sobota, 26 października 2019

Prograis vs Taylor czyli kapitalna walka na umiejętności...

Przed nami pierwszy finał drugiej edycji prestiżowego turnieju WBSS. W decydującym pojedynku w kategorii super lekkiej dojdzie do elektryzującego starcia dwóch niepokonanych zawodników. Obiektywnie można powiedzieć, że będzie to pierwszy tak teoretycznie wyrównany finał w całej historii turnieju. Amerykanin Regis Prograis i Szkot Josh Taylor to pięściarze zdecydowanie ponadprzeciętni, którzy posiadają niezliczoną liczbę atutów w ringu. Są to jednak pięściarze zupełnie różni. Naprawdę ciężko jest wskazać faworyta w dzisiejszym starciu, jednak postaramy się to razem zrobić. 


30-letni "Rougarou" z Teksasu to zawodnik bardzo dobrze wyszkolony technicznie, bardzo silny, dysponujący pojedynczym, nokautującym ciosem, a także znakomicie pracujący na nogach. Nie posiada natomiast zbyt dobrych warunków fizycznych, będzie od swojego rywala niższy, będzie miał także mniejszy zasięg rąk. Amerykanin na zawodowstwie stoczył dotychczas 24 pojedynki, wszystkie wygrał, z czego aż 20 przed czasem. Regis na najwyższe obroty wszedł stosunkowo niedawno. Świat usłyszał o nim w 2017 roku, kiedy to szybko zastopował niepokonanego Joela Diaza Juniora, a następnie w równie ekspresowym tempie uporał się z byłym mistrzem Świata, Juliusem Indongo fundując mu cztery liczenia w niecałe 6 minut. 


Prograis startował w turnieju WBSS rozstawiony z numerem pierwszym i miał pełne pole wyboru decydując się na pierwszego rywala w turnieju. Postawił na Terry'ego Flanagana - w moim odczuciu najtrudniejszego przeciwnika na etapie ćwierćfinałów. Ostatecznie wygrał z Anglikiem wyraźnie na punkty po drodze rzucając go na deski. W półfinale spotkał się z mistrzem Świata WBA, Kirilem Relikhem. Starcie z Białorusinem było spacerkiem. Prograis zabawił się z rywalem przez 5 rund, a w szóstej znokautował i zameldował się w wielkim finale turnieju. Obecnie Amerykanina posiada wspomniany pas WBA oraz jeden z nowych wytworów, WBC Diamond.


Josh Taylor to jedno z największych odkryć ostatnich lat. Szkot fantastycznie wpasował się w boks zawodowy i bardzo szybko dostawał solidnych rywali. Już w dziesiątej zawodowej walce spotkał się z bardzo solidnym O'harą Daviesem i zastopował go w siódmej rundzie. Później nie schodził już z pewnego poziomu. Wygrywał z byłym mistrzem Świata, Miguelem Vazquezem, a także Winstonem Camposem. W połowie 2018 roku zdał niezwykle trudny test wygrywając dość wyraźnie na punkty z Viktorem Postolem. 


Ta wygrana dała Szkotowi występ w WBSS i rozstawienie z "dwójką". W ćwierćfinale spotkał się z niepokonanym, lecz jeszcze niezweryfikowanym Ryanem Martinem i dość swobodnie go znokautował. Cięższe zadanie czekało na niego w kolejnym etapie. Tam zmierzył się z Ivanem Baranchykiem. Dla Taylora była to chyba najtrudniejsza walka w karierze, ale ostatecznie wygrana na punkty. Tym samym drugi z Białorusinów musiał pożegnać się z turniejem, a "Tartan Tornado" zameldował się w finale z Regisem Prograis. Warto dodać, że wszystkie najważniejsze, wspomniane walki Taylor toczył w hali SSE Hydro w Glasgow. 


Regis Prograis

Wiek: 30
Wzrost: 173cm
Zasięg: 170cm
Waga: 63kg
Rekord: 24 (20 KO) - 0 - 0
Rundy: 98
Debiut: 2012
Sukcesy:
WBA Super super lightweight (2019-...)
WBC Diamond super lightweight (2018-...)
WBC Interim super lightweight (2018)

Josh Taylor

Wiek: 28
Wzrost: 178cm
Zasięg: 177cm
Waga: 63kg
Rekord: 15 (12 KO) - 0 - 0
Rundy: 78
Debiut: 2015
Sukcesy:
IBF super lightweight (2019-...)
WBC Silver super lightweight (2017-2018)


Co rzuca się w oczy na początku? Chyba jednak te warunki fizyczne. Taylor będzie miał sporą przewagę zasięgu rąk i z pewnością będzie w stanie ją wykorzystać. Szkot bardzo dobrze czuje się w dystansie. Obaj Panowie nie dobili jeszcze nawet do 100 rund, więc wiele jeszcze przed nimi. W tym miejscu warto także dodać, że zarówno Prograis, jak i Taylor walczą z pozycji odwrotnej, co tym bardziej dodaje smaczku tej walce. Sam jestem ciekawy, kto lepiej potrafi walczyć przeciwko mańkutowi. Ta walka to mogą być pięściarskie szachy i pytanie jest tylko takie - kto będzie się lepiej czuł w ringu dzisiejszego wieczoru?


Niewielką przewagę już na starcie może mieć Taylor, chociażby ze względu na lokalizacje gali. Finał odbędzie się w O2 Arena w Wielkiej Brytanii. Tym razem jest to jednak Londyn, a nie Szkocja, w której aż siedem ostatnich pojedynków toczył "Tartan Tornado". Dla Amerykanina będzie to pierwszy wyjazdowy pojedynek i z tym mogą wiązać się pewne znaki zapytania. W każdym razie w Londynie nie walczył jeszcze ani jeden, ani drugi. Sędzią ringowym będzie jednak Brytyjczyk Marcus McDonnell, a więc kolejny mały plusik po stronie Taylora. Arbitrami na stołkach tym razem będą Alfredo Polanco z Meksyku, Benoit Roussell z Kanady oraz Deon Dwarte z RPA. Czy mieli oni coś wspólnego z głównymi aktorami dzisiejszego wydarzenia? Niewiele...
Marcus McDonnell był sędzią punktowym w walce Taylora z O'harą Daviesem, jednak walka zakończyła się przed czasem, więc nie musiał się wykazywać. Alfredo Polanco natomiast był ringowym w 2014 roku, kiedy to w ringu spotkali się Regis Prograis i niejaki Mario Hermosillo. Walka zakończyła się w czwartej rundzie. 


Przechodzimy do wniosków. Co może się zdarzyć w Londynie dzisiejszego wieczoru? Oczywiście, że wszystko. W moim odczuciu kontrolę nad wydarzeniami w ringu przejmie Josh Taylor. To w nim widzę minimalnego faworyta pojedynku, głównie ze względu na warunki fizyczne. Prograis być może bije mocniej, ale mam wrażenie, że będzie mu bardzo ciężko przedostać się w bezpośrednią okolice rywala, żeby zadać silny cios. Taylor będzie chciał walczyć na dystans i może mu się to udać. Do tego walczy u siebie, a ringowy jest Brytyjczykiem. To wszystko składa się u mnie na 60%-40% na korzyść Szkota. Uważam, że walka zakończy się wygraną po decyzji punktowej w okolicy 116-112. Szansą dla Amerykanina będzie przede wszystkim duża mobilność, szybkość, dobra praca na nogach i przedostawanie się do półdystansu. Atutem mogą być mocne ciosy na korpus, które osłabią zapędy Taylora. Walka oczywiście potoczy się inaczej, jeśli któryś z pięściarzy zainkasuje w początkowych rundach silny cios. Nie wykluczony jest nawet klasyczny nokaut z obu stron. Życzę dużo emocji i wielkiego widowiska.


czwartek, 19 września 2019

Lomachenko, Crawford i Canelo. Najlepsi z najlepszych?

W dniu dzisiejszym chciałbym skupić się na trzech nazwiskach, które najczęściej przewijają się, kiedy mowa jest o nieoficjalnym podium rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe. Jako że osobiście sporządzam swój nieoficjalny ranking TOP50 na koniec każdego roku, wrzesień jest odpowiednim momentem na spoglądnięcie na sam szczyt. Nie ukrywam, że ta trójka od kilku lat znajduje się w samym czubie każdego z zestawień i nieco odstawiła resztę konkurencji. Wygląda więc na to, że między sobą podzielą miejsca "medalowe". Chciałbym w tym artykule skupić się na ich dotychczasowych karierach, ostatnich walkach oraz potencjalnych rywalach. 

Zaczniemy od najmłodszego w zestawieniu Meksykanina Saula Alvareza. Popularny "Canelo" karierę zawodową rozpoczął najwcześniej, bo już w 2005 roku mając dokładnie 15 lat, 3 miesiące i 11 dni. Trzeba przyznać, że dość wcześnie został puszczony na głęboką wodę, gdyż już w trzeciej zawodowej walce spotkał się z późniejszym mistrzem Świata, Miguelem Vazquezem i... pokonał go po niejednogłośnej decyzji. Sam mistrzem Świata został w roku 2011 wygrywając wszystkie rundy w walce o wakujący tytuł z Matthew Hattonem. "Canelo" miał wówczas 20 lat i 7 miesięcy. Meksykanin w trwającej niemal 14 lat karierze stoczył w ringu aż 55 pojedynków, co daje średnią prawie czterech pojedynków rocznie. Wyższość przeciwnika musiał uznać tylko raz i było to w 2013 roku, kiedy to na dystansie 12 rund wypunktował go Floyd Mayweather Junior. Trzeba jednak przyznać, że kilka werdyktów było także dość kontrowersyjnych - w moim odczuciu nie wygrał z Erislandy Larą i Gennady Golovkinem, ale sędziowie byli odmiennego zdania. 


Ostatnie 5 walk:
* vs Daniel Jacobs UD12
* vs Rocky Fielding TKO3
* vs Gennady Golovkin MD12
* vs Gennady Golovkin D12
* vs Julio Cesar Chavez Jr UD12

Następna walka:
* vs Sergey Kovalev

Trzeba przyznać, że "Canelo" nigdy nie unikał wyzwań, chociaż mógł czuć się dość mocno chroniony przez swoją grupę Golden Boy Promotions. Stoczył dwie walki z "GGG" i chociaż - tak jak wspominałem - pierwszą walkę w moim odczuciu przegrał, a drugiej nie wygrał, tak w starciu z silnym Danielem Jacobsem pokazał się z bardzo dobrej strony. W kolejnym starciu przeniesie się do kategorii półciężkiej i zaatakuje "Krushera" z Rosji, Sergeya Kovaleva. Jest to bardzo dobre zestawienie dla Alvareza, gdyż Kovalev nie jest już tak mocny jak chociażby przed walkami z Andre Wardem, ale wciąż posiada duże nazwisko i pas mistrza Świata na biodrach. Wygrana w dobrym stylu może dać "Canelo" upragniony szczyt rankingu P4P...

Przejdźmy do Terence'a Crawforda. Amerykanin w ostatnich latach w moim rankingu TOP50 zajmował pierwszą lokatę. Po prostu uznawałem go za najlepszego ze wszystkich, pięściarza z kategorii geniuszy, u którego nie sposób doszukać się wad. Urodzony w 1987 roku pięściarz zadebiutował na zawodowstwie w roku 2008, mając 21 lat. Wspomniany wyżej "Canelo" w tym wieku był już mistrzem Świata. Pierwsze poważniejsze wyzwania Crawford otrzymał w roku 2013, kiedy to spotkał się z Breidisem Prescottem czy Andreyem Klimovem, a tytuł mistrza Świata zdobył na początku 2014 roku punktując w Szkocji lokalnego bohatera, Ricky'ego Burnsa. Wówczas Crawford był już jednak ułożonym i ukształtowanym, 27-letnim mężczyzną. Pochodzący z Nebraski zawodnik wciąż pozostaje niepokonany, jednak brakuje w jego rekordzie ewidentnych wyzwań. Wszyscy jego rywale prezentują wysoki poziom, ale żaden nie miał statusu gwiazdy.


Ostatnie 5 walk:
* vs Amir Khan TKO6
* vs Jose Benavidez Jr TKO12
* vs Jeff Horn TKO9
* vs Julius Indongo KO3
* vs Felix Diaz RTD10

Następna walka:
* vs Egidjus Kavaliauskas

Crawford w ringu prezentuje się wspaniale, jest geniuszem między linami, nieuchwytnym celem dla rywali. Punktuje ich niemiłosiernie, ośmiesza a finalnie zazwyczaj kończy przed czasem. Zunifikował kategorie super lekką dzierżąc wszystkie mistrzowskie pasy. Można stwierdzić, że jeszcze nigdy w ringu nie poczuł się zagrożony, niezwykle rzadko przegrywa rundy. Nie ma jednak walk z rywalami na swoim poziomie, bo choć każdy z ostatnich rywali to pięściarz bardzo dobry, to w ringu z Crawfordem tracili oni swoje walory. Crawfordowi potrzebna jest walka wyjątkowa, na szczycie, na śmierć i życie. Egis Kavaliauskas również nie powinien postawić poprzeczki zbyt wysoko i spodziewam się dość łatwej wygranej Amerykanina. I dalej Terence będzie wybitny, bez wybitnych walk...

Vasyl Lomachenko to zupełnie inna para kaloszy. Najlepszy pięściarz amatorski w historii tego sportu. Skupił się na boksie olimpijskim, zdobył dwa olimpijskie złota i mógłby już wówczas stać się pięściarzem spełnionym, jednak prawdziwy boks to zawodowy boks. Ukrainiec spróbował, pod koniec 2013 roku zadebiutował od razu na dystansie 10 rund. Pierwszą zawodową walkę stoczył w wieku 25 lat, a dotychczas do ringu wszedł zaledwie 15 razy, na swoją korzyść rozstrzygając 14 z walk. Raz przegrał w kontrowersyjnych okolicznościach z Orlando Salido. Był to ledwie drugi pojedynek Lomachenki, ale w stawce znajdował się już pas mistrzowski. "Hi-Tech" swego dopiął już w kolejnym występie, wygrywając z Garym Russelem Jr i zdobywając tytuł mistrza Świata legitymując się rekordem 1-1. Od tego czasu nie miał już z nikim żadnych problemów, wygrywając większość walk przed czasem, a czterech przeciwników z rzędu zmuszając do poddania walki pozostając na stołkach...


Ostatnie 5 walk:
* vs Luke Campbell UD12
* vs Anthony Crolla KO4
* vs Jose Pedraza UD12
* vs Jorge Linares TKO10
* vs Guillermo Rigondeaux RTD6

Następna walka:
* vs zwycięzca walki Richard Commey - Teofimo Lopez

Lomachenko na pewno w tym roku już nie zawalczy, w odróżnieniu od Alvareza i Crawforda. Będzie on czekał na rozstrzygnięcie pojedynku pomiędzy Richardem Commeyem i Teofimo Lopezem i wszystko wskazuje na to, że zmierzy się ze zwycięzcą, gdyż tylko pasa IBF, który obecnie jest w posiadaniu pięściarza z Ghany, brakuje w kolekcji Vasyla. Kiedy już wszystkie tytuły znajdą się w posiadaniu Ukraińca, z pewnością będzie on szukał jeszcze większych wyzwań w kolejnej kategorii wagowej. 

Potencjalni rywale Alvareza:
* Demetrius Andrade
* Billy Joe Saunders
* Gennady Golovkin
* Callum Smith
* Dmitry Bivol

Potencjalni rywale Crawforda:
* Errol Spence Jr
* Manny Pacquiao
* Mikey Garcia
* Keith Thurman
* Kudratillo Abdukakhorov

Potencjalni rywale Lomachenki:
* Devin Haney
* Jose Carlos Ramirez
* Jack Catterall
* Josh Taylor
* Regis Prograis

Tak jak wspominałem, Vasyl Lomachenko w tym roku już nie wystąpi, a Terence Crawford i Saul Alvarez raczej swoich walk nie przegrają. Wygląda więc na to, że ta trójka rozegra między sobą sprawę podium P4P na koniec 2019 roku. Który z nich zasługuje najbardziej?

czwartek, 1 sierpnia 2019

"Te walki im nie wyszły..." - kompromitujące występy polskich pięściarzy...

Kilka dni temu gdzieś w czeluściach facebooka wpadłem na artykuł zatytułowany "Największe kompromitacje Polaków w ringu" czy jakoś tak... Zaciekawiony wszedłem myśląc, że może wyczytam coś ciekawego, dowiem się czegoś nowego lub utrwalę w pamięci coś, co już wypadło mi z głowy. Niestety, nic z tych rzeczy. Redaktorzyna (wybaczcie, ale nie miał zbyt wiele pojęcia o tym, co pisał) wśród 10 największych kompromitujących występów polskich pięściarzy w ringu wymienił chyba z 4 walki Andrzeja Gołoty, 3 Artura Szpilki, a do tego dołożył jeszcze coś od Tomasza Adamka i... Marcina Najmana. Kompletne zero wiedzy o tym sporcie, zero pojęcia o polskich pięściarzach. Wyglądało to tak, jakby znał tylko tych kilku pięściarzy, a jednego kabareciarza dołożył dla fanu i lepszego odbioru wśród gimnazjalistów. Byłem wręcz zniesmaczony czytając te wypociny redaktorzyny (nie czuje, że rymuje), ale temat wydał mi się ciekawy i postanowiłem stworzyć swoją listę faktycznych niewypałów ringowych w osobach polskich pięściarzy. Zaczynajmy więc...


#1

Paweł Kołodziej vs Denis Lebedev

Pamiętna walka o pas mistrza Świata federacji WBA w kategorii cruiser. Niepokonany w 33 występach Kołodziej jechał do Rosji na pierwszy poważny sprawdzian z pasem mistrzowskim na szali. Wcześniej kilkukrotnie odmawiał dużych walk, więc oczywistym było, że jest się czego obawiać. No ale w sumie... rekord 33-0 może postraszyć, a na dodatek Rosjanin był po niemal 1,5-rocznej przerwie i jednej z najtrudniejszych walk w karierze, z Guillermo Jonesem. Rosyjski ring nie okazał się jednak łaskawy. Kołodziej miał oprzeć ciężar ciała na zakrocznej nodze, ale ta taktyka się nie powiodła. W pierwszej rundzie jeszcze przestraszony Polak zdołał uciec, ale w drugiej skończył na deskach po ciężkim KO zaserwowanym przez Lebedeva. Dotychczas ta porażka jest jedyną w karierze Polaka, który po tej walce wyszedł do ringu już tylko jeden raz...



#2

Andrzej Wawrzyk - Alexander Povetkin

W niemal identycznej sytuacji pierwszej i jedynej porażki doznał także pięściarz kategorii ciężkiej, Andrzej Wawrzyk. Wyhodowany, niepokonany Polak pojechał do Rosji na teren bardzo silnego rywala, Alexandra Povetkina. Dla Rosjanina pojedynek z Wawrzykiem był ostatnim testem przed starciem z Władimirem Kliczko. W Wawrzyka raczej niewielu wierzyło, gdyż już wcześniej ze słabszymi rywalami pokazywał, że jest elektryczny i nie bardzo umie znieść silny cios. W Rosji spodziewano się wielu silnych ciosów i takie też były. Wawrzyk wytrzymał o jedną rundę więcej niż Kołodziej, ale z deskami zapoznawał się przed zastopowaniem walki trzykrotnie. Kolejny raz okazało się, że hodowanie rekordów nie ma nic wspólnego z faktycznymi możliwościami pięściarza...



#3

Andrzej Fonfara - Joe Smith Jr

Swoją brzemienną w skutkach wpadkę zaliczył też Andrzej Fonfara, który w latach 2014-2015 przeżywał najlepszy okres swojej kariery. Najpierw świetnie zaprezentował się w przegranej ostatecznie walce z Adonisem Stevensonem po drodze rzucając faworyta na deski, a następnie sensacyjnie pokonał Julio Cesara Chaveza Juniora, po czym dołożył także wygraną po kapitalnej walce z Nathanem Cleverly'm. Walka z nieznanym szerszej publiczności Joe Smithem Juniorem miała być tylko kolejnym przystankiem na drodze do rewanżu ze Stevensonem lub walki z legendarnym Bernardem Hopkinsem. Walka jednak kompletnie nie potoczyła się po myśli Polaka, który został trafiony bardzo silnym ciosem już na samym początku walki. Fonfara nie zdołał się pozbierać, został ścięty po raz drugi i sędzia zastopował pojedynek jeszcze przed gongiem kończącym pierwszą rundę. Tym samym Fonfara spadł z wysokiego konia, a karierę międzynarodową zaczął robić Smith Jr.



#4 

Paweł Głażewski - Juergen Braehmer

W sumie sam nie wiem jakim cudem to właśnie Paweł Głażewski dostał szansę walki o pas mistrza Świata WBA w kategorii półciężkiej, ale tak się właśnie stało. "Głaz" w 2014 roku po serii zaledwie trzech wygranych walk pojechał do Niemiec, by zmierzyć się z niepokonanym od 6 lat Braehmerem. Polak wyszedł do ringu nieco spięty, co błyskawicznie zauważył rywal, który huknął ciosem na wątrobę całkowicie odcinając Polakowi oddech. 55 sekund walki i po wszystkim. Marzenia o tytule mistrzowskim dla Polaka pękły jak bańka mydlana. Z takiego obrotu spraw i przebiegu pojedynku zaskoczony był chyba również i Braehmer. Głażewski po tej walce całkowicie się posypał. Przegral jeszcze na polskim podwórku rewanżowe pojedynki z Maciejem Miszkinem i Bartłomiejem Grafką, zakończył karierę i został... trenerem personalnym.



#5

Przemysław Majewski - Curtis Stevens

Boksujący w Stanach Zjednoczonych pod pseudonimem "The Machine" Majewski w swoim czasie zapowiadał się na bardzo przyzwoitego pięściarza. Niestety, był chyba zbyt kruchy, co skrzętnie wykorzystał potężnie przecież bijący Curtis Stevens. Dla Stevensa walka z Majewskim była powrotem na ring po ciężkiej porażce z Gennady Golovkinem. Amerykanin chciał szybciutko wrócić na ścieżkę zwycięstw, a zastopowanie Polaka zajęło mi ledwie... 46 sekund. Warto dodać, że ponad połowę tego czasu Majewski leżał na deskach, z których podnosić musiał się aż trzykrotnie. Za trzecim razem został wyliczony. Porażka ta była na tyle dotkliwa, że Polak trenujący w Atlantic City postanowił nigdy już nie wychodzić do ringu...



#6

Przemysław Opalach - Geard Ajetović

Jedyna walka w zestawieniu, która zakończyła się na pełnym dystansie aż 12 rund. Dlaczego w takim razie kompromitacja? Cóż. Tym, którzy nie widzieli, polecam obejrzeć walkę. Ajetović to solidny journeyman, ale nikt poważny w światowym boksie. Niestety pokazał on Opalachowi, że Polak tym bardziej. Pamiętam jak ciężko oglądało się tą walkę. Z każdym gongiem i każdą kolejną rundą zastanawiałem się, co za cyrk oglądam. Opalach nie miał siły przeciwstawić się Serbowi, a ten... podtrzymywał Polaka, żeby nie upadł. Zastanawiałem się wówczas, czy czasem nie postawił pieniędzy na swoje zwycięstwo na punkty. Ewidentnie nokaut go nie interesował, bo gdyby chciał, mógłby zastopować Przemka w każdej sekundzie tej walki. Całej maskaradzie przyglądał się z bliska sędzia Leszek Jankowiak i tak w pięknym tańcu we trzech dotrwali do ostatniego gongu. Sędziowie punktowi próbowali coś ugrać dla Opalacha, jeden z nich widział trzy, drugi dwie a ostatni jedną rundę dla Polaka. Po wszystkim Ajetović przyznał, że nie miał zamiaru nokautować Polaka...



#7 

Albert Sosnowski - Martin Rogan

W 2012 i 2013 roku Albert Sosnowski znalazł się na zakręcie zawodowej kariery. Najpierw przegrał przez nokaut w 12 rundzie z Alexandrem Dimitrenko, a następnie zaledwie zremisował z facetem mającym na koncie 61 porażek. "Dragon" dla odbudowania morale postanowił wystąpić w turniejach z cyklu Prizefighter. Za pierwszym razem odpadł w półfinale po dość kontrowersyjnej przegranej z Kevinem Johnsonem, ale pół roku później przegrał już w pierwszej walce z niejakim Martinem Roganem, który... pracuje jako taksówkarz w Belfaście. Ćwierćfinał miał być spacerkiem, a w kolejnej rundzie czekał już znany Audley Harrison. Nie był to jednak ewidentnie dzień Alberta. Polak w ringu potykał się o własne nogi, nie potrafił zadać prostego ciosu, a ostatecznie... wypadł z ringu po przestrzelonym cepie. Sosnowski przegrał przed czasem, a jego występ uznano wówczas za kompromitacje. Dla Martina Rogana była to ostatnia wygrana w karierze zawodowca. Pewnie śmieje się do dziś...



#8 

Przemysław Saleta - Fred Westgeest

Cofamy się do roku 1999, kiedy to Przemysławowi Salecie przez głowę przechodziły już myśli o wielkiej walce z Andrzejem Gołotą. Na gali w Gdańsku Polak miał za zadanie rozprawić się z anonimowym Holendrem, Fredem Westgeestem legitymującym się rekordem 15-1, jednak zdecydowana większość zwycięstw osiągnięta w walkach z rywalami o ujemnych rekordach. Żaden rywal dla Salety. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna. Polak przegrał przed czasem w 6 rundzie i cofnął się w hierarchii wagi ciężkiej o dwa duże kroki. Dla Westgeesta, który w rodzinnym kraju był... murarzem, to największy sukces w karierze. Po nokaucie na Polaku Holender przegrał jeszcze dwie walki, w tym jedną o mistrzostwo krajów Beneluksu i w 2001 roku porzucił zawodowy sport.

#9

Andrzej Gołota - Lamon Brewster

Mówiąc o Gołocie, praktycznie każda jego porażka to była swego rodzaju kompromitacja. Bo jak nazwać dwie dyskwalifikacje z Riddickiem Bowe, co powiedzieć o porażce z Michaelem Grantem, czy ucieczce z ringu w boju z Mike'm Tysonem? Dla mnie jednak najbardziej spektakularna była przegrana z Lamonem Brewsterem. Pamiętam jak przeżywałem tamten pojedynek. Wierzyłem w Andrzeja, bo twierdziłem, że w dwóch poprzednich walkach został skrzywdzony. Nie zdobył pasa IBF z Chrisem Byrdem, nie zdobył pasa WBA z Johnem Ruizem, ale miał szanse zdobyć pas WBO z Lamonem Brewsterem. Był w świetnej formie, ale Amerykanin wiedział, co musi zrobić. Musiał zaskoczyć Polaka szaleńczym atakiem na starcie i wykonał plan w 100%. W 52 sekundy trzykrotnie posadził Gołotę na macie ringu i zmusił sędziego do poddania Polaka zanim ten zaczął wyprowadzać ciosy. Pamiętam smutek w głosie Andrzeja Kostyry mówiący o końcu kariery "ostatniej nadziei białych"...



#10

Artur Szpilka - Dereck Chisora

Ostatnia walka "Szpili" jest tu w zestawieniu nieco na siłę. Głównie za opowiadanie bzdur przed walkami, które później kończył nieświadom rzeczywistości. Nigdy nie rozumiałem pięściarzy opowiadających niestworzone historie przed walkami. Byłoby mi po nich po prostu wstyd. Artur sam wyzwał do walki Bryanta Jenningsa, później krzyczał w kierunku Deontaya Wildera, że ten skończy na deskach, prześmiewczo lekceważył Adama Kownackiego nazywając go grubaskiem, a przed Dereckiem Chisorą opowiadał o formie życia. Rzeczywistość okazała się brutalna i każdy wymieniony rywal kończył walkę z Arturem coraz szybciej. Brytyjczyk zrobił to już w drugiej rundzie gasząc światło Polakowi mocnym overhandem. 



#WYRÓŻNIENIE

Wyróżnienie może pójść tylko w jedne ręce. Nie, tym razem nie będzie to Marcin Najman, bo kompromitacją można nazwać każde jego wyjście do ringu. To wyróżnienie leci do Włodzimierza Letra za "walkę" z Agitem Kabayelem. W 2014 roku w opolskim "Okrąglaku" anonimowy jeszcze wówczas Niemiec tureckiego pochodzenia strzelił Letra w bebechy pierwszym ciosem, a pojedynek zakończył się oficjalnie po 12 sekundach włącznie z liczeniem sędziego. Na pocieszenie dla Letra, dziś Agit Kabayel to niepokonany mistrz Europy wagi ciężkiej, który ma na rozkładzie chociażby wspomnianego wyżej Derecka Chisorę. 

wtorek, 23 lipca 2019

Przegląd szczytu P4P.

Mamy już pierwszą połowę 2019 roku za sobą, a druga rozpoczęła się od kilku bardzo ciekawych konfrontacji. Jak doskonale wiecie, na koniec każdego roku kalendarzowego przedstawiam swoje TOP50 P4P i za każdym razem mam nie lada problem, aby poprawnie "ustawić" czołówkę. W tym roku nie będzie inaczej i widzę to już po jego połowie. Przedstawię pierwszą "10" na koniec każdego roku (począwszy od 2016) i zobaczymy, kto utrzymuje się na szczycie, a kto z niego wypadł. Sprawdzimy także, czy do bram raju puka ktoś zupełnie nowy...


A więc..
W 2016 roku czołówka wyglądała tak: Crawford, "Chocolatito", Ward a dalej Golovkin, Lomachenko, Kovalev, "Canelo", "Pacman", Rigondeaux, dziesiątkę zamknął Carl Frampton.
W 2017 roku podium to znowu Crawford, a także "GGG" i Lomachenko. Dalej znaleźli się "Canelo", Mikey Garcia, Kovalev, Usyk, Thurman, Santa Cruz i pojawił się także Anthony Joshua.
Przed rokiem pozycję lidera po raz kolejny utrzymał Terence Crawford, a na podium znalazł się także Lomachenko i "Canelo" Alvarez. Zaraz za nimi uplasowali się Usyk, Golovkin, Mikey Garcia, pojawili się także Errol Spence Jr, Naoya Inoue, dalej Anthony Joshua, a "10" zamknął Miguel Berchelt.

Jak łatwo zauważyć, karierę definitywnie zakończył tylko Andre Ward. Z czołówki wypadli Guillermo Rigondeaux, Carl Frampton, Roman Gonzalez, Sergey Kovalev, a także m.in. Manny Pacquiao. Na samym szczycie od kilku lat znajduje się natomiast genialny Terence Crawford. 

Od Crawforda zacznijmy. To niesamowity, wybitny wręcz pięściarz i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Obawiam się jednak, że w ostatnim czasie brakuje mu realnych wyzwań. Jego wygrane nad Jose Benavidezem, Jeffem Hornem czy nawet Amirem Khanem były łatwe do przewidzenia. Następnym rywalem Amerykanina ma być za to Egis Kavaliauskas, co też nie rzuca na kolana. "Bud" na pewno utrzyma miejsce w ścisłej czołówce, ale potrzebne mu realne wyzwanie, wygrana w pojedynku 50%-50%. 


Podobnie ma się rzecz z Vasylem Lomachenko. To geniusz, bez krzty wątpliwości. W ostatnim występie dość szybko rozprawił się z Anthony'm Crollą, a w sierpniu zmierzy się z Luke'm Campbellem. Ukrainiec będzie w tym starciu wyraźnym faworytem. Wydaje się, że większym wyzwaniem byłaby walka chociażby z Teofimo Lopezem.


Co innego "Canelo" Alvarez. Wciąż młody Meksykanin sukcesywnie dorzuca do swojego imponującego rekordu świetne nazwiska. W 2019 roku pokonał już Daniela Jacobsa, a na grudzień planowana jest jego walka w dywizji półciężkiej z Sergeyem Kovalevem. Ponadto jako jedyny ma na rozkładzie Gennady Golovkina. 


Oleksandr Usyk ma wszystko, by wreszcie postawić nogę na podium P4P. Zunifikował całą wagę cruiser i czeka na debiut w wadze ciężkiej. Ten jednak nie nadszedł i wciąż czekamy, jak poradzi sobie Ukrainiec w królewskiej kategorii. Ważne będzie także z kim zawalczy, kogo pokona, czy nie zaliczy wpadki. Warto by jednak podtrzymać aktywność i wychodzić do ringu przynajmniej dwa razy do roku.


Gennady Golovkin, Mikey Garcia, Anthony Joshua czy Keith Thurman to pięściarze, których łączy porażka. Porażka, która nieco zrzuci ich z piedestału. Golovkin już odbił się po przegranej z Alvarezem, ale jego przeciwnik nie posiadał znanego nazwiska. Garcia przeszarżował i wyraźnie uległ większemu Errolowi Spence'owi, Anglik zaliczył sporą wpadkę dając się zastopować mniejszemu Andy'emu Ruizowi a Thurman w ostatni weekend zaliczył pierwszą porażkę przegrywając z "Pacmanem" z Filipin. 


Po drugiej stronie barykady są właśnie Spence czy Pacquiao. Amerykanin pozostaje niepokonany, zalicza kolejne, coraz trudniejsze testy, jest bardzo pewny siebie i już ma długofalowy plan ataku na sam szczyt rankingu P4P. W najbliższej walce spotka się z bardzo mocnym Shawnem Porterem, a w 2020 roku ma plan na starcia z Pacquiao i Crawfordem. Manny'emu wielu wróżyło koniec kariery po przegranej z Mayweatherem, a później Hornem. Ten jednak, pomimo 41 lat na karku pokazał, że wciąż należy do czołówki, wygrał z Keithem Thurmanem, w przyszłym roku być może zmierzy się z Amirem Khanem lub Errolem Spence'm.


Do "10" puka kilku pięściarzy z drugiej linii. Warto przyjrzeć się Jaime Munguii. Młodziutki Meksykanin regularnie walczy przynajmniej 4-5 razy w roku, do tego posiada pas mistrzowski i stopniowo podwyższa sobie poprzeczkę. Callum Smith był niedawno przymierzany do walki Saulem Alvarezem. Wygrana w takim pojedynku z miejsca dałaby mu bardzo wysokie miejsce. Jest też Josh Warrington. Brytyjczyk zabłysnął w ostatnim roku, w zeszłym miesiącu pokonał Kida Galahada. Jeśli dołoży do tego jeszcze przynajmniej jedną wygraną w dobrym stylu, będzie sukcesywnie poprawiał swoją pozycję. Bardzo ciekawie zapowiada się finał turnieju WBSS w wadze super lekkiej, gdzie spotkają się niepokonani Regis Prograis i Josh Taylor. Zwycięzca może zakręcić się w okolicach pierwszej dziesiątki rankingu. 


Jak widać, może zrobić się dość gęsto. Ale nie ma co narzekać. Im gęściej, tym ciekawiej. To znak, że mamy możliwość i niewątpliwą przyjemność oglądać w akcji świetnych pięściarzy, a to przecież jest to, co my - kibice lubimy najbardziej. I tego się trzymajmy!

czwartek, 18 lipca 2019

Pacquiao vs Thurman czyli pojedynek doświadczenia z młodością...

Już w najbliższy weekend będziemy świadkami jednej z najlepiej zapowiadających się walk 2019 roku. Spotkają się ze sobą posiadacze pasów WBA w kategorii półśredniej. Manny Pacquiao posiada pas "Regular", natomiast Keith Thurman "Super World". Po ich walce mistrz zostanie jeden. Czego możemy się spodziewać po tej walce? Ciężko powiedzieć, gdyż to starcie ma więcej niewiadomych, niż odpowiedzi. No bo nie możemy być pewni formy Amerykanina, który w styczniu pojawił się w ringu po dwuletniej przerwie spowodowanej kontuzjami i do tego zaprezentował się średnio. W lepszej sytuacji wydaje się być "Pacman", który wygrał dwie ostatnie walki, a dodatkowo po 10-letniej przerwie udało mu się wygrać z przeciwnikiem przed czasem. Nie da się ukryć, że Thurman jest od Filipińczyka 10 lat młodszy i z pewnością silniejszy. Biorąc pod uwagę wszystkie zaistniałe okoliczności, możemy spodziewać się wszystkiego. Zresztą... jak zawsze w boksie.


Manny'ego Pacquiao przedstawiać Wam chyba nie trzeba. Jeden z najwybitniejszych współczesnych pięściarzy, a najwybitniejszy aktywnie boksujący. Mistrz Świata siedmiu kategorii wagowych, który pierwszy światowy tytuł zdobył w 1998 roku, kiedy jego najbliższy rywal miał... 10 lat. Filipińczyk na zawodowych ringach stoczył aż 70 pojedynków, z czego wygrał 61. Pierwsze sześć lat kariery przewalczył przed rodzinną publicznością, ale z biegiem czasu zaczął grać pierwsze skrzypce na ringach za oceanem. Debiut "Pacmana" w Stanach Zjednoczonych przypadł na połowę 2001 roku i była to od razu hala MGM Grand w Las Vegas, czyli dokładnie ta sama, w której w sobotę wyjdzie na przeciw Keitha Thurmana. 


Lista ofiar Filipińczyka jest niesamowicie długa, ale i bardzo obfita. Pierwszym bardzo konkretnym przeciwnikiem Pacquiao był Marco Antonio Barrera, z którym wygrał przed czasem. Kilka miesięcy później, w 2004 roku po raz pierwszy spotkał się z Juanem Manuelem Marquezem. Walka zakończyła się remisem i była początkiem pięknej historii między tymi zawodnikami. Ostatecznie Marqueza "Pacman" pokonał dwa razy, Barrerę też. Podobnie Erika Moralesa. Oprócz nich na rozkładzie Manny'ego znaleźli się chociażby Oscar De La Hoya, Ricky Hatton, Miguel Cotto, Antonio Margarito czy Shane Mosley. Wszystkich wyżej wymienionych Manny pokonał między 2008 a 2011 rokiem.


Jak już wspomniałem Pacquiao przegrywał siedmiokrotnie. Po raz pierwszy mając... zaledwie 17 lat. Pogromcą okazał się Rustico Torrecampo. Trzy lata później sytuacja się powtórzyła - Filipińczyk przegrał znowu przed czasem, znowu w trzeciej rundzie. Tym razem ze swoim rodakiem, Boonsai Sangsuratem. Kolejna przegrana była już bardziej współczesna. Zafundował ją Erik Morales w 2005 roku po bardzo wyrównanej walce. Ostatnie cztery przegrane były już stosunkowo niedawno. Porażki z rąk Tima Bradleya (2012) i Jeffa Horna (2017) były absolutnie niezasłużone, natomiast w międzyczasie Manny przegrał najważniejszą walkę w karierze, z Floydem Mayweatherem (2015) i najtrudniejszą w karierze, z Juanem Manuelem Marquezem, przed czasem (2012). 



Keith Thurman - jak już wspomniałem - jest 10 lat młodszy od swojego rywala i ma dużo mniej doświadczenia. Przy Pacquiao jednak chyba każdy ma mało doświadczenia. Amerykanin jest niepokonany w 29 pojedynkach, a karierę zawodową rozpoczął w listopadzie 2007 roku. Dokładnie w tym samym czasie Filipińczyk po raz drugi wypunktował Marco Barrerę i miał na koncie niemal 50 stoczonych wojen. "One Time" zaczął bardzo mocno. Pierwszych 9 pojedynków rozstrzygnął na swoją korzyść już w pierwszej rundzie, a do wspomnianego MGM Grand zawitał dopiero w 2010 roku wygrywając z Favio Mediną w czwartej rundzie. Od początku kariery wyróżniał się dużą siłą i nokautującym uderzeniem. 


Kariera Keitha zaczęła się na dobre ledwie 6 lat temu. W 2013 roku wygrał 12 rund z Janem Zaveckiem w eliminatorze do pasa WBO. Pasa, o który ostatecznie nigdy nie zawalczył. Od następnej walki, z Diego Chavesem Thurman jest mistrzem Świata WBA w wersji tymczasowej, a od walki z Robertem Guerrero może mianować się pełnoprawnym mistrzem. W 2017 roku w walce unifikacyjnej Keith Thurman wygrał po emocjonującej walce z Danny'm Garcią i zgarnął dwa mistrzowskie pasy WBA i WBC. Od tego jednak czasu zaczęły się problemy z kontuzjami Amerykanina. Ponad dwa lata przechodził z jednej kontuzji w drugą i powrót na ring kilkukrotnie się wysypywał. Ostatecznie w styczniu wrócił między liny w walce z Josesito Lopezem i miała to być walka na przetarcie. Przetarcie okazało się wyniszczającym starciem, ostatecznie wygranym przez Thurmana po niejednogłośnej decyzji. Po Amerykaninie było widać rdzę i długi rozbrat z ringiem. W walce z Pacquiao ma to już wyglądać lepiej, ale Filipińczyk z pewnością postawi wyższe warunki niż Lopez.


Manny Pacquiao

Wiek: 41
Wzrost: 166cm
Zasięg: 170cm
Waga: ok. 66kg
Rekord: 61 (39 KO) - 7 (3 KO) - 2
Rundy: 474
Debiut: 1995
Sukcesy:
WBA World welterweight (2018-...)
WBO World welterweight (2009-2012, 2014-2015, 2016)
WBC Diamond welterweight (2009)
WBC World lightweight (2008)
WBC World super featherweight (2008)
IBF World super bantamweight (2001-2004)
WBC World flyweight (1998-1999)

Keith Thurman

Wiek: 31
Wzrost: 171cm
Zasięg: 175cm
Waga: ok. 67kg
Rekord: 29 (22 KO) - 0 - 0
Rundy: 148
Debiut: 2007
Sukcesy:
WBA World welterweight (2015-...)
WBC World welterweight (2017)
WBA Interim welterweight (2013-2014)


Co tu się rzuca w oczy? Niemal wszystko. Doświadczenie przemawia za Filipińczykiem, który na zawodowych ringach boksuje 12 lat dłużej. "Pacman" przed czasem wygrał o 10 walk więcej niż Amerykanin stoczył wszystkich pojedynków. Pacquiao to żywa legenda tego sportu, walk o światowy czempionat stoczył więcej niż Thurman wszystkich. Niemal 500 przeboksowanych, trudnych rund robi niesamowite wrażenie. Za Thurmanem przemawia młodość, siła i warunki fizyczne. Amerykanin jest o 5cm wyższy, ma także większy zasięg ramion. Wydaje się, że może być też szybszy, w końcu Filipińczyk jest już po 40-tce. Ważna będzie dyspozycja dnia i forma, z jaką do ringu wejdzie Thurman. "One Time" w formie sprzed kontuzji będzie dla rywala bardzo niebezpieczny, natomiast obecnie jest to spora niewiadoma. Manny nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten poziom może być nieosiągalny dla Thurmana, jednak czy tak będzie, pokaże dopiero ring. 


W ringu walkę poprowadzi doświadczony sędzia Kenny Bayless. Jest on arbitrem ringowym od 1992 roku, prowadził wiele walk na najwyższym poziomie sportowym. Był trzecią osobą w ringu przy aż 10-ciu pojedynkach Manny'ego Pacquiao. Osiem z tych walk Filipińczyk wygrał. Źle może się Filipińczykowi kojarzyć tylko z dwóch ważnych walk, przegranej przez piekielny nokaut z Marquezem i przegranej z Floydem Mayweatherem. Dla porównania - raz pracował przy Thurmanie. Sędziował wygraną walkę z Robertem Guerrero. Sędziowie punktowi to Dave Moretti, Glenn Feldman i Tim Cheatham. Dokładnie taka sama trójka punktowała ostatnią walkę "Pacmana", wygraną z Adrienem Bronerem. Moretti podobnie jak Bayless przy walkach Filipińczyka pracował dziesięciokrotnie. Wypunktował m.in. przegraną Manny'ego w walkach z Erikiem Moralesem (113-115) czy Floydem Maywetherem (110-118). Glenn Feldman punktował jego walki cztery razy, m.in z Mayweatherem (112-116) czy Jessie Vargasem (118-109). Ostatni z sędziów, najmłodszy i najmniej doświadczony, punktował tylko ostatnią walkę Pacquiao, z Bronerem (116-112). 
Czym może odpowiedzieć Thurman? Praktycznie niczym. Dave Moretti punktował wspomnianą walkę z Guerrero (118-109). Pozostali sędziowie Keitha Thurmana nie znają.
Manny Pacquiao także doskonale zna halę MGM Grand. "One Time" ma kilkukrotnie mniejsze doświadczenie w tej kwestii.


Wszystkie te dane składają się na przewagę Pacquiao, ale wcale nie musi to być wyznacznik. "Pacman" ze swoimi 70 pojedynkami zawodowymi bije na głowę praktycznie wszystkich swoich rywali. Walka może potoczyć się w różnoraki sposób. Wydaje mi się, że większość w tym starciu będzie zależeć od samego Thurmana i jego dyspozycji w sobotę. Jeśli pokona Filipińczyka, wróci do wielkiej gry, jeśli natomiast polegnie, będzie mu już bardzo ciężko wrócić na właściwe tory. To musi być emocjonujący pojedynek. Czy może zakończyć się przed czasem? Ciężko mi sobie to wyobrazić. Pewne jest, że kariera Manny'ego się kończy i on nie może sobie już pozwolić na przegrane i każda najbliższa jednoznaczna będzie z zakończeniem tej pięknej przygody z boksem. Thurman ma oczywiście siłę, by rzucić Filipińczyka na deski, ale raczej spodziewałbym się tu walki na pełnym dystansie. I tak jak pisałem, Keith w dobrej formie może wypunktować Pacquiao, ale paradoksalnie szybszy i bardziej zdeterminowany może być Pacquiao i to on przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę zadając jednocześnie Amerykaninowi pierwszą porażkę w karierze...

wtorek, 2 lipca 2019

Za wysokie progi na Sulęckiego nogi...

Opadł już nieco kurz, a wraz z nim emocje związane z sobotnią walką Macieja Sulęckiego o tytuł mistrza Świata federacji WBO w wadze średniej. Jak doskonale wiemy, Polak szansy nie wykorzystał, a amerykański rywal pokazał naszemu rodakowi, ile jeszcze przed nim pracy, aby wejść na poziom, na którym Sulęcki bardzo chciałby być. Walka z Demetriusem Andrade była pierwszą mistrzowską próbą Sulęckiego i wygląda na to, że - przynajmniej na jakiś czas - ostatnią.
Niepokonany na zawodowych ringach Amerykanin zabrał Maćka do szkoły i zrobił szybki sprawdzian, który Maciek niestety oblał. Idąc dalej nomenklaturą szkolną, Polak zapomniał odrobić lekcji i na tle perfekcyjnie przygotowanego "Boo Boo" wyglądał jak pierwszoklasista przy tablicy. Próbował, ale żadne z odpowiedzi Polaka na pytania zadane w ringu przez czarnoskórego nauczyciela nie były skuteczne i trafne. Nie do końca pomagał też człowiek, który stał tuż za Maćkiem, a mianowicie trener Piotr Wilczewski. Zarówno dla Maćka, jak i dla Piotra była to sroga lekcja, która pokazała, że na obecną chwilę dla obu progi, na których znaleźli się w sobotę, są za wysokie...


Zacznijmy od początku. Wydaje mi się, że Sulęcki po ogłoszeniu walki z Andrade i podpisaniu kontraktów uwierzył, że walka wygra się sama. Opowiadał, że doczekał się w końcu szansy, na jaką zasługuje, że wreszcie jest tam, gdzie jego miejsce itd. Nie ma wątpliwości, że wspólnie z Wilczewskim ciężko trenowali i Maciek ostatecznie złapał formę, ale na tym poziomie nie jest to jedyny wyznacznik i gwarant sukcesu. Oprócz ciężkiej pracy liczy się także talent, a talent pokazał Demetrius Andrade, nie Maciek. Na konferencjach prasowych Sulęcki mówił, że ma zamiar między linami dobrze się bawić i odebrać pas rywalowi, bo na niego nie zasługuje. 36 minut w ringu pokazało jednak coś zupełnie innego. Jedynym, który bawił się w ringu był przeciwnik. I bawił się świetnie, niejednokrotnie więc ośmieszając Polaka. "Striczu" padł na deski już po minucie walki i jak sam później opowiadał, zupełnie nie wiedział, skąd nadszedł cios. Sulęcki od pierwszego gongu został stłamszony i wyciągnięty na poziom, na którym nigdy nie był. I Polak się pogubił. Plany B, C, D i E okazały się fikcją, bo Maciej nie zrobił kompletnie nic, aby w jakikolwiek sposób spróbować zaskoczyć Andrade. Trener Wilczewski również wyglądał na zestresowanego, bo momentami nie wiedział co ma podpowiedzieć swojemu zawodnikowi. A koncert Amerykanina trwał w najlepsze. Oglądając walkę, miałem wrażenie, że "Boo Boo" nie chciał skończyć walki przed czasem, a systematycznie rozmontowywać Polaka i ośmieszać od początku do samego końca. Liczenie w inauguracyjnej rundzie plus dwanaście rund dominacji mogło dać tylko jeden, właściwy i sprawiedliwy wynik. 120-107 dla Andrade u wszystkich sędziów. Demetrius pokazał Maćkowi, że pas WBO jest jak najbardziej na właściwym miejscu. 


31-letni pięściarz z Providence pozostaje niepokonany. Dzięki walce z Sulęckim dał się poznać większości kibiców w Polsce. Dał się poznać ze znakomitej strony, jako pięściarz niezwykle pewny swoich nieprzeciętnych umiejętności, ze stylem niewygodnym absolutnie dla każdego. Podejście do Amerykanina miało tylko dwóch rywali. Vanes Martirosyan i Jack Culcay, którzy urwali mu kilka rund, a wynik tych walk był niejednogłośny. Przypominam, że Jack Culcay to zawodnik, z którym jednogłośnie zwyciężył także Sulęcki, jednak Andrade spotkał się z nim w Niemczech, a Sulęcki w amerykańskim debiucie Niemca. 

Co może teraz czekać Sulęckiego? Nie ma co ukrywać, że oddał ważną walkę bez walki. Plan taktyczny nie wypalił, a plan rezerwowy nie istniał. Może to za dużo powiedziane, ale w moim odczuciu zawiódł także trener Wilczewski. 40-letni szkoleniowiec chyba spanikował, rady w narożniku były strzelany jak z karabinu maszynowego, nie wszystko trafiało do Sulęckiego. Polak popełniał proste, szkolne błędy, a trener nie zwracał na nie uwagi. Wyglądało to tak, jakby wszyscy spanikowali. Szkoda, że stało się to w tak ważnym pojedynku. "Striczu" wypadł po tej walce ze ścisłego obiegu. Wygrana nad Andrade miała gwarantować Polakowi walkę z Saulem Alvarezem lub Gennady Golovkinem. Teraz o takim poziomie Polak może zapomnieć. Potrzebne będą 2-3 walki na odbudowanie. Najważniejsze, żeby Sulęcki kontynuował karierę na terenie USA. Jest kilku zawodników, z którymi mógłby powalczyć i wygrać. Brandon Adams, Luis Arias czy też trochę mocniejsi Sergey Derevyanchenko, Rob Brant czy David Lemieux. 


Na koniec pytanie, a które odpowiedzi nie uzyskamy już nigdy. Czy Andrzej Gmitruk w narożniku dałby radę coś w tej maszynie zmienić? Nie ma co gdybać, ciężko cokolwiek powiedzieć w tej chwili. Wydaje się, że przygotowania Maćka poszły w całości zgodnie z planem. Zaszwankowały zwłaszcza komunikaty już w trakcie walki. Piotr Wilczewski nie udźwignął presji, co z pewnością nie zdarzyłoby się doświadczonemu Gmitrukowi. Inna kwestia, czy ten nokdaun z pierwszej rundy nie ustawił dalszej walki. Brakowało mi wprowadzeniu spokoju w narożniku, celnych rad i ewentualnie podjęcia ryzyka w odpowiednim momencie. Nie pomagał w tym jednak Andrade. Perfekcyjnie przygotowany, prezentujący znakomity, mistrzowski poziom "Boo Boo"...

niedziela, 16 czerwca 2019

Kompromitacja policjanta!!!

To będzie krótki tekst! Krótki, ale dosadny, bo to co stało się wczorajszego wieczoru na łotewskim ringu przechodzi ludzkie pojęcie i ciężko się do tego odnieść w sposób mało impulsywny. Oficjalnie Krzysztof Głowacki przegrał przez TKO w trzeciej rundzie z Mairisem Briedisem w półfinale World Boxing Super Series, a nieoficjalnie... mamy po prostu spory skandal, o którym mówić będziemy jeszcze długo...


Walka trwała niecałe 400 sekund, a w tym czasie wyprawiały się w ringu nieprawdopodobne rzeczy. Zaczęło się w drugiej rundzie, kiedy to Polak w zwarciu faktycznie uderzył rywala w tył głowy, ale odpowiedź Łotysza była natychmiastowa i absolutnie fatalna. Silne uderzenie łokciem, kontrolowane uderzenie łokciem, z premedytacją ścięło Głowackiego z nóg. I co wówczas? Doświadczony, lecz już wiekowy sędzia Robert Byrd powinien przerwać tę walkę. Co mógł zrobić więcej? W moim odczuciu powinien upomnieć Głowackiego, a Briedisowi kategorycznie odjąć przynajmniej punkt. Nie zrobił nic! Mało tego, komenda "get up" w stronę Polaka sugeruje, iż Byrd uznał reakcję Krzysztofa za symulowanie. Po prostu kazał mu wstawać i walczyć dalej. Widać było, że ten nielegalny cios zrobił spustoszenie w głowie Krzyśka, a przynajmniej wyprowadził go z równowagi zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Później akcja potoczyła się szybko. Polak poszedł na wymianę, został podłączony i padł na deski. Czy "elektryczność" Głowackiego była pokłosiem łokcia? Oczywiście, że tak. "Główka" nie dostał czasu na dojście do siebie i skończyło się nokdaunem. Nasz zawodnik wstał na nogi, lecz kiedy sędzia skończył go liczyć, na zegarze widniało 8 sekund do końca rundy. Panowie poszli na wymianę i chwilę później zabrzmiał gong. Długi gong. Głośny gong. Słyszeli go wszyscy, oprócz sędziego. Słyszał Kalle Sauderland, słyszał narożnik Briedisa, słyszał Głowacki i słyszał sam Łotysz. Jednak walka trwała dalej. I Krzysiek, zamiast mieć minutę na odpoczynek, musiał przyjmować kolejne ciosy rywala, aż w końcu po raz drugi padł na deski. Absurdem jest fakt, iż Byrd kolejny raz liczył Polaka, pomimo iż na ring wpadł sekundant Briedisa, a z pierwszych rzędów supervisorzy pokazywali sędziemu, że już dawno trwa przerwa. Mało tego, amerykański sędzia miał ochotę po drugim liczeniu puścić walkę dalej...


Kiedy w końcu pozwolono Krzyśkowi usiąść na krześle na swoją minutę, okazało się, że przerwa trwała już od czasu gongu, tak więc runda została przedłużona łącznie o 20 sekund, a przerwa trwała dokładnie o tyle krócej. Absurd, kompromitacja. Kiedy Krzysiek wychodził do trzeciej rundy, mówiłem, że powinien absolutnie zostać już na krześle, że to nie ma sensu. I stało się, tak jak się stało. Wystarczyło 30 sekund, a silny Łotysz powalił po raz kolejny Głowackiego, a sędzia podjął pierwszą dobrą decyzję w tej walce i ją zastopował. 

Walka trwała krótko i wyglądała tak, jak zdecydowanie nie powinna. To była żenada na ringu w Rydze, o której jeszcze wczoraj wypowiedział się bokserski świat. Przeważały komentarze, że tak nie powinien wyglądać półfinał intratnego turnieju. Że Polak został wręcz obrabowany z walki, obrabowany z marzeń. Że długie miesiące ciężkich przygotowań poszło na marne. Ciężko wyobrazić sobie, co teraz kołacze się w głowie polskiego pięściarza. 


Co działo się po walce? Absurdy goniły absurdy. Mairis Briedis jeszcze w ringu powiedział, że cios łokciem wynikał z przyzwyczajenia do tajskiego boksu (!!!), a gong kończący drugą rundę oczywiście słyszał, jednak widział podłączonego Polaka i postanowił się nie zatrzymywać (!!!). Co najmniej optymistyczne w tym wszystkim, organizator gali Kalle Sauerland w ogóle nie widzi podstaw do wniesienie protestu ze strony polskiej, gdyż... To nie wina Briedisa, lecz sędziego Byrda (!!!) Oczywiście nie zamierza w żaden sposób ukarać sędziego, bo to... bardzo doświadczony sędzia i w tumulcie, jaki panował na hali mógł przecież nie słyszeć gongu (!!!) 
No faktycznie KUR#A, zero kontrowersji...

Andrzej Wasilewski wypowiedział się na gorąco, że zrobi wszystko, aby unieważnić wynik tej walki, a na szybko ma do tego przynajmniej trzy powody - łokieć, runda dłuższa o 20 sekund i wtargnięcie w trakcie walki osoby ze sztabu przeciwnika. Czy jednak ktoś wierzy, że protest może zostać uznany? Praktycznie nie ma na to szansy. To jest turniej. Tu wszystko musi się zgadzać, musi działać jak w szwajcarskim zegarku. Wyłoniono pierwszego finalistę Yuniela Dorticosa i potrzebny mu jest partner do finału. Gdyby walka Briedisa z Głowackim miała zostać powtórzona, odbyłaby się najwcześniej za jakieś 3-4 miesiące. Później następne 5-6 miesięcy do finału, co przedłużyłoby przerwę Dorticosa do niemal roku... 


Kilka krótkich zdań, które przychodzą mi na myśl, jako podsumowanie tej farsy. Pierwsza jest banalnie prosta i życiowa. Mairis Briedis jest na Łotwie osobą niezwykle popularną, szanowaną. Jest bohaterem, wręcz celebrytą, żywą reklamą kraju. I wreszcie urzędnikiem nadzoru publicznego, POLICJANTEM, a więc osobą, do której powinno się mieć zaufanie. Na swoim ringu wczorajszego wieczoru pokazał jednak, że jest bokserskim bandytą. Człowiekiem zupełnie innym, niż się go uważa. Osobiście nazwałbym go zwykłym oszustem i frajerem, który swoim zachowaniem zabija istotę tego pięknego sportu. A cała ta farsa, która się wczoraj na naszych oczach dokonała, gdzie głównymi aktorami zostali sam Briedis oraz sędzia Robert Byrd, a aktorem drugoplanowym Kalle Sauerland sprawia, że sport, który ma wielkie tradycje, przestaje być sportem w swojej istocie, a zaczyna być biznesem odstrzela "mniejszych". Finał Briedisa z Dorticosem sprzeda się świetnie, bo to półfinaliści pierwszej edycji. Krysiek Głowacki po prostu tam nie pasował. 
Na koniec nieco prześmiewczo powiem, że wszyscy obawiali się, że Krzysztofa skrzywdzi sędzina punktowa Adelaide Byrd, ale kompromitacji tej Pani postanowił oszczędzić jej mąż biorąc na siebie całą odpowiedzialność za to, co widzieliśmy. Piękna sprawa. Postawa godna pochwały, Panie Byrd.

I tylko szkoda, że padł mit talizmanu Krzyśka w postaci siedzącego pod ringiem Andrzeja Wawrzyka... Krzysiu! Wróć silniejszy!

piątek, 14 czerwca 2019

World Boxing Super Series II - waga junior ciężka - typy na półfinał!

Już w zbliżającą się wielkimi krokami sobotę oczy pięściarskich kibiców skierowane będą na Rygę. Właśnie w stolicy Łotwy dojdzie do dwóch arcyciekawych (również z naszego punktu widzenia) starć półfinałowych intratnego turnieju World Boxing Super Series w kategorii cruiser. Ta kategoria interesuje nas najbardziej, bo od dawna uznawana jest za najbardziej "polską". I również w półfinałach WBSS mamy swojego reprezentanta, który walczyć będzie o swoją karierę, wielką kasę i tytuły. 

Mairis Briedis - Krzysztof Głowacki

Polak staje przed wielką szansą, która jednocześnie jest także ogromnym wyzwaniem. Briedis to jedyny pięściarz, który półfinałowy bój stoczy przed własną publicznością i biorąc pod uwagę fakt, iż pozostająca w turnieju czwórka prezentuje bardzo wyrównany poziom, może być właśnie jego tajną bronią. Łotysz jest także faworytem bukmacherów, a także półfinalistą pierwszej edycji turnieju WBSS, gdzie odpadł dając najtrudniejszy pojedynek w karierze uznawanemu za jednego z najlepszych pięściarzy świata bez podziału na kategorie wagowe Oleksandrowi Usykowi. Po drugiej stronie ringu stanie Krzysztof Głowacki. Niezwykle zmotywowany Polak zapowiada, że ściany nie pomogą gospodarzowi, a on zostawi między linami serce, aby wręcz wyrwać awans do ścisłego finału. "Główka" zapowiada formę lepszą, niż przed legendarną już, zwycięską walką z Marco Huckiem, jednak to i tak nie musi wystarczyć na Briedisa. Panowie mają podobne warunki fizyczne i podobne doświadczenie. Mierzyli się także z podobnej wartości przeciwnikami. Punktem wspólnym obu zawodników jest wspomniany Usyk, który jest autorem jedynej porażki w rekordzie zarówno Łotysza, jak i Polaka. Obaj walczyli z Ukraińcem przed własną publicznością i w tym korespondencyjnym pojedynku lepiej wypadł Mairis. Teraz też to Mairisowi sprzyjać będzie i ring i publika, więc tym cięższe zadanie czeka Głowackiego. Co ciekawe, pięściarze powalczą w sobotę o dwa pasy mistrzowskie WBO i WBC. Pierwszy z pasów do ringu wniesie Polak, drugi zaś jest wakujący i zdobędzie go zwycięzca. Zwycięzca będzie jednocześnie finalistą turnieju i - zaryzykuje tezę - faworytem tego finału. Niech wygra lepszy. Na Łotwie Mairis Briedis jest lokalnym bohaterem, z drugiej jednak strony Polska czeka na wielki sukces na arenie międzynarodowej i kibice bardzo liczą na dobry występ Krzyśka. Obyśmy byli świadkami wielkiej, zwycięskiej walki Polaka, jednak na punkty wygrać będzie niezwykle trudno.


Typ: Briedis na punkty.

Notowania:
Briedis: 60%
Głowacki: 40%


Yunier Dorticos - Andrew Tabiti

W drugim półfinale, który rozegra się bezpośrednio przed w/w walką spotkają się kolejny półfinalista ubiegłej edycji WBSS Yunier Dorticos oraz jedyny niepokonany jeszcze w stawce, jednak najmniej doświadczony Andrew Tabiti reprezentujący USA. Tutaj nieznacznym faworytem wydaje się być większy i silniejszy Kubańczyk, jednak nie można skreślać Amerykanina, który dysponuje lepszą szybkością i wcale nie słabszym uderzeniem. Tabiti - jak wspomniałem - nie zna jeszcze uczucia porażki, a z takimi zawodnikami walczy się niezwykle ciężko. Dorticos raz już przegrał, było to we wspomnianym półfinale pierwszej edycji WBSS, kiedy to po znakomitej walce na wyniszczenie uległ na sekundy przed końcem 12-tej rundy Muratowi Gassievowi. Obaj Panowie stoczyli w ćwierćfinale ciężkie boje. Dorticos długo męczył się z Mateuszem Masternakiem, ale ostatecznie był o te 1-2 rundy lepszy, natomiast Tabiti na ciężkim terenie w Rosji równie nieznacznie pokonał Ruslana Fayfera. W tej konfrontacji widoczna już będzie dysproporcja warunków fizycznych. Dorticos jest sporo wyższy, ma także większy zasięg rąk, z czego - jak wiemy - potrafi robić użytek. Bije też bardzo mocno o czym świadczy procent wygranych przed czasem. Zapewniam jednak, iż lekceważenie Amerykanina może zdziwić. To twardziel, dobrze porusza się po ringu, będzie niebezpieczny w każdej sekundzie tego boju. Kubańczyk słabiej zaprezentował się w pojedynku z Mateuszem Masternkiem, być może nie będzie już w stanie być tak niebezpieczny jak w pojedynkach z Kalengą czy Kudryashovem. Może mieć także problemy kondycyjne. Jest trzy lata starszy od swojego rywala. Istnieje opcja, że Tabiti wykona to, czego nie dał rady zrobić Masternak i w końcowych rundach przechyli szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W stawce tej walki pas IBF Interim.


Typ: Tabiti na punkty.

Notowania:
Dorticos: 45%
Tabiti: 55%