisłego topu wagi ciężkiej, co potwierdził niedawno w kapitalnym stylu nokautując faworyzowanego Dilliana Whyte'a. Na początku 2021 roku miało dojść do rewanżu z Brytyjczykiem, ale na przeszkodzie stanął koronawirus. "Russian Vityaz" myślał już nad zakończeniem kariery, ale być może da sobie jeszcze jedną szanse zawalczenia o mistrzostwo świata.

#5

Dillian Whyte

27-2 (18 KO)

(+1) "The Body Snatcher" od długiego czasu posiadał prawa pretendenta do walki o światowy czempionat federacji WBC. Mówiło się o jego pojedynku z Deontayem Wilderem, a później z Tysonem Fury'm, jednak nieoczekiwana porażka z Sashą Povetkinem nieco zastopowała dobrze rozwijającą się karierę. Teraz Dillian będzie musiał pokonać Rosjanina w rewanżu i liczyć na pojedynek z kimś z wielkiej trójki.

#6

Oleksandr Usyk

18-0 (13 KO)

(N) Oleksandr Usyk to zawodnik, którego w dalszym ciągu ciężko w wadze ciężkiej odpowiednio sklasyfikować. Stoczył w królewskiej kategorii dopiero dwa pojedynki, z czego jeden naprawdę konkretny, kiedy to pokonał po bardzo ciężkiej i nieoczekiwanie wyrównanej walce Derecka Chisorę. Jest oficjalnym pretendentem z ramienia WBO, a więc powinien zmierzyć się z Anthony'm Joshuą, ale na swoją szansę będzie musiał chyba jeszcze trochę poczekać.

#7

Kubrat Pulev

28-2 (14 KO)

(P) Powrót do rankingu po nieobecności ze względu na mniejszą aktywność. Bułgar to w dalszym ciągu bardzo solidna firma w wadze ciężkiej. Obecnie jest po porażce z "AJ'em" w walce o trzy mistrzowskie pasy. Wygląda na to, że jest to pięściarz, któremu będzie bardzo trudno wbić się do ścisłej czołówki, ale będzie mógł toczyć dobre boje z takimi zawodnikami jak Povetkin, Whyte czy Ruiz.

#8

Michael Hunter

19-1-1 (13 KO)

(N) Podobnie jak Usyk, tak Amerykanin przeszedł do wagi ciężkiej z kategorii cruiser. Co ciekawe, jedyna porażka na jego koncie to właśnie efekt walki z Ukraińcem jeszcze w niższym limicie. W swoim dorobku ma wygrane m.in. nad Martinem Bakole czy Sergeyem Kuzminem, a także remis po dobrej walce z Alexandrem Povetinem. W 2021 roku być może dojdzie do ich rewanżowego starcia.

#9

Joseph Parker

27-2 (21 KO)

(-6) W ostatnim zestawieniu to właśnie Nowozelandczyk zajmował najniższe miejsce na podium. Był wówczas mistrzem Świata, ale przegrał kolejno z Anthony'm Joshuą i Dillianem Whyte'm. W ostatnim czasie zrobił co prawda trzy "czasówki", ale z zawodnikami z drugiej ligi. Na początek roku jest planowana jego bratobójcza walka z niepokonanym Juniorem Fa, która pokaże na ile jeszcze stać Parkera.

#10

Andy Ruiz Jr

33-2 (22 KO)

(P) W ostatnim rankingu go nie było, gdyż po porażce z Josephem Parkerem zrobił sobie 1,5-roczną przerwę. Później wrócił, poobijał kilku emerytów, wskoczył na zastępstwo na walkę z Joshuą i... znokautował go. Jest autorem jednej z największych sensacji w dziejach wagi ciężkiej. W rewanżu stracił pasy, ale pokazał, że kiedy solidnie przepracuje obóz, będzie w stanie ograć każdego.

#11

Filip Hrgović

12-0 (10 KO)

(N) W moim odczuciu najbardziej konkretny pięściarz nowej fali wagi ciężkiej. 28 lat, świetne warunki fizyczne, duża siła i głowa na karku. Hrgović to poważny kandydat do mistrzostwa Świata jeśli nie w tym, to na pewno w kolejnym roku. 

#12

Joe Joyce

12-0 (11 KO)

(N) Do wagi ciężkiej wszedł jako wicemistrz Olimpijski i przez dłuższy czas był nieco w cieniu, jednak w ostatnim swoim występie pokonał przed czasem obiecującego Daniela Dubois, czym zyskał wiele szacunku. W planach jest jego walka z Dereckiem Chisorą. Mówi się też o jego walce z Oleksandrem Usykiem, która miałaby być rewanżem za pojedynek w lidze WSB.

#13

Luis Ortiz

32-2 (27 KO)

(-9) Chyba największy spadek spośród w dalszym ciągu nominowanych zawodników. W 2018 roku miał miejsce tuż za podium, był niepokonanym, siejącym postrach "King-Kongiem". Od tego czasu stoczył dwie bardzo dobre walki z Deontayem Wilderem, które prowadził na punkty, a skończył na deskach. 

#14

Dereck Chisora

32-10 (23 KO)

(N) To dziwne, ale "Del Boy"debiutuje w rankingu wagi ciężkiej. W latach 2016-2018 poniósł jednak aż cztery porażki, z Pulevem, Agitem Kabayelem i dwukrotnie z Whyte'm. Od tego czasu jednak wygrał przekonująco trzy pojedynki, a w ostatnim postawił wysoko poprzeczkę Oleksandrowi Usykowi. Pomimo aż 10-ciu porażek w rekordzie, pozostaje w szerokiej czołówce wagi ciężkiej.

#15

Daniel Dubois

15-1 (14 KO)

(N) Młodziutki i niezwykle silny prospekt wagi ciężkiej. Urodzony w 1999 roku "Dynamite" to największa nadzieja Anglii na kontynuacje panowania w wadze ciężkiej. Charakteryzuje go duża dynamika, szybkość i potężna siła ciosu. W ostatnim występie jednak doznał porażki z Joe Joyce'm, jednak dobry występ przekreśliła kontuzja oka. Materiał na mistrza w przyszłości.

--------------------------------------------------------

#16

Efe Ajagba

14-0 (11 KO)

(N) Nigeryjski koszmar dla rywali. Efe Ajagba posiada wszystko, czego potrzeba kompletny pięściarz wagi ciężkiej. Jest wysoki, bardzo silny, dynamiczny, bije z obu rąk równie mocno. Warunkami fizycznymi łudząco przypomina Deontaya Wildera, a jego zasięg rąk jest porównywalny z Tysonem Fury'm. Jeśli nabierze ogłady, będzie nie do ruszenia.

#17

Hughie Fury

25-3 (14 KO)

(-3) Na ławkę rezerwowych spada kuzyn lidera czyli Hughie Fury. Jest to pięściarz, którego ciężko sklasyfikować. Niby ma wszystko, a nie do końca przekonuje do siebie występami w ringu. Przegrał wszystkie najważniejsze pojedynki, z Parkerem, Pulevem i Povetkinem. W ostatnim występie obskoczył Mariusza Wacha, ale w dalszym ciągu nie ma na swoim rozkładzie żadnego nazwiska z topu.

#18

Tony Yoka

9-0 (7 KO)

(N) Na obecną chwilę jest to nadal aktualny mistrz Olimpijski w wadze super ciężkiej i na tym jedzie w dalszym ciągu. Jest odpowiedzialny za wpadkę dopingową, a na swoim rozkładzie ma na razie choćby Dave'a Allena, Alexandra Dimitrenko czy Johanna Duhaupasa. Wszystkich wymienionych pokonał przed czasem. W kuluarach głośno mówi się o jego rewanżu za finał IO z Joe Joyce'm, jednak wydaje się, że do tej walki nigdy nie dojdzie.

#19

Zhilei Zhang 

22-0 (18 KO)

(N) Nowy w rankingu, a jednak już mocno doświadczony Chińczyk. Niepokonany w 22 pojedynkach, dysponujący świetnymi warunkami fizycznymi. Wygląda na to, że jeszcze nie spełnił pokładanych w nim wielkich nadziei. Posiada ogromną siłą rażenia, dokładnie 50% swoich walk kończył już w pierwszej rundzie. Brakuje mu wyzwań i solidnych nazwisk w rekordzie.

#20

Frank Sanchez

17-0 (13 KO)

(N) Reprezentant Kuby to bardzo solidny zawodnik, który ma być w przyszłości mistrzem Świata królewskiej kategorii. Przynajmniej tak o nim mówią eksperci. Na obecną chwilę niepokonany, ale bez znaczących osiągnięć. Jest już wysoko w rankingach federacji, być może niedługo doczeka się silnego rywala.


Przy okazji rankingu w 2018 roku pisałem, że tworzy się solidna grupa młodych stażem pięściarzy, która już wkrótce może znaleźć się w rankingu. Wymieniłem wtedy 5 nazwisk, z czego aż 4 aktualnie jest w zestawieniu - Daniel Dubois, Joe Joyce, Filip Hrgović i Tony Yoka. Spośród wymienionych brakuje tylko Nathana Gormana, ale kto wie jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby nie wpadł na Daniela Dubois. 

Dla niektórych niespodzianką może być brak Adama Kownackiego, ale powtarzam - jest to mój subiektywny ranking i w moim odczuciu "Babyface" jest obecnie poza pierwszą 20-tką, dlatego w rankingu nie został uwzględniony. Polak niedługo podejdzie do rewanżu z Robertem Heleniusem i dopiero wówczas - w zależności od rezultatu - będziemy mogli dyskutować o jego dalszej przyszłości.

sobota, 26 grudnia 2020

5 życzeń na 2021 rok...

 Kończy się bardzo dziwny rok. 2020 odchodzi do historii, ale z pewnością będzie zapamiętany w świecie boksu ze względu na bardzo mało walk, długość oczekiwania na pojedynki, brak kibiców w halach itp. Mam ogromną nadzieje, że kolejne 365 dni będzie zgoła odmienne. Chcemy oglądać wielkie walki, wspaniałe nokauty, duży boks i kapitalny doping na trybunach. Osoby śledzące mój blog na pewno doskonale wiedzą, że ja co roku kończę sezon podsumowaniem TOP50 P4P, jednak od razu powiem, że w tym roku nie będzie takiego zestawienia, ponieważ sporo pięściarzy przez pandemię nie wyszło w 2020 roku do ringu, zdecydowana większość zawalczyła tylko raz, niewielu zawodników pojawiło się między linami dwa razy lub więcej. Niewiele by się zmieniło w tym zestawieniu, dlatego na kolejny ranking TOP50 poczekamy do grudnia 2021. W zamian za to przedstawię moją listę życzeń na 2021 rok. Będzie to 5 pojedynków, które każdy kibic szermierki na pięści obejrzałby bez mrugnięcia okiem...

5. Jose Carlos Ramirez - Josh Taylor

Amerykanin i Brytyjczyk walczący w kategorii super lekkiej. Obaj niepokonani, obaj dzierżący mistrzowskie pasy - mistrzowie Świata. 28-letni Ramirez to posiadacz pasów WBO i WBC, natomiast 30-letni Taylor to mistrz federacji IBF i WBA. Jeśli doszłoby to ich pojedynku, w stawce po raz kolejny znalazłyby się wszystkie cztery pasy najważniejszych federacji. Jeden z nich byłby kolejnym po Crawfordzie, Usyku i Lopezie bezdyskusyjnym mistrzem w ostatnim czasie. Z tego co wiem, do takiego pojedynku czynione są już jakieś rozmowy i kroki i nie jest wykluczone, że Panowie spotkają się ze sobą w 2021 roku. Gdyby spojrzeć na ich rekordy, w ostatnich latach wspólnie dosłownie wyczyścili kategorię super lekką i mają na rozkładzie dosłownie wszystkich największych walczących w tym limicie. Amerykanin w pokonanym polu zostawiał m.in. Amira Imama, Mourice'a Hookera, Jose Zepedę czy Antonio Orozco, natomiast Taylor wygrywał z Oharą Daviesem, a także wygrał turniej WBSS odprawiając kolejno Ryana Martina, Ivana Baranchyka i Regisa Prograis. Punktem wspólnym ich karier jest jednak Viktor Postol. W 2018 roku Ukrainiec wyraźnie uległ Joshowi Taylorowi po drodze lądując nawet na deskach, by w bieżącym roku przegrać minimalnie i niejednogłośnie na punkty z Jose Ramirezem. 

4. Teofimo Lopez - Gervonta Davis

Co to by były za grzmoty! Walka dwóch fantastycznych puncherów, którzy w trakcie walki chcą swoim rywalom urwać głowy. 23-letni Lopez to posiadacz wszystkich pasów mistrzowskich w dywizji lekkiej, który po niespodziewanym, ale jakże pięknym zwycięstwie nad Vasylem Lomachenko wskoczył do światowej czołówki rankingów bez podziału na kategorie wagowe. Gervonta Davis - podopieczny Floyda Mayweathera - to były mistrz Świata w niższym limicie oraz posiadać zwykłego pasa WBA w obecnej wadze. 26-latek to znakomity zawodnik, artysta nokautu, który aż 23 z 24 pojedynków rozstrzygnął przed czasem. Bez wątpienia to Lopez jest obecnie numerem 1 w tym limicie, ale jako bezdyskusyjny mistrz powinien teraz dać szansę innemu kozakowi. W tym limicie jest jeszcze chociażby Devin Haney czy Ryan Garcia, ale to zdecydowanie "Tank" Davis będzie najgroźniejszy dla Teofimo Lopeza. Pogromca Lomachenki będzie jednak musiał zmierzyć się wcześniej z George Kambososem Jr, któremu jednak nie daje się większych szans na pokonanie Lopeza. Jeśli po spodziewanym zwycięstwie z Australijczykiem Lopez zdecyduje się na pozostanie w obecnej wadze, w drugiej połowie roku musi dojść do jego walki z Davisem, który wspaniałym nokautem na Leo Santa Cruzie wysłał w świat wiadomość, iż jest gotowy na jeszcze większe wyzwania.

3. Saul "Canelo" Alvarez - Jermall Charlo

Do uznawanego nie bez powodu za najlepszego pięściarza Świata bez podziału na limity wagowe Meksykanina ustawia się niemała kolejka chętnych do walki. Chętnych jest dużo, bo "Canelo" z przyjemnością "fruwa" po kategoriach wagowych - od średniej do półciężkiej. W średniej pokonał Gennady Golovkina, w półciężkiej Sergeya Kovaleva, a niedawno w super średniej nie dał szans Callumowi Smithowi. Wygląda na to, iż właśnie ta ostatnia dywizja jest mu obecnie najbliższa, więc najbliżej walki z Alvarezem naturalnie będą David Benavidez, Caleb Plant i Billy Joe Saunders, jednak w moim odcuciu żaden z nich nie będzie stanowił takiego zagrożenia jak Amerykanin Jermall Charlo. Nie wiem czy "Canelo" chętnie wróciłby do kategorii średniej, ale na pewno przy odpowiedniej propozycji w górę z wagą pójdzie niepokonany w 31 pojedynkach Charlo. Osobiście uważam, że to właśnie "HitMan" miałby największe szanse na zdetronizowanie Meksykanina. Niewykluczone, że Alvarez najpierw kogoś z w/w trójki Benavidez-Plant-Saunders, a w międzyczasie Charlo musiałby dołożyć jakieś przekonujące zwycięstwo, być może z Gennady Golovkinem lub Demetriusem Andrade.

2. Anthony Joshua - Tyson Fury

Waga ciężka, więc dla wielu zdecydowanie największe emocje. Tu sprawa jest prosta - nie ma innej równie ważnej i ciekawej walki na horyzoncie w tej dywizji. "AJ" posiada w swojej gablocie pasy IBF, WBO i WBA, zaś "Gypsy King" dzierży na biodrach tytuł WBC. Dwóch brytyjskich olbrzymów w ringu to gwarantowane emocje od samego początku do samego końca walki. To także pojedynek promotorski Eddie'ego Hearna z Frankiem Warrenem. W ostatnim czasie to zdecydowanie Fury przejął pałeczkę lidera w wadze ciężkiej po dwóch fantastycznych pojedynkach z Deontayem Wilderem, z którym przez długi czas nie mógł w sprawie walki dogadać się Joshua. Młodszy z Brytyjczyków zaliczył w międzyczasie sporą wpadkę ulegając przed czasem z Andy Ruizem Jr, któremu jednak szybko się zrewanżował. Ruiz jednak pokazał, że Joshua nie jest nadczłowiekiem i ma swoje słabe strony, a Tyson Fury to arcymistrz wykorzystywania błędów rywala i wciągania przeciników w swoją własną grę. Anthony Joshua być może ma silniejszy pojedynczy cios, ale Tyson Fury posiada lepszą pracę nóg. To walka, której wyniku przewidzieć nie zdołam, bo może się ona zakończyć w każdym momencie i w każdy możliwy sposób. Wydawać by się mogło, że większą pewnością siebie dysponuje "Gypsy King", podobnie rzecz się ma z odpornością na ciosy, potrafił przecież wstać po piekielnym ciosie Wildera w 12 rundzie pierwszego pojedynku. Na szali takiej walki znalazłyby się cztery pasy w królewskiej kategorii. Wyżej już iść się nie da, więc gdyby zwycięzcą okazał się Fury, byłby to idealny moment, aby w glorii chwały, pozostając niepokonanym zawiesić rękawice na kołku, stając się przy okazji legendą.

1. Terence Crawford - Errol Spence Jr.

Zdecydowanie największa możliwa do zrobienia walka w obecnym boksie. Pojedynek, na który z pewnością czeka cały pięściarski świat, gdzie na przeszkodzie stoją kontrakty promotorskie i telewizyjne. 2021 rok to jednak idealny czas na tą walkę, bo zarówno Crawford, jak i Spence są w najlepszym momencie swoich karier, lepsi już raczej nie będą. Obaj są genialni, niepokonani, mający całą rzeszę kapitalnych nazwisk na rozkładach. Ich wspólny bilans to 64 wygrane walki, z czego aż 50 przed czasem. Zero porażek, zero remisów, ba! Tak naprawdę zero kłopotów w ringu. Crawford to przecież niekwestionowany, zunifikowany mistrz Świata niższej kategorii, który od 2016 roku wygrywa tylko przed czasem stopując ostatnich ośmiu przeciwników. Spence dla odmiany trzy ostatnie walki wygrywał na punkty, w tym raz niejednogłośnie, wcześniej jednak notując aż 11 nokautów z rzędu. Panowie nie ukrywają niechęci względem siebie wzajemnie obrzucając się winą za brak tej walki. Nie ma innego wyjścia, jak odstawić telewizje i promotorów na chwilę na bok - ten pojedynek to "must have" na 2021 rok. W moim osobistym rankingu obaj mają swoje pewne miejsce w TOP5 P4P bez podziału na limity wagowe, a wygrany będzie mógł rywalizować z "Canelo" Alvarezem o miejsce na samym szczycie. Zwłaszcza tyczy się to Terence'a Crawforda, któremu zarzuca się w ostatnim czasie brak klasowych rywali. Errol Spence z pewnością byłby najlepszy z najlepszych...

Miejmy nadzieję, że rok 2021 będzie przychylny i uda się doprowadzić do tych pojedynków. W każdym z nich bardzo ciężko wskazać faworytów, a to jest właśnie w boksie najciekawsze. 

piątek, 18 grudnia 2020

MISMATCH!

 Już dzisiejszej nocy do ringu w Hollywood wejdzie w końcu Kamil Szeremeta. Polak spotka się w nim z czołgiem w postaci Gennady Golovkina, czyli przeciwnika prezentującego poziom, na którym Kamil nigdy nie był. Powiem krótko i dobitnie. Dla mnie to MISMATCH!

Walka o mistrzostwo Świata to ogromny sukces Kamila Szeremety, promotora Andrzeja Wasilewskiego i całego sztabu. Dlaczego uważam, że Polak nie ma szans? Powodów jest kilka. W gruncie rzeczy analizowałem tą sytuację i bardzo ciężko było mi znaleźć chociaż jeden aspekt świadczący za naszym rodakiem. Jedyne co mogę w tej kwestii powiedzieć to fakt, iż Kamil wciąż jest niepokonany, a z takimi zawodnikami walczy się trudniej. Często uważają, że są nie do pokonania. Ale Szeremeta taki nie jest. Chłopak ma łeb na karku, twardo stąpa po ziemi. On, jego najbliżsi, promotorzy, sztab trenerski i wąskie grono przyjaciół z pewnością ogromnie wierzą w sukces, bo takowy znacząco odmieniłby życie zawodnika. Ale gdy zagłębiam się bardziej w szczegóły stwierdzam, że szans na sukces nie ma praktycznie wcale. 

Po pierwsze, walka ta z wiadomych przyczyn kilkukrotnie była przekładana. Data była podawana, potem się zmieniała, pojawiała się następna i tak w kółko. Wynik tego był taki, że Polak nie walczył od 14 miesięcy. Oczywiście w podobnej sytuacji jest Golovkin, ale na pewnym poziomie pięściarze są w stanie się do takiej sytuacji lepiej przystosować. Dla Szeremety to najdłuższa przerwa w karierze, a o walce wie przynajmniej od roku. Kilkukrotne wskakiwanie na wyższy tryb treningu, luzowanie, później znowu ponowienie akcji... Nie wiadomo, czy Kamil jest odpowiednio przygotowany, czy może jest już zmęczony ciągłym treningiem bez światełka w tunelu.

Nastawienie mentalne wydaje się być dobre. Polak psychicznie wygląda całkiem ok, w USA się zaaklimatyzował, problemów zdrowotnych nie ma, na spotkaniach f2f wyglądał na pewnego siebie. Ale wiadomo - nastawienie może zmienić się po pierwszym otrzymanym ciosie. A każdy wie, jak potrafi "kopnąć" Golovkin. Jestem pewny, iż Kamil nigdy z taką siłą się nie spotkał i zaryzykuje stwierdzenie, że nie spotka się już z taką do końca kariery. Wystarczy spojrzeć na liczby. 42 pojedynki, 40 zwycięstw, 35 nokautów. To niemal dwukrotnie więcej niż wszystkich walk Polaka, a aż 7 razy więcej niż "czasówek" Szeremety. 

"GGG" od ponad dekady walczy na najwyższym światowym poziomie, od dokładnie 10 lat jest mistrzem Świata, dwudziestokrotnie broniąc swoich tytułów. Kamil Szeremeta 10 lat temu jeszcze nie myślał o zawodowstwie. Polak tylko raz przeboksował 12 pełnych rund. Jego pełny bilans rund to 144, przy 212 Golovkina, przy czym pamiętać trzeba, iż Kazach zdecydowanie w większości przypadków nie potrzebował nawet połowy tego czasu. Golovkin od 2009 roku nieprzerwanie bije się na królewskim dystansie. Nie ma nawet sensu porównywać dotychczasowych rywali obu zawodników. 

I wreszcie scenariusze pojedynku. Nie chciałem skreślać Polaka ot tak, ale spróbowałem przewidzieć wszystkie możliwe wersje tej walki. Kamil co prawda w ostatnim czasie poprawił procent nokautów, udało mu się rzucać na deski teoretycznie trudniejszych rywali, niż miał wcześniej. Padali Goddi, Diaz czy ostatnio Cortes. Ale pięć nokautów nie może robić wrażenia na Golovkinie. Kazach wytrzymywał potężne bomby od Saula Alvareza, Daniela Jacobsa, Serhiya Derevyanchenko czy silnego jak tur Davida Lemieux. Nie widzę więc możliwości, aby cios Polaka zrobił na nim jakiekolwiek wrażenie. Wygrana na punkty? Też raczej nie ma opcji... Jak wspominałem, tylko jedna walka na takim dystansie, do tego Kamil nie jest raczej tytanem kondycyjnym. Wielokrotnie widzieliśmy, że w ośmiorundowych walkach nie potrafił zaakcentować końcówki. Stany Zjednoczone - Szeremeta za oceanem przeboksował dopiero niecałe cztery minuty. Doświadczenie żadne, nieporównywalne ze swoim przeciwnikiem.

Ułamka szans można jedynie upatrywać w wieku Golovkina. Kazach ma 38 lat, chociaż nawet jeśli od jakiegoś czasu nieco obniżył loty, to wciąż Olimp dla Polaka. Analizując rozkład "GGG", niedawno bił się on z podobnej klasy rywalem. Był to Steve Rolls. Golovkin znokautował go czysto w czwartej rundzie. Wcześniej walka z podobnej jakości rywalem miała miejsce niemal dekadę temu. Można mieć nadzieje, że podobnie myśli Gennady i zlekceważy Szeremetę. Nie chce jednak być złym prorokiem, ale tę walkę porównuje niestety do ostatniej walki Nikodema Jeżewskiego z Lawrence'm Okolie. Pierwsza runda badawcza, lekkie naruszenie, w drugiej rundzie pierwsze deski i historia tej walki może się skończyć... Powtarzam jednak! Bardzo wierzę w Kamila i ufam, że jestem w wielkim błędzie, natomiast nie widzę, aby ta walka wyszła poza 2-3 rundy...

czwartek, 19 listopada 2020

P4P w czasach epidemii...

Pandemia koronawirusa wstrzymała cały świat. Także świat sportu, a co za tym idzie świat boksu. W 2020 roku nie odbyło się bardzo wiele walk, które planowano, a pięściarze nie stoczyli tylu walk, ile by chcieli. Ciężko stwierdzić, kto w obecnym czasie przewodzi w rankingach bez podziału na kategorie wagowe. Telewizja ESPN, magazyn The Ring oraz portal statystyczny Boxrec właśnie podały swoje osobiste zestawienia, którym się przyjrzymy. Oczywiście nie trzeba dodawać, że jakąkolwiek wartość mają tylko te dwa pierwsze rankingi, a trzecie zestawienie to specjalny - często niewiele mający związku z prawdą - algorytm liczbowy.


Zacznijmy od ESPN. Tutaj na prowdzeniu znajduje sie Terence Crawford, który nie tak dawno obronił swoje trofeum pokonując przed czasem twardego, lecz już nieco rozbitego Kella Brooka. Pozostałe miejsca na podium zajmują Saul "Canelo" Alvarez i Naoya Inoue. Alvarez w bieżącym roku jeszcze się w ringu nie zaprezentował, ale wygląda na to, iż pod koniec roku stoczy bardzo ciekawy pojedynek z niepokonanym i niezwykle mocnym Callumem Smithem. Japończyk w ubiegłym miesiącu znokautował Jasona Moloneya. 
Ta sama trójka zajmuje podium także w rankingu The Ring. Wygląda więc na to, iż to właśnie oni są w tej chwili najlepsi na świecie. Tutaj prowadzi Meksykanin przed Japończykiem i Amerykaninem. 
Algorytm wyliczył najwięcej punktów przy nazwisku Alvareza, ale na kolejnych miejscach ustawili się Tyson Fury i Errol Spence Junior. 

W TOP10 ESPN i The Ring widzimy w zasadzie te same nazwiska - wysoko awansował jeden z największych wygranych czasu epidemii czyli młody Teofimo Lopez, ponadto widnieją także takie nazwiska jak Errol Spence, Oleksandr Usyk, Vasyl Lomachenko, Juan Francisco Estrada czy Gennady Golovkin. Co ciekawe, Kazach w obu rankingach zamyka dziesiątkę. ESPN doceniło dominacje Tysona Fury'ego w wadze ciężkiej, natomiast The Ring w dziesiątce znalazł miejsce dla Josha Taylora. 
Ciekawiej robi się, gdy patrzy się na ranking Boxrec. Tutaj pojawiają się chociażby Deontay Wilder, Anthony Joshua, Manny Pacquiao czy... Sergey Kovalev, pomimo tego, że chociażby "Bronze Bomber" czy "Krusher" ostatnie swoje pojedynki przegrywali przed czasem. Nie przeszkodziło im to wyrzucić z rankingu np. "Monstera" z Japonii, posiadającego wszystkie pasy w wadze lekkiej Teofimo Lopeza czy niedawnego posiadacza wszystkich pasów w limicie kategorii cruiser Oleksandra Usyka. 

Jak widać, zestawieniem Boxrec'a nie ma co się przejmować. Tak jak wspominałem, to maszynka liczbowa, która wypluwa pewne cyferki, często z kosmosu, stąd np. Teofimo Lopez zajmuje 13-tą pozycję przegrywając z Alexandrem Povetkinem, Oleksandr Usyk jest 19-ty, m.in za Shawnem Porterem czy Mairisem Briedisem, którego pokonał w bezpośredniej walce. Jeszcze niżej, bo na 23-ej lokacie umieszczono Naoyę Inoue, który znalazł się za Dmitry Bivolem czy Daniel Jacobsem. I uwaga - petarda. Juan Estrada - wieloletni dominator niższych kategorii wagowych znalazł się w drugiej 50-tce. Przed nim tacy zawodnicy jak Jose Zepeda, Jesse Hart, Michael Hunter, Dillian Whyte czy Marcus Browne. Szok.
Spuszczam na to kurtynę milczenia.

Powiem tak, jak ja to obecnie widzę. W moim odczuciu zarówno ranking ESPN, jak i The Ring mogą być bardzo bliskie prawdy. Na samym szczycie powinien być na pewno ktoś z dwójki Crawford-Alvarez. Jeśli "Canelo" wygra z Callumem Smithem, obstawiałbym mimo wszystko na niego. Kto jeszcze na podium? Nominacja Naoyi Inoue na pewno nie będzie skandalem. Facet niczym czołg niszczy wszystko, co postawią mu na drodze. Kto jeszcze w TOP10? Na pewno Errol Spence Jr, który ma przed sobą pojedynek z zawsze groźnym Danny'm Garcią. Kto dalej? Na mnie duże wrażenie zrobił Gervonta Davis, ale nie jestem pewien, czy jego nokaut na Leo Santa Cruzie da mu już awans do pierwszej 10-tki. Ponadto jest jeszcze na pewno Josh Taylor, jest Jose Carlos Ramirez, ale to też na granicach pierwszej i drugiej "dyszki". Tyson Fury? No w sumie dlaczego nie. "GGG"? Niby cały czas utrzymuje swój wysoki poziom, ale dwie wojny z Saulem Alvarezem nieco odrzuciły go od ścisłej czołówki, poza tym w 2020 roku jeszcze nie pojawił się w ringu, a jego pojedynek z Kamilem Szeremetą w dalszym ciągu jest chyba w fazie planowania. Dla mnie na miejsce w 10-tce zasługuje Juan Francisco Estrada. Na pewno Usyk. Pokonał twardziela jakim jest Dereck Chisora, a zwycięzców się nie rozlicza. W dalszym ciągu niepokonany. W czubie z pewnością powinno się znaleźć miejsca dla Teofimo Lopeza, który niedawno pokonał Vasyla Lomachenkę, ale i dla Ukraińca pomimo porażki też. Nie wiem ile już wymieniłem nazwisk, ale wszystkich do "malucha" się nie wciśnie. Liczba miejsc jest niestety ograniczona. W peletonie na pewno są Artur Beterbiev, Callum Smith, Jamie Munguia, Miguel Berchelt i można tak wymieniać długo. 
Nie wiem czy w tym roku, ze względu na ograniczoną aktywność pięściarzy, zdecyduje się na cykliczne TOP50. Nie wszyscy zdążą pojawić się w ringu w tym cięzkim roku...

wtorek, 20 października 2020

Vasyl Lomachenko - o jeden most za daleko...

W weekend byliśmy świadkami bardzo ciekawej walki i dość sensacyjnego jej rozstrzygnięcia. Rozstrzygnięcia, którego spodziewało się bardzo niewielu - 23-letni Teofimo Lopez niespodziewanie pozbawił wielkiego Vasyla Lomachenko wszelkich atutów i w pojedynku o cztery pasy mistrzowskie ograł Ukraińca na kartach punktowych. Przed walką wszelkie możliwości jej rozstrzygnięcia były odmieniane przez przypadki. Rezultat, w którym młodszy o 9 lat Amerykanin wygrywa na punkty był praktycznie nierealny, a jednak właśnie on padł. Teraz można zastanawiać się, co było przyczyną takiego stanu rzeczy i co w istocie zawiodło genialnego "Hi-Techa". Własnie na tym skupimy się w tym artykule...

Dla mnie opcje są dwie. Pierwsza jest bardzo realna. Lomachenko zaczynał karierę zawodową od wagi piórkowej. Tam zdobył pas mistrzowski, po czym przeniósł się do wyższej dywizji i zrobił to samo. Następnie jeszcze poszedł w górę do wagi lekkiej i pozbierał trzy mistrzowskie pasy. Ten czwarty okazał się poza zasięgiem. W moim odczuciu Teofimo Lopez okazał się najzwyczajniej w świecie zbyt duży i zbyt silny dla Ukraińca. Amerykanin zrobił po prostu to, czego nie potrafili Jorge Linares, Jose Pedraza, Anthony Crolla i Luke Campbell - bił zbyt mocno dla mniejszego Vasyla. Analizując walkę na wszelkie sposoby, najbliżej mi do tezy, iż po prostu siła ciosu Lopeza zrobiła na Lomachence duże wrażenie. Młody "El Brooklyn" wyszedł do tej walki bez respektu i już w pierwszej rundzie poczęstował rywala kilkoma ciosami, po których Ukrainiec przekonał się, że żartów nie ma. "Hi-Tech" to pięściarz genialny i nieprawdopodobnie inteligentny w ringu. On doskoanale wiedział, że pójście na wyniszczenie z kimś takim jak Teofimo Lopez może skończyć się dla niego źle. Widać było, że Ukrainiec w trakcie pierwszej połowy walki kilkukrotnie zmieniał taktykę i próbował różnych podejść pod Lopeza, ale nic nie zdawało egzaminu. Stąd pierwsza połowa walki wyglądała jak wyglądała, a Vasyl Lomachenko przegrywał rundę za rundą. Zaryzykuję tezę, że Ukrainiec szybko poczuł siłę pięści rywala i po prostu się jej wystraszył. Nie był tak szybki, tak mobilny i nie pracował tak dobrze na nogach jak w pojedynkach z pięściarzami, których siły nie bał się tak bardzo jak w sobotę. Stąd problemy, które przeciągały się na kolejne rundy i sytuacja, którą ciężko było już odwrócić w końcówce nawet ryzykując porażkę przed czasem.

Druga opcja jest dużo mniej prawdopodobna. Czyżby Lomachenko zlekceważył Teofimo Lopeza? Z teoretycznego punktu widzenia 23-letni Lopez nie powinien być przecież większą przeszkodą niż chociażby Jorge Linares czy wcześniej Guillermo Rigondeax. Śledząc karierę Lopeza ciężko zobaczyć tam skalpy z najwyższej półki. Owszem, młody Amerykanin dysponował dużą siłą, co udowadniał chociażby w starciach z Masonem Menardem czy Richardem Commeyem, ale nie było wiadomo jak zachowa się na tzw. "głębokiej wodzie" czyli w rundach mistrzowskich. Wszak Teofimo Lopez przed starciem z Vasylem Lomachenko tylko raz przeboksował 12 rund, a druga najdłuższa konfrontacja trwała 7 rund. W całej karierze stoczył zaledwie 60 rund, przy 131 rundach Ukraińca w dokładnie tym samym wymiarze stoczonych walk. Była więc szansa, że boksując na wysokiej wydajności pierwszą połowę walki, po prostu spuchnie w kolejnych rundach, na co pewnie liczył Ukrainiec, który z pewnością miałby narzędzia, aby ten fakt wykorzystać przechylając szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Nic takiego się jednak nie stało. Lomachenko co prawda doszedł do głosu w późniejszych odsłonach, ale nie na tyle, by jakkolwiek zagrozić swojemu oponentowi. 

Ciężko powiedzieć, co faktycznie stało się z Vasylem Lomachenko. Prawda jest taka, że nie był to ten sam pięściarz, którego oglądaliśmy we wcześniejszych walkach. Czy powodem był sam Teofimo Lopez, czy wpływ na taką postawę miały inne aspekty - tego nie wiemy i sie nie dowiemy. Faktem jest, iż Ukrainiec ten pojedynek przegrał. Szczerze niezrozumiałe były dla mnie tłumaczenia samego zainteresowanego, iż myślał, że to on wygrywa walkę, bo to zbyt inteligentny zawodnik, aby nie widzieć ze swojej perspektywy co dzieje się między linami. W pierwszych 6-7 rundach nie było możliwości wypunktować ani jednego starcia na jego korzyść. Na pewno wiedział to on i na pewno widział to jego narożnik. Druga połowa walki to trzy, maksymalnie cztery rundy dla Ukraińca, ale ostatnia odsłona to ponownie przewaga Lopeza. Wynik mógł być tylko jeden - jednogłośne zwycięstwo Amerykanina. Nie będę wypowiadał się o poszczególnych kartach, zwłaszcza sędziny Lederman, bo szkoda mi na to czasu. Walkę Lomachenko przegrał i tu wypada postawić kropkę. 

I na koniec coś, co chciałbym, aby posłużyło za wniosek. W moim odczuciu Ukrainiec poszedł o jeden most za daleko. Jest to niewątpliwie geniusz tego sportu i zdecydowanie legenda za życia, ale w niższej wadze był to pięściarz nieuchwytny. Pojedynki, które toczył w wadze super piórkowej były genialne. Cztery walki, które stoczył począwszy od pojedynku z Romanem Martinezem, po Nicholasa Waltersa, Jasona Sosę, Miguela Marriagę i na Guillermo Rigondeaux kończąc to był majstersztyk. Czterech ostatnich zdominował do tego stopnia, że Ci zostawali w narożniku nie byli chętni na kontynuowanie rywalizacji. To pokazuje, że to jest limit dla Vasyla Lomachenko. Oczywiście on sam wiedział, że potrzebuje kolejnych wyzwań i pewnie ogrywając w sobotę Lopeza poszedłby jeszcze wyżej, ale ten jego marsz został zastopowany, a on sam sprowadzony na ziemię. Pewnych aspektów się nie oszuka. Dywizja lekka była dla niego już sztucznym tworem, a on sam nie jest prawdziwym lekkim...

czwartek, 15 października 2020

"Zwycięzca bierze wszystko..."

Nie da się ukryć, że rok 2020 pod względem bokserskich emocji jest z wiadomych przyczyn ubogi, ale i w tym kiepskim sportowo roku trafiają się istne perełki, których przegapić nie wolno, a na samą o nich myśl podnosi się każdemu kibicowi pięściarstwa ciśnienie w żyłach. I takiego właśnie starcia świadkami będziemy już w najbliższą sobotę. W MGM Grand w Las Vegas posiadacz pasów WBC, WBO i WBA genialny Ukrainiec Vasyl Lomachenko skrzyżuje rękawice z mistrzem z ramienia federacji IBF, Teofimo Lopezem. "Zwycięzca bierze wszystko" - tak to starcie zapowiada grupa Top Rank.

Pojedynek na szczycie kategorii lekkiej pierwotnie miał się odbyć w maju, jednak wówczas na przeszkodzie stanęła pandemia koronawirusa. Teraz sytuacja w dalszym ciągu nie wygląda pod tym względem kolorowo, ale na drodze do tej pasjonującej walki nie ma prawa stanąć już nic. W nocy z soboty na niedzielę poznamy absolutnego mistrza w limicie 135 funtów. Walka ta odmieniana była już przez wszystkie przypadki, ale najczęściej zapowiadana jako bitwa jednego z najciekawszych pięściarzy młodego pokolenia na świecie, z genialnym amatorem i jednym z najwspanialszych pięściarzy XXI wieku. Jeśli chodzi o karierę amatorską, osiągnięcia Lomachenki są nie do pobicia. "Hi-Tech" stoczył niemal 400 pojedynków, z czego przegrał tylko raz. Jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim i wielokrotnym mistrzem świata. Lopez również miał bogatą karierę amatorską. Jego oficjalny bilans to 170 wygranych walk, przy tylko 20 porażkach. 

Wszyscy eksperci zastanawiają się, jaki przebieg może mieć ta walka. Kwestia jest taka, że jak spotyka się ze sobą dwóch znakomitych zawodników to zarówno przebieg, jak i końcowy rezultat może być... każdy. Oczywiście każdy z pięściarzy ma swoje atuty i swoje przewagi nad rywalem, ale równie dobrze o przebiegu i końcowym wyniku walki może zadecydować szczegół, szczęśliwy cios czy dyspozycja dnia. Na wstępie warto zaznaczyć, że przewaga doświadczenia powinna być miażdżąca. Vasyl Lomachenko to 32-latek, który na amatorskich ringach zjadł zęby, a na zawodowych kroczy po swoje od szczebla do szczebla. Amerykanin Lopez jest aż o 9 lat młodszy. To 23-letni prospekt, który w ubiegłym roku otrzymał od telewizji ESPN i serwisu YAHOO tytuł najlepiej zapowiadającego się pięściarza świata. I od tego momentu Lopez pokazał, że ten wybór to był strzał w dziesiątkę. Próbuje doszukać się przewag Lopeza nad Ukraińcem i przychodzą mi do głowy dwie rzeczy. Po pierwsze, istnieje taka możliwość, iż Amerykanin bije mocniej. Jego procent nokautów wygląda nieco lepiej, do tego rzucał na deski i stopował przeciwników uznawanych wcześniej za nieprzewracalnych. Do tego dokonywał tego często w sposób spektakularny. Druga sprawa, o której myślę to absolutna, niezaprzeczalna pewność siebie i swojej siły. Lopez wygląda, jakby był pozbawiony układu nerwowego. Wychodzi do najwybitniejszego pięściarza swoich czasów, a jest wręcz przekonany, że go znokautuje. To charakteryzuje naprawdę prawdziwych mistrzów w swoim fachu. Jakie natomiast atuty przemawiają za "Hi-Techem"? Na pewno praca nóg i szybkość - być może najlepsze na świecie bez podziału na kategorie wagowe. Dodatkowo ringowa mądrość i coś, czego nie można zdefiniować, mianowicie umiejętność narzucenia takiego stylu walki, że rywal przestaje myśleć racjonalnie i zaczyna tańczyć pod melodie Ukraińca. Jeszcze nie pojawił się ktoś taki, co by Lomachenkę ustawił w ringu pod swoje dyktando. To zawsze Ukrainiec dyktuje tempo, dyktuje warunki i definiuje styl, w jakim rozgrywana jest ringowa potyczka. To coś, czego nie ma chyba nikt w obecnym boksie, a co doskonale opanował Vasyl Lomachenko. 

I kiedy próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie o przebieg tej walki, w głowie na pierwszy plan wysuwa mi się tylko jeden obraz. Zapracuje doświadczenie Ukraińca, który będzie szybszy, będzie lotniejszy na nogach, będzie kąsał i wciągał rywala na kontrę. Przypomina mi się pojedynek Vasyla z Guillermo Rigondeax, również doskonałym mistrzem amatorskim, który został w ringowym starciu z Lomachenko sprowadzony do pozycji ucznia i zastopowany. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że "Hi-Tech" w podobny sposób zniechęci Teofimo Lopeza do kontynuowania walki i w końcu go zastopuje. Gdybym miał jednak konkretnie typować wynik walki, to pomimo odważnych zapowiedzi w obu stron, że sędziowie nie będą do niczego potrzebni, obstawiałbym jednak 12 rund ciężkiej pracy Vasyla Lomachenki i wyniku w okolicach 118-110.

Czy walka może pójść w drugą stronę? Owszem. To jest boks. Tu jeden cios potrafi odwrócić losy każdego pojedynku. "El Brooklyn" ma czym uderzyć, ale sama siła to nie wszystko. Złapać Lomachenkę będzie trudno, celnie trafić jeszcze ciężej. Wydaje mi się, że Ukrainiec jest także na tyle inteligentny, że nie będzie niepotrzebnie iść z Lopezem na wyniszczenie, bo to nie jest boks, nie jego styl. Powiem krótko - jeśli Teofimo pokona w sobotę Lomachenkę to uznam to za sensację dużego kalibru. Bo młody Amerykanin to na pewno świetny zawodnik, ale jak dobry jest naprawdę, to mam wrażenie, że jeszcze nie do końca wiemy. Owszem, zdziwił świat szybko rozprawiając się chociażby z twardym jak skała Richardem Commeyem czy nokautując Masona Menarda po 44 sekundach walki, ale - może to oklepane stwierdzenie - z kimś takim jak Vasyl Lomachenko jeszcze się nie spotkał. Natomiast gdyby odwrócić sytuację - wydaje mi się, że Lopez nie posiada takich atutów, z którymi już wcześniej nie radził sobie "Hi-Tech". I tu jest właśnie to "clou" sprawy. Vasyl Lomachenko przerobił już na zawodowym ringu wszystkie możliwe style. Ograł szybkiego i śliskiego Gary'ego Russella, pokonał silnego jak tur Nicolasa Waltersa, genialnego technicznie Guillermo Rigondeaux oraz doświadczonego Jorge Linaresa. Może to co teraz powiem to odważna teza, ale obstawiam, że jeśli Vasyl sam nie popełnia jakiegoś dużego błędu, to Teofimo Lopez nie będzie w stanie mu zagrozić w żadnym momencie walki.

Pojedynek o wszystkie pasy w dywizji lekkiej już w nadchodzący weekend. Życzę wszystkim kibicom boksu wielu emocji i obyśmy częściej mogli delektować się takimi właśnie zestawieniami. Niech żyje boks!

wtorek, 6 października 2020

Zepsuliście Nam "Araba"...

Witam wszystkich serdecznie po dłuższej przerwie. Na początek kilka zdań wstępu. Mianowicie chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy pochlebnie wypowiedzieli się o moim blogu. Dostałem sporo fajnych opinii, sporo słów otuchy i wsparcia. Odezwały się do mnie osoby, które chętnie czytały moje "wypociny", co było bardzo miłe. Postanowiłem dać sobie jeszcze szanse w tym bardzo wąskim światku bokserskich blogów i "dziennikarzyn". Co skłoniło mnie do powrotu? Powiem szczerze, że kilka aspektów. Pierwszy z nich jest banalnie prosty - stęskniłem się. Kiedy zawieszałem "działalność" rozpoczynaliśmy pandemię, zmroziło sport, w tym boks także. Niewiele działo się na sportowo, niewiele było newsów i przez to niewiele możliwości do wywodów i analiz. Z perspektywy myślę sobie, że to był idealny czas, by zrobić sobie tą przerwę, bo i tak nie było za bardzo o czym pisać. Druga sprawa jest taka, że dostałem sporo głosów wsparcia. Mówiliście, że może nie komentujecie, ale czytacie i doceniacie moje starania, moje analizy, mój cięty język i lekkie pióro. Trzeci temat - jest zatłaczająca ilość stron na facebooku, które ślepo kopiują bokserskie świeżynki i na tym zbijają lajki. Ale porządnego bloga bokserskiego, w którym oprócz suchych informacji można także wyczytać opinii autora po prostu nie ma. Takiego bloga, na którym poruszane będzie szerokie spektrum informacji od boksu polskiego, po zagraniczny, od zamierzchłego po współczesny, od analiz poszczególnych walk, do podsumowań gal, od rankingów po sylwetki najbardziej charakterystycznych pięściarzy. Nie ma. Przeanalizowałem sobie to wszystko, przestudiowałem jeszcze raz swoje teksty od początku istnienia bloga i doszedłem do wnisoku, który pchnął mnie do przodu, mianowicie początkujący laik czytając moje artykuły będzie w stanie nieco bardziej przyswoić ten sport. I ostatnia kwestia - od około miesiąca zacząłem sobie znowu zapisywać - najpierw w głowie, w później w notesie - ciekawe tematy na teksty. Kiedy utworzyła się już tych wpisów dwucyfrowa ilość, powiedziałem sobie, że trzeba to zacząć realizować. Liczę, że będziecie czytać i pokażecie mi, że jesteście. Pozdrawiam

Ale nawiązując do tematu dzisiejszego artykułu. Jesteśmy po niespodziewanej, można powiedzieć dość szokującej nawet porażce Roberta Parzęczewskiego w rodzinnej Częstochowie. Był to dla "Araba" dziewiąty pojedynek pod Jasną Górą. Pierwszy przegrany. Katem Roberta okazał się 40-letni Sherzod Khusanov. Porażka mocna, konkretne KO, potężny pojedynczy cios. Taka przegrana bardzo boli, ale jeszcze bardziej boli dlatego, że ona tak naprawdę nie miała prawa się wydarzyć. Parzęczwewski przygotowywał się pod Kanadyjczyka, Ryana Forda, w mojej opinii dużo groźniejszego rywala. Na papierze Khusanov nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. Po pierwsze, ma już 40 lat. Po drugie, nie boksował ostatnie dwa lata. Po trzecie, w ostatniej walce przegrał z Damianem Jonakiem w lżejszej dywizji. Po czwarte, tylko dziewięciokrotnie wygrywał przed czasem. No i do tego dość gładko przegrał pierwszą rundę. Wychodzi więc na to, że "Arab" popełnił jeden błąd, a Uzbek wykonał jedną świetną akcję. Kumulacja tych dwóch zdarzeń sprawiła, iż mieliśmy sensacje, a Polak długo nie mógł zebrać się z maty ringu.

Porażka porażką. Robert jest młody, ambitny, poradzi sobie z nią i pójdzie dalej po swoje. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Na niesamowitą presję, jaka od pewnego czasu nieustannie tworzyła się nad Polakiem. Mniej więcej od 2017 roku, mianowicie od walki z Tomasem Adamkiem zaczęto wystawiać Parzęczewskiego pod niebiosa, wyrokując już jego wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej. Przypomnę, że facet miał wówczas ledwie 24 lata. Media otwarcie zaczęły tworzyć teorie nie "czy", ale "kiedy" Parzęczewski zostanie mistrzem świata. Totalnie bez sensu zaczęto pompować za mały balon zbyt dużą ilością powietrza. "Arab" dźwigał presję w sposób fenomenalny, nokautując kolejnych rywali i jeszcze bardziej podkręcając śrubkę. Od wspomnianej walki z Czechem wygrał siedem razy z rzędu przed czasem. Szybko ubił m.in. Jacksona Juniora, Dariusza Sęka czy Dmitry Chudinova. Co dla mnie kompletnie niedorzeczne, media starały mu się zmienić pseudonim na "Mr.KO". Taki nieprzemyślany manewr miał bardzo słabe skutki. Bo jak miał się niby Robert czuć z takim pseudonimem, gdyby powiedzmy nagle zaczął wygrywać tylko na punkty? Tak się właśnie stało, od wielkiej euforii Mateusza Borka, który uroczyście nadał mu tą ksywkę, Parzęczewski wygrywał już tylko na punkty, z Patrickiem Mendy'm i Sladanem Janjaninem. I w tej chwili facet ma 25 wygranych, z czego 16 przez nokaut. Daje mu to średnią ok. 60% "czasówek". "Mr.KO"? No ludzie, ogarnijmy się. Królem nokautu można nazwać Deontaya Wildera, wcześniej Mike'a Tysona, a nie Roberta Parzęczewskiego. 

I teraz sprawa wygląda tak, że Robert przegrał walkę, którą spokojnie powinien wygrać. I co? I media ucichły. Ci sami dziennikarze, którzy jeszcze niedawno szykowali Polaka do walk z Sergeyem Kovalevem czy Callumem Smithem, nagle złapali się za głowy i nie wiedzą, co mają powiedzieć. Bo balon pękł z hukiem. Nie ma Kovaleva, nie ma Smitha, droga do jakichkolwiek pasów się oddaliła, oddalił się nawet 40-letni Uzbek po dwóch latach bokserskiej absencji. A to wszystko przez presję i brak spokojnego rytmu gry. A mam wrażenie, że od pewnego czasu zaczęło dziać się źle właśnie przez zaburzenie spokojnego rytmu pracy, który Roberta charakteryzował. W ostatnich - tych wygranych - walkach Parzęczewski prezentował się już słabo. Owszem, Patrick Mendy to bardzo niewygodny zawodnik, ale występ Roberta przeciwko Janjaninowi był bardzo chaotyczny i niekonsekwentny. Co więcej, chwile po trudnej walce z Mendy'm, tego nokautuje Czerkaszyn, a chwile po słabej walce z Janjaninem, tego bardzo szybko ubija Tryc. To małe znaki, które wskazywały na obniżkę formy "Araba". 

I na koniec pozwolę sobie powtórzyć i przeanalizować słowa Mateusza Borka po walce z Częstochowie. To był ciężki nokaut i po takich ciężko się wraca. Powroty są różne. Artur Szpilka po Wilderze już nie wrócił na właściwe tory, Grzegorz Proksa podobnie wyglądał po Golovkinie, kariery po takich ciosach pokończyli chociażby Andrzej Wawrzyk czy Paweł Kołodziej. Bardzo lubię i szanuję "Araba" i mam ogromną nadzieje, że pozbiera się szybko, wróci do swojego pierwotnego rytmu, uporządkuje głowę i - rzucając najbardziej znienawidzonym przeze mnie sloganem - wróci silniejszy. Silniejszy psychicznie przede wszystkim, silniejszy taktycznie i bardziej rozważny. Jeszcze mocniej znający swoje wartości i jeszcze mocniej stąpający twardo po ziemi. Robert ma dopiero 26 lat, jest młody, ma swoje wielkie ambicje i przede wszystkim umiejętności na odpowiednim poziomie, aby osiągnąć w boksie to, co sobie założył. Przede wszystkim nie potrzebuje złych doradców i presji otoczenia, która w ostatnim czasie go najwidoczniej przytłoczyła. Mam również nadzieje, że poziom jego rywali teraz drastycznie nie spadnie, bo Robert nie ma po czym toczyć walk na przetarcie. On nie stoczył 12-rundowej walki na wyniszczenie, tylko wyłapał cios, który zdarzał się w karierach największym mistrzom...