wtorek, 15 maja 2018

"Czasówki" w Wałczu - podsumowanie gali...

Wypowiedzieli się już niemal wszyscy, więc zostałem tylko ja. Kurz opadł, można wypowiedzieć swoje kilka zdań. Za Nami debiut nowego projektu - Knockout Boxing Night - edycja 1. Na wstępie powiem, że trochę śmieszne są już te "Boxing Najty". Naprawdę nie dało się wymyślić czegoś INNEGO? Nieważne...
Projekt oczywiście Pana Andrzeja Wasilewskiego, więc zawodnicy Pana Andrzeja Wasilewskiego. Mam wrażenie, że po kilku tłustych latach, zaczynają się właśnie dla ów Pana lata chude, co ma odzwierciedlenie właśnie w kolejnym "Boxing Najcie". Ale żeby nie być - po raz kolejny - typowym hejterem, powiem że gala obroniła się przede wszystkim nokautami. Bo gdybyśmy znów widzieli nudne widowiska na pełnym dystansie, wygrywane przez rodzimego zawodnika zazwyczaj w stosunku 80-72 czy 60-54, przełączyłbym na inny kanał. 


Do rzeczy. Czasówki to coś, co kibice lubią chyba najbardziej. Jeszcze lepiej jak zdarzają się po świetnej bitce, wyrównanej walce. Do Wałcza niestety nie przyjechał żaden solidny pięściarz, który miałby chociażby szanse na sprawienie niespodzianki i zaskoczenie któregoś z Polaków. Tym razem z egzotyki mieliśmy do obejrzenia Białorusina, który wygrał dwa razy w ostatnich 10 występach, Gruzina, który wygrał trzy razy w ostatnich 17 występach i... Santandera Silgado. 

Ale po kolei. W pierwszej kolejności do ringu wychodziły jakieś młode "wilczki" grupy Knockout czyli Dmytro Bereznii i Maxim Hardzeika, odpowiednio z Ukrainy i Białorusi. Swoje walki wygrali, podobnie jak nieodgadniony diament, czyli Konrad Dąbrowski. Swój pojedynek z mocno już porozbijanym Krzysztofem Rogowskim wygrał także Timur Kuzakhmedov. Koniec komunikatu.

Następnie w ringu pojawił się Przemysław Runowski, który niewątpliwie dużym talentem jest, ale nie potrafi tego pokazać między linami. To jest przykład zawodnika, któremu wychodzi na treningach i sparingach, a nie potrafi tego przełożyć na walkę. Jego starcie z Sergeyem Gulyakevichem do najładniejszych nie należało. Przemek męczył się z zawodnikiem, z którym spocić się nie powinien. Przed walkami otwarcie zapowiada nokauty, a później nie ma to odzwierciedlenia w ringu. Gulyakevich to mocno rozbity zawodnik i tutaj powinno się zakończyć jego karierę. Tymczasem Runowski wygrał bardzo niewyraźnie. Koniec końców przez dyskwalifikacje, ale to mu tym bardziej chluby nie przynosi. Jeden z sędziów po siedmiu rundach punktował 67-65. Runowski przymierzany jest do Michała Syrowatki, ale jak się spojrzy na ostatnie występy "Kosiarza" to być może w takim starciu będzie zmuszony zastąpić zero w rekordzie jedynką. Kubeł zimnej wody na głowę tego zdolnego pięściarza.


Świetnie pokazał się natomiast nowy nabytek grupy i podopieczny trenera Łapina, jego imiennik urodzony na Ukrainie, Fiodor Cherkashyn. Obchodzący w styczniu 22 urodziny chłopak znakomitym ciosem na wątrobę zastopował doświadczonego Daniela Urbańskiego już w pierwszej odsłonie. Co ciekawe, dla Polaka była to już 24-ta porażka, jednak nikt nigdy nie skończył go szybciej. Mamy do czynienia z dużym talentem, któremu trzeba systematycznie podnosić poprzeczkę. Mam jednocześnie nadzieje, że promotorzy nie będą chcieli wcisnąć Cherkashyna pod klosz, jak robili to niegdyś z Jonakiem czy Wawrzykiem, bo szkoda czasu na hodowanie rekordów. Warto przyglądać się temu pięściarzowi. To chyba największy plus gali w Wałczu.


Markowi Matyi trafił się wspomniany na początku Gruzin. Georgi Beroshvili to facet, który w przeciągu 6 lat zawodowej kariery stoczył 57 pojedynków. Łatwo wyliczyć, że wchodził do ringu praktycznie co miesiąc. Mamy połowę maja, a był to jego już piąty tegoroczny występ. Ma na koncie 24 porażki. Tą 24-tą zafundował mu Matyja, który tym samym wrócił po remisowej walce z Darkiem Sękiem. Nie będę się już pytał, jaki jest sens ściągania takich pięściarzy do takich miast jak Wałcz, to sprawa (a raczej problem) organizatorów. Szkoda mi Marka Matyi bo to naprawdę kawał zawodnika, a przychodzi mu się kompromitować w takich przedstawieniach. Tak, proszę Państwa. To jest również kompromitacja pięściarza, kiedy to promotorzy podsuwają mu rywala z łapanki. Oznaka braku szacunku. Dla Marka dobry byłby rewanż z Sękiem, albo inna ciekawa walka z Polakiem dla uratowania kariery, bo jak tak to ma teraz wyglądać, to pora to chyba kończyć. A byłaby to wielka szkoda, wszak Matyja jest w bardzo dobrym wieku dla pięściarza i jeszcze - oby - sporo przed nim...

Paweł Stępień to kolejny wygrany show organizowanego w Wałczu. Od początku wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z zawodnikiem klasowym, ale Paweł (w przeciwieństwie np. do Przemka Runowskiego) za każdym razem to udowadnia. Widać u niego głód boksu, ogromną - nawet przerośniętą - ambicje, a także dużą pracę wykonaną na treningach z Andrzejem Gmitrukiem. W pojedynku z Michałem Ludwiczakiem pokazał trzecie z rzędu klasyczne KO, co nie zdarza się często. Od początku kontrolował walkę, a w czwartej rundzie wyprowadził soczysty cios na wątrobę. Nie było co zbierać. Stępień ma wystąpić na gali w Rzeszowie już za kilka tygodni, więc rywal na pewno nie będzie mocny, ale warto zastanowić się już, czy nie podnieść poprzeczki dla Pawła. Przydałoby się w jego rekordzie jakieś chociażby rozpoznawalne nazwisko. On już jest gotów.


Jak Wałcz to musiał być przecież Krzysztof Głowacki. To dla niego wypełniła się hala. Wałcz to małe miasto, Krzysiek jest tam ikoną i takie było pewnie założenie organizatorów. Ściągniętego Santandera Silgado zapowiadano jako byłego pretendenta do mistrzowskiego tytułu, jednak każdy kto chociażby minimalnie zna się na boksie, wiedział, że to kurtuazyjne gadki. Głowackiego przed siłą Kolumbijczyka przestrzegał jeszcze Krzysio Włodarczyk, a ten przyjezdny z daleka Pan wytrzymał stojąc na nogach dokładnie 111 sekund. Z pozoru niegroźny cios "Główki" okazał się nie do ogarnięcia dla Silgado i walka wieczoru skończyła się, zanim się zaczęła. Krzysiek opowiadał, że wróciła mu siła ciosu, że jest zadowolony, ale widać było niesmak, bo tak naprawdę sam nie dowiedział się niczego o swojej formie przez tak krótki czas. W Wałczu się jednak pokazał, zaliczył jubileuszową, 30-tą wygraną i może optymistycznie patrzeć w przyszłość. Duży pojedynek ma nadejść, ale czy tak się stanie? Tego nie wie nikt...


Na koniec pytanie. Być może retoryczne. Jak to jest, że Pan Andrzej Wasilewski, facet, który nie tak dawno miał w garści cały polski boks, dyktował trendy, wyznaczał granice i organizował całkiem niezłe widowiska, tak drastycznie spadł z piedestału? Czy teraz grupa Knockout i ich "Boxing Najty" to będzie cyrk objazdowy po rodzinnych miejscowościach prospektów? Tak teraz ściąga się kibiców na boks? Przypominam, że niepokonany prospekt Przemek Runowski pochodzi z Damnicy. Jest to wieś położona koło Słupska, posiadająca niewiele ponad 5 tysięcy mieszkańców. Tam też odbędzie się gala boksu, podczas której w walce wieczoru wystąpi "Kosiarz"? 
Pozostawię to wszystko bez odpowiedz i do zastanowienia. Na koniec zapytam jeszcze inaczej. Jak to jest, że wyśmiewany przez wszystkich Marcin Najman zapełnia Stadion Narodowy, kontraktuje duże nazwiska? Czy to nie wstyd dla takiej grupy jak Knockout Boxing Promotion?


sobota, 12 maja 2018

Linares vs Lomachenko czyli pięściarski kosmos...

Co to będzie za walka!!! Oczywiście ciężko sobie wyobrazić sytuacje, w której genialny Vasyl Lomachenko przegrywa pojedynek, ale kto miałby go pokonać, jeśli nie znakomity 32-latek z Wenezueli? Trudno tu cokolwiek przewidywać, bo walka takich kozaków może potoczyć się w każdy możliwy sposób. Oboje mają swoje atuty, oboje mają możliwości, aby zakończyć walkę przed czasem, ale i oboje mogą zaciekle bić się przez 36 minut. W stawce znajdzie się pas mistrza Świata federacji WBA w kategorii lekkiej należący od września 2016 roku do Linaresa.



Jorge Linares to piekielnie trudny zawodnik do pokonania. Oczywiście w jego rekordzie są trzy skazy i wszystkie te walki Wenezuelczyk przegrał przed czasem, ale każdą z nich można uznać za wypadek przy pracy. Zacznijmy jednak od początku. Linares nie zajmował sobie czasu boksowaniem po amatorsku, gdyż bardzo szybko postanowił przejść na boks zawodowy. Zadebiutował mając 17 lat i 4 miesiące i od razu pokazywał na co go stać. Prowadzący od początku swoją karierę w kraju Kwitnącej Wiśni "Golden Boy" w pierwszym roku swoich startów zanotował aż osiem zwycięstw, kończąc tą serię świetną wygraną nad byłym mistrzem Świata, Hugo Soto. Co ciekawe, Linares już w piątej zawodowej walce boksował na dystansie 10 rund. 



Walka z Soto była jednocześnie debiutem na swojej ojczystej ziemi. W 2005 roku Jorge po raz pierwszy znalazł się na deskach, ale to nie przeszkodziło mu wygrać starcie z Jeanem Sotelo przez nokaut w drugiej rundzie. W dalszym ciągu Wenezuelczyk był bardzo aktywny. Do ringu wchodził nawet 5-6 razy do roku. Po pięciu latach od debiutu Linares doczekał się pasa mistrzowskiego. W amerykańskim debiucie wygrał przed czasem z Oscarem Lariosem zdobywając pas WBC wagi piórkowej. W tym samym roku po ciężkim pojedynku pokonał jeszcze Gamaliela Diaza. Wpadka przyszła nieoczekiwanie w Japonii, kiedy to w zaledwie 73 sekundy dwukrotnie zapoznał się z deskami i przegrał walkę z Juanem Carlosem Salgado tracąc pas. 



Linares wrócił szybko i nie szukał walk na przetarcie. Ponownie wszedł na mistrzowski poziom wygrywając m.in. z Rocky'm Juarezem czy Jesusem Chavezem kończąc karierę tego drugiego. Druga szansa zdobycia tytułu - tym razem w dywizji lekkiej - nie okazała się udana. Linares toczył kapitalny pojedynek z faworyzowanym Antonio DeMarco, jednak dał się złapać w 11 rundzie i przegrał przed czasem pomimo prowadzenia na kartach wszystkich sędziów. W następnej walce już w drugiej rundzie uległ Sergio Thompsonowi i wydawało się, że popadnie w przeciętność. Nic bardziej mylnego. Był rok 2012 i zarazem ostatnia porażka Wenezuelczyka w ringu.



Od tego czasu "Golden Boy" wygrał 13 razy z rzędu. Szybko dobił się do walk eliminacyjnych, pokonał w eliminatorze Nihito Arakawę, a pod koniec 2014 roku po raz kolejny mógł mianować się mistrzem Świata. Prawdziwą bombą była jednak walka z Kevinem Mitchellem, znakomitym pięściarzem z Wielkiej Brytanii. Linares pojechał na teren wroga, leżał na deskach, przegrywał na kartach, ale rozbił i pokonał w 10 rundzie faworyta zyskując szacunek na całym świecie. W 2016 roku znów jechał na wyspy do faworyzowanego Anthony'ego Crolli, ale Anglicy po raz kolejny się przeliczyli. Linares dwukrotnie pokonał Crollę broniąc pasa WBA i zdobywając WBC Diamond. Od tego czasu był już uznawany za najlepszego pięściarza tego limitu. W dwóch ostatnich występach w USA Wenezuelczyk świetnie wyglądał w ringu z mistrzem Olimpijskim, Lukiem Campbellem i solidnym przecież Mercito Gestą. Teraz jednak na jego drodze stanie ktoś niezwykły...




Mianowicie Vasyl Lomachenko, który - w przeciwieństwie do "Japończyka" karierę amatorską miał bardzo bogatą. Nie będą przesadą słowa, że Lomachenko to najwybitniejszy amator w historii. Karierę amatorską zakończył z kosmicznym rekordem 396 wygranych przy tylko jednej przegranej. W międzyczasie zdobył tytuł mistrza Olimpijskiego w Pekinie i Londynie. 



Na zawodowstwo przeszedł w 2013 roku z jasnym celem swoim i promotora. Miał zagiąć historie i już w drugiej walce zdobyć tytuł mistrza Świata. Lomachenko i Bob Arum nieco się przeliczyli, gdyż Ukrainiec uległ na kartach sędziów Meksykaninowi Orlando Salido i musiał odłożyć swoje plany z drugiej walki na trzecią. Tu trzeba przyznać, że zagrała pozycja promotorska, gdyż Vasyl bezpośrednio po porażce dostał kolejną walkę o pas. Tym razem pokonał Gary'ego Russella zadając mu jedyną dotychczas porażkę.



Po tym pojedynku ukraiński "Hi-Tech" wyraźnie się rozkręcił. Nie oddał ani jednej rundy Suriyi Tatakhunowi, a później klasycznie stopował Gamaliera Rodrigueza i Romulo Koasichę. To co najlepsze miało jednak dopiero nadejść. W kapitalnym stylu Lomachenko poradził sobie z bardzo dobrym Romanem Martinezem. To był trzeci klasyczny nokaut z rzędu w wykonaniu 30-latka, a dodatkowo tytuł zdobyty już w drugiej kategorii wagowej. 



Lomachenko w każdej z tych walk posiadał w ringu tak przygniatającą przewagę, że wygrana z nim stała się czymś w rodzaju "Mission Imposible". Rywale z bezsilności zaczęli się po prostu... poddawać. Cztery kolejne pojedynki kończyły się przez RTD, czyli pozostanie rywala na stołku pomiędzy rundami. Genialnej pracy nóg Ukraińca nie spodziewał się Nicholas Walters, Jason Sosa i Miguel Marriaga. Dla pierwszego z nich walka z Vasylem zakończyła się pierwszą porażką w karierze. Pod koniec ubiegłego roku doszło do długo wyczekiwanego, historycznego starcia dwóch podwójnych mistrzów Olimpijskich. W Madison Square Garden Theatre spotkał się z Guillermo Rigondeaux. Walka bez faworyta skończyła się dominacją "Hi-Techa", który nie dał Kubańczykowi żadnych szans i zmusił - tak jak poprzedników - do poddania. W walce z Jorge Linaresem zaatakowana zostanie już trzecia kategoria wagowa. Ale czy będzie łatwo podtrzymać passę?


Jorge Linares

Wiek: 33
Wzrost: 173cm
Zasięg: 175cm
Waga: 61kg
Rekord: 44 (27 KO) - 3 (3 KO)
Rundy: 292
Debiut: 2002
Sukcesy:
WBA World lightweight (2016-...)
WBC World lightweight (2014-2015)
WBA World featherweight (2008-2009)
WBC World featherweight (2007)

Vasyl Lomachenko

Wiek: 30
Wzrost: 170cm
Zasięg: 166cm
Waga: 61kg
Rekord: 10 (8 KO) - 1 (0 KO)
Rundy: 93
Debiut: 2013
Sukcesy:
WBO World super featherweight (2016-2017)
WBO World featherweight (2014-2015)
WBO International featherweight (2013)



Co rzuca się w oczy? Przewaga warunków fizycznych Linaresa, jednak było to z góry wiadome, gdyż dla Ukraińca jest to kolejny awans z kategorią wagową w górę. W ringu jednak praca nóg "Hi-Techa" z pewnością zniweluje tę różnicę. Ciężko też mówić o przewadze doświadczenia, pomimo tego, że aż 11 lat wcześniej na zawodowych ringach pojawił się Linares. Kariera amatorska Lomachenki i niemal 400 stoczonych pojedynków zdecydowanie daje przewagę młodszemu z zawodników. Nawet przewaga stoczonych rund nie jest aż tak duża biorąc pod uwagę niemal pięć razy więcej walk po stronie reprezentanta Wenezueli. Obaj zdecydowanie są na mistrzowskim poziomie. Powiem więcej - dla mnie Lomachenko to zdecydowanie podium P4P, a Jorge Linares to w obecnej chwili na pewno TOP10 i od tego, jak zaprezentuje się w pojedynku z Ukriańcem, zależy fakt, czy tą wysoką pozycję utrzyma. 



Panowie zmierzą się w Madison Square Garden. To faworyzuje Vasyla Lomachenko, który już dwukrotnie bił się w MSG Theatre. "Golden Boy" na 47 stoczonych na zawodowym ringu, tylko ośmiokrotnie gościł w Stanach Zjednoczonych, jednak ani razu w tej legendarnej hali. Jest to jednak na tyle doświadczony zawodnik, że nie będzie to dla niego stanowiło żadnego problemu. 
Nie wiem, czy odwrotna pozycja Ukraińca będzie kłopotem dla Linaresa, ale na pewno szybkość Lomachenki i jego kapitalna praca nóg może zrobić różnicę. Jorge zapowiada, że nie podda się w ringu, jak wcześniejsi oponenci 30-latka, ale czy tak będzie w walce? 
Zapowiada się prawdziwa uczta, a to przecież już dziś w nocy...


czwartek, 3 maja 2018

"Mayweather" z Tajlandii...

Do niedawna wszyscy kibice boksu żyli faktem, iż legendarny już Floyd Mayweather Jr pobije rekord Rocky'ego Marciano i wygra walkę numer 50 nie ponosząc przy tym żadnej porażki i nie remisując żadnej walki. Floyd zrobił to nieco na skróty, wygrywając ostatni pojedynek z pięściarskim nowicjuszem, debiutantem, ale przy tym także mistrzem UFC, Conorem McGregorem. Federacje tą wiktorię uznały, w papierach Amerykanina widnieje przepiękne 50 wygranych przy zerach w dwóch kolejnych rubrykach. "Money" po pierwszy skalp sięgnął w osiemnastej walce stopując Genaro Hernandeza. Później było już tylko lepiej, gdyż Floyd opanował cały ten sport. Mistrzowskie pasy zdobywał w kategoriach od 130 do 154 funtów. Na swoim rozkładzie ma takie nazwiska jak Diego Corrales, Jesus Chavez, Jose Luis Castillo, Arturo Gatti, Zab Judah, Carlos Baldomir, Oscar De La Hoya, Ricky Hatton, Juan Manuel Marquez, Shane Mosley, Miguel Cotto, Saul "Canelo" Alvarez i Manny Pacquiao. To wielki mistrz i artysta, ale ten artykuł - przekornie - nie będzie o nim...


Będzie natomiast o pewnym Taju, który właśnie dziś rekord Mayweathera wyrównał. Sensacja? Ani trochę. Chayaphon Moonsri aka Wanheng Menayothin to 32-latek z Bangkoku, który dzisiaj wygrał swoją 50-tą walkę i ma identyczny rekord jak Floyd. O nim jednak nikt nie wspomina. Dla wielu w dalszym ciągu jest anonimem. 
Moonsri boksuje od 2007 roku i od początku w najniższym możliwym limicie (do 105 funtów). Wszystkie 50 pojedynków stoczył w rodzinnym kraju. Już w trzeciej walce sięgnął po młodzieżowy tytuł WBC wygrywając z rywalem o rekordzie 0-1. Pas ten obronił ośmiokrotnie, po czym w dwunastym zawodowym występie wygrał walkę o pas mistrza Świata International w wersji tymczasowej. Ten tytuł w dwóch kolejnych starciach zamienił na WBC International Silver, po czym w 2011 roku udało mu się usunąć z nazwy "Silver". Miał już wówczas za sobą 19 pojedynków. 

Po tej wygranej Moonsri najprawdopodobniej doszedł do wniosku, że musi szybciej przeskakiwać kolejne piętra tej pięknej kariery i zaczął przeplatać walki ze sparingami z rywalami o rekordach 1-16, 9-14, 20-30 czy 4-9. Pas WBC International w stawce zdarzało się wcisnąć co 3-4 raz, kiedy rywal akurat dysponował w miarę dodatnim rekordem. 
Wreszcie doczekał się walki o prawdziwy tytuł. W 2014 roku na przeciw niego stanął Meksykanin Osvaldo Novoa (rekord 14-4-1), którego Taj zmusił do poddania. Był to 36-ty pojedynek Moonsri'ego 

Jeśli ktoś myśli, że po zdobyciu pasa jego kariera nabrała tempa, regularności a przynajmniej logiki to grubo się myli. Zawodnik z Tajlandii co prawda bronił swojego tytułu, ale tylko od czasu do czasu. W boksie na światowym poziomie taka procedura nie miałaby racji bytu, ale Moonsri posiadając tytuł prestiżowej federacji WBC pozwalał sobie (a raczej pozwalano mu) na walki bez pasa w stawce, z chłopaczkami o rekordach 2-4, 7-8 czy (o zgrozo!) 21-44. Od 2014 roku stoczył dziewięć obron, ale walk 14. Na prawdę próżno szukać w jego rekordzie znanych nazwisk, bo nawet najbardziej szanujący się kibic tego sportu rzadko spogląda na najniższą możliwą kategorie. W ramach ciekawostki powiem, iż od zdobycia pasa, Chayaphon Moonsri za każdym razem ma w dokumentach (i na Boxrec.com) wpisaną wagę równo 105 funtów. Okazuje się, że wcale nie jest ważony, a do ringu wnosi dużo więcej. 

Dzisiejszej nocy pokonał przez TKO w piątej rundzie niejakiego Leroya Estradę i zanotował wygraną nr 50. Można więc zakładać, że przy takim tempie, jeszcze w tym roku przebije samego Floyda i pójdzie ze swoim rekordem nieco dalej. Należy tylko zadać sobie jedno pytanie...

...Jaki to ma sens?


środa, 25 kwietnia 2018

"Spektakl kilku aktorów" w Częstochowie - podsumowanie gali...

Minęło kilka dni od gali Polsat Boxing Night w Częstochowie. Mateusz Borek na serio i z butami wszedł w rynek promotorski i organizatorski gal bokserskich w Polsce i pokazał, że ma do tego i głowę i zacięcie. W Częstochowie zobaczyliśmy bardzo dużo nazwisk ciekawych polskich prospektów, a przede wszystkim zawodników, którzy potrafią porwać publiczność. Nawet pojedynki otwierające gale mogły być śmiało walkami wieczoru na mniejszych galach w naszym kraju.


Nie bez powodu na pierwszy ogień poszło dwóch pięściarzy z Poznania. Michał Chudecki i Damian Wrzesiński potrafią walczyć widowiskowo, a do tego mieli do wyrównania rachunki z boksu amatorskiego. Kariera Chudeckiego to pasmo wzlotów i upadków, od dobrze zapowiadającego się pięściarza w grupie Mariusza Kołodzieja w New Jersey, poprzez bolesną porażkę przed czasem z Michałem Syrowatką, po sparingi w USA z samym Floydem Mayweatherem Jr. W ostatnim czasie więcej sparował niż walczył, ale z pewnością doświadczenie zdobyte za oceanem procentuje. Wrzesiński to natomiast rzemieślnik, więc kibice mieli prawo liczyć na ciekawe widowisko. I nie zawiedli się. Zobaczyli dobry boks, moim zdaniem z przewagę Chudeckiego. Ostatecznie padł werdykt remisowy, który nie jest skandalem, a jest z pewnością solidną podstawą do dobrze zorganizowanego rewanżu. 


Łukasz Wierzbicki i Michał Żeromiński już raz pokazali, że potrafią dobrze uzupełniać się w ringu. Dwa różne style w pierwszej walce bardzo dobrze się oglądało i teraz było podobnie. Wierzbicki od drugiej rundy musiał radzić sobie z kontuzją łuku brwiowego, która znacznie utrudniała mu walkę, ale pokazał w tym starciu więcej niż w pierwszym i pomimo krwi zalewającej oczy potrafił przełamać kipiącego ambicją "Żeromę" i pokonać go wyraźniej. Radomianin tym razem uznał wyższość niepokonanego rywala i przyjął porażkę na klatę. Wierzbicki walczył "dostojniej", punktował z dystansu, był precyzyjniejszy. Żeromiński uderzał mocno, lecz walczył chaotycznie. Gdy poczuł krew Łukasza, skoncentrował się na silnych ciosach, czym stracił na optyce. Wierzbicki pozostaje niepokonany, lecz nie jest to chyba materiał na mistrza...


Ewa Brodnicka wygrała swoją walkę o mistrzostwo Świata z niejaką Sarah Pucek, jednak po raz kolejny nie pokazała nic widowiskowego. W papierach pozostaje mistrzynią, na jej biodrach wisi pas, jednak w dalszym ciągu nie mogę (a może nawet i nie chcę) powiedzieć o jej ringowych wyczynach nic konstruktywnego. 


Robert Parzęczewski. To moim zdaniem jeden z wygranych tej gali, a nawet ostatnich miesięcy. Bardzo ambitny, bardzo przebojowy, przy tym silny i widowiskowy. Narzucił sobie dość duże tempo walk, gdyż cztery tygodnie wcześniej w Dzierżoniowie pokonał Andrzeja Sołdrę, a już w maju wyjdzie do ringu po raz trzeci w przeciągu trzech miesięcy. Ma ambitne plany na przyszłość, jest młody i przed nim bogata kariera. Nie będę dodawał, że w ostatniej chwili zmienił mu się rywal, gdyż Tim Cronin nie był wymagającym przeciwnikiem, ale z takimi sytuacjami należy sobie radzić i "Arab" to robi. To w tej chwili jeden z najciekawszych polskich pięściarzy. Wygrał przez nokaut, a jego kariera nabiera słusznego tempa. Możemy mieć z niego pożytek, warto mu się przyglądać.


Tak jak zmienił się rywal Parzęczewskiego, tak podobnie było w przypadku Damiana Jonaka. Pierwotnie na powrót przewidziany był Lucas Ndafoluma, który byłby zdecydowanie większym wyzwaniem niż anonsowany w ostatniej chwili Marcos Cornejo z Argentyny. 36-latek z Buenos Aires mógł pochwalić się przyzwoitym rekordem, jednak w ringu miał niewiele do powiedzenia z powracającym po trzyletniej przerwie Jonakiem, co jednoznacznie pokazuje jego sportową klasę. Damian zaprezentował się dość dobrze. Zrzucił rdzę, w ringu nie był ociężały i zaliczył jubileuszową 40-tą wygraną w karierze i w dalszym ciągu pozostaje z zerem po stronie porażek. Jestem ciekawy, jak teraz poprowadzona zostanie jego kariera, bo mocniejszy rywal (Ndafoluma?) mógłby sobie z nim spokojnie poradzić. Pewnego poziomu może niestety nie przeskoczyć. 


Denis Grachev to zdecydowanie najciekawsze nazwisko w rekordzie Adama Balskiego. Powtarzam to za każdym razem i powtórzę jeszcze raz, że prowadzenie Adama to swego rodzaju majstersztyk. Rywale dobierani są odpowiednio na etap, a ich jakość sukcesywnie rośnie, choć nie ma zbyt dużych przeskoków. Po wygraniu z doświadczonym lecz rozbitym Łukaszem Janikiem, teraz Balski pokonał także Rosjanina, który w swoim rekordzie posiada takie nazwiska jak Ismayl Sillakh i Zsolt Erdei. Grachev był dużo lżejszy od Adama w ringu, przez co uwidoczniła się przewaga siły Polaka, co skutkowało tym, iż Balski spychał rywala do lin. Adam zdał kolejny test, zanotował 12-tą wygraną i teraz powinien dostać przeciwnika jeszcze trochę silniejszego. Mariusz Grabowski wierzy w swojego podopiecznego i to, iż kiedyś zostanie on mistrzem Świata, więc powinno się mu stopniową tą poprzeczkę podnosić. Niedługo powinniśmy ujrzeć Balskiego w pojedynku o któryś z regionalnych pasów, co jeszcze bardziej wybije go w rankingach. Pozytywny występ. 


Większość kibiców w Częstochowie i przed telewizorami czekała głównie na występ Mateusza Masternaka, który w rewanżu podejmował groźnego i silnego niczym tur Youri'ego Kalengę. Dla samego "Mastera" była to jedna z najważniejszych walk w karierze. Sam powtarzał, że najbardziej chciałby zrewanżować się pochodzącemu z Konga zawodnikowi, gdyż to właśnie z nim przegrał walkę o największej randze. W 2014 roku w Monte Carlo przegrał wakujący tytuł WBA Interim, jednak teraz nie pozostawił już złudzeń. Dobrze wszedł w walkę i momentami przypominał starego i dobrego "Mastera", który swego czasu nokautował raz za razem swoich oponentów. W Częstochowie Masternak systematycznie rozbijał Kalengę, wchodziły ciosy z lewej ręki, funkcjonował cios prosty, a w boksie Polaka widać było luz, którego brakowało wcześniej. Współpraca na linii Masternak - Gmitruk (pomimo absencji trenera w narożniku) przynosi zadowalające efekty, a Mateusz pokazuje, że ma ochotę (i szansę) dostać jeszcze niejedną ciekawą walkę. Być może nawet o któryś z pasów, które być może niedługo zostaną na nowo wrzucone na wakaty. Kto wie, może to on będzie w niedalekiej przyszłości gwiazdą numer 1 polskiego boksu...


Pisałem kilka dni przed walką artykuł o Joeyu Abellu i się nie pomyliłem w osądach. Walkę Adamek - Abell "wypromował" Krzysztof Zimnoch, a "Góral" tylko subtelnie pokazał różnicę między sobą, a przeciętnym Zimnochem. Abell to twardziel jakich mało, jednak pod ciosami Polaka padał aż czterokrotnie, zanim sędzia zdecydował się tą nierówną konfrontacje zakończyć. Pomijając pierwszą, rozpoznawczą rundę, od drugiego starcia przewaga Adamka była już niepodważalna. 41-latek wrócił na salony w końcu wyraźnym zwycięstwem, czym podtrzymał płomień nadziei na jeszcze jedną próbę powrotu na szczyt wagi ciężkiej. Oczywiście rywale tacy jak Haumono, Kassi czy teraz Abell to nawet nie jest bezpośrednie zaplecze czołówki królewskiej kategorii, ale "Góral" już na takim zapleczu na pewno jest. W głowie Mateusza Borka musi powstać plan działania, bo wszyscy zdają sobie sprawę, że kariera Tomka toczyć się będzie do pierwszej porażki. Trzeba odpowiednio dobrać teraz rywala, z którym Adamek będzie miał szanse nawiązać walkę i wygrać pojedynek, przy czym zyskać coś cennego. Idealny byłby Manuel Charr, gdyż ma coś, z czym Tomkowi lepiej będzie na dobre zakończyć karierę. Nie ma jednak co myśleć o walkach z "wiatrakami". 


Tytuł jest trafiony. Ta gala miała kilku aktorów. Najwięcej braw zyskał na pewno Adamek, ale to Masternak może być najbardziej usatysfakcjonowany. Wygrywając w takim stylu ciężki rewanż zyskał pewność siebie i motywację do dalszej pracy. Z bardzo dobrej strony pokazali się także młodzi - Balski, Parzęczewski i Wierzbicki. Gala przeszła do historii i można ocenić ją tylko w pozytywnych słowach. Aż ciekawi mnie, jak mogą wyglądać zestawienia kolejnej gali PBN, bo słabszych rywali dla naszych "asów" kibice już nie kupią...
Duże brawa dla dwóch Mateuszów - Borka i Grabowskiego. To oni stworzyli duet, który ma wydźwięk pozytywny. Andrzej Wasilewski oglądając to musiał czuć się mocno sfrustrowany. Trudno. Przyjście Borka do epicentrum polskiego boksu kibicom może wyjść tylko na dobre.


Zdjęcia: Dziennik Zachodni i Tymex Boxing Promotions

piątek, 20 kwietnia 2018

Nie taki (di)Abell straszny...

Czego tu się bać? Na wstępie zadam pytanie retoryczne, na które odpowiedź podam na końcu.
Już jutro w walce wieczoru na gali Polsat Boxing Night Tomasz Adamek - żyjąca i ciągle boksująca legenda polskiego pięściarstwa zawodowego spotka w ringu Amerykanina Joeya Abella. Pojedynek - jak i cała impreza - zapowiadana jest od dłuższego czasu jako bardzo mocny, mogący się zakończyć bardzo szybko i w różnoraki sposób. Osobiście ciężko mi w to uwierzyć...


Powiem, co o tym sądzę. Dla mnie Joey Abell to nie jest zawodnik, który powinien kończyć tak dużą galę. Dlaczego? Po pierwsze walkę tą - a przy okazji całą galę - wypromował przede wszystkim... Krzysztof Zimnoch. Zauważcie - gdyby nie fakt, iż we wrześniu na radomskim MOSiRze Zimnoch koncertowo nie padł po ciosie 36-letniego Abella, ciężko byłoby jego walkę z Adamkiem sprzedać. 


Przyjrzyjmy się nieco Amerykaninowi. 45 pojedynków, 34 wygrane. Podziw budzić może jedynie procent wygranych przed czasem - Abell słynie z ciężkiej ręki. Przegrał dziewięć razy, z czego aż siedmiokrotnie również przed czasem. Bił się co prawda kilka razy z dużymi nazwiskami, ale każdy taki znaczący pojedynek Joey przegrywał przez nokaut. Przed czasem pokonali go Chris Arreola, Fred Oquendo, Kubrat Pulev, Tyson Fury czy Oscar Rivas. Co więcej - Abell przegrał także przez nokaut m.in. z Andrew Greeleyem, który skończył karierę z rekordem 15 zwycięstw i 48 porażek.  Jeśli szukać największych sukcesów Amerykanina to daleko sięgać nie trzeba - w 2016 roku zastopował Johna Nofire, a we wspomnianym Radomiu Krzyśka Zimnocha. 



Za nami już ważenie przed galą w Częstochowie. Adamek okazał się najcięższy w karierze, wniósł na wagę rekordowe 102,7kg. Joey Abell zaskoczył - w porównaniu do wrześniowej walki z Zimnochem stracił niemal 5kg i teraz waży tylko 115,4kg. Tak więc paradoksalnie w ringu zetrą się ciężki Adamek i lekki Abell. Jak to może wpłynąć na przebieg walki? Amerykanin zarzeka się, że jest w życiowej formie, a do brutalnej siły dołożył także dobrą kondycje, która pozwoli mu wytrzymać 10 rund z "Góralem". Mańkut z Minnesoty opowiada, iż nie nastawia się na nokaut, ale trudno w to uwierzyć. Trudno też - pomimo dobrej formy - uwierzyć w świeżość przybysza z Ameyki w końcowych rundach. 


Czym może zaskoczyć Abell Tomka Adamka? Nic odkrywczego nie powiem - siłą w początkowych rundach. Jeśli Abell miałby wygrać walkę w Częstochowie, musiałby trafić Tomasza w pierwszych trzech rundach - to właśnie w trzecich odsłonach wygrywał z Nofire'm i Zimnochem. Jeśli walka wyjdzie poza te trzy rundy, zacznie uwidaczniać się przewaga szybkości "Górala", a jak wszyscy doskonale wiemy, "jak Góral szybki, to wygra z każdym". Sądzę więc, że walka wieczoru publiczności nie porwie. Scenariusz będzie bardzo przewidywalny - Abell groźny na początku, słabnący z rundy na rundę. Kwestia jest taka, czy Adamek będzie potrafił trafić Amerykanina i wygrać przed czasem, czy będzie go punktował, a o werdykcie zadecydują sędziowie. 


Odpowiedź na pytanie z początku: Niczego. "Góral" nie z takimi zawodnikami już walczył, wygrywał, a nawet ośmieszał rywali. To facet po 40-tce, a więc w ringu zęby zjadł. Czego nie pokazałby Joey, nie zaskoczy tym Tomasza. 

piątek, 30 marca 2018

Joshua vs Parker czyli grzmoty w wadze ciężkiej...

Napisałem Joshua - Parker, ale równie dobrze mogłoby być Parker - Joshua. Teoretycznie są to dwaj mistrzowie Świata królewskiej kategorii, obaj niepokonani i obaj młodzi, w dalszym ciągu perspektywiczni. No właśnie - tylko teoretycznie. Bo praktycznie nie ma wątpliwości, kto jest w tym starciu faworytem, a kto "kopciuszkiem". Eksperci, kibice i bukmacherzy zdecydowanie wyżej stawiają umiejętności Anglika i nie ma w tym ani tajemnicy, ani przesady. Ja jednak osobiście dziwie się troszkę, dlaczego akcje Josepha Parkera spadły przed tym pojedynkiem tak nisko. Tak jak napisałem wcześniej - pomijając przewagę warunków fizycznych - obaj dżentelmeni są na podobnym poziomie wedle statystyk. Jednak wiemy, że statystyki nie walczą, a w ringu stanie dwóch potężnie bijących facetów i dopiero wówczas zobaczymy co warte są dane statystyczne i opinie ekspertów. 


Anthony Joshua to przede wszystkim genialny produkt marketingowy. Mistrz Olimpijski z Londynu bardzo szybko zyskał na zawodowych ringach rangę przyszłego dominatora. Jego kariera rozpoczęła się szybko i równie szybko zaczęła posuwać się w kierunku pasów mistrzowskich. "AJ" w początkowej fazie kariery zawodowej skierowany był na zyskanie cennego doświadczenia, ale zarówno Denis Bakhtov, Konstantin Airich, Jason Gavern, Matt Skelton, Michael Sprott czy Kevin Johnson, którzy mieli wyprowadzić młodego prospekta na szerokie wody nie wytrzymali więcej niż 2-3 rundy. 


Od "Kingpina" Johnsona zaczęła się ta prawdziwa kariera Joshuy. Uznawany za "niezatapialnego" Amerykanin padł już w drugiej rundzie pod ciosami Anglika, a wcześniej przewrócić go nie umieli chociażby Tyson Fury, Dereck Chisora czy Vitaliy Kliczko. Kiedy w kolejnej walce w pierwszej rundzie padł także Gary Cornish, wszyscy już wiedzieli, że prędzej czy później "AJ" dostanie swoją szanse walki o pas. Ta przyszła szybciej niż się spodziewano, a swoją cegiełkę do tego dołożył bezsprzecznie Tyson Fury, który zostawił wolne trzy mistrzowskie pasy. Pod koniec 2015 roku Anthony spotkał się w ringu z Dillianem Whyte'm, czyli swoim pogromcą z czasów amatorskich i ta walka miała pokazać w którym miejscu są obaj Panowie. Joshua po raz pierwszy otrzymał w tej walce solidny cios, przeżył chwilowy kryzys, ale zastopował rodaka przy okazji pierwszy raz tocząc nieco dłuższą walkę. Ta wygrana dała przepustkę do pojedynku o tytuł mistrza Świata.



Kiedy Fury został pozbawiony pasów, jeden z nich zdobył wówczas Charles Martin i to właśnie on podjął ryzyko walki z Joshuą. Anglik obnażył całkowicie umiejętności Amerykanina i bardzo szybko rzucił go na deski. W drugiej rundzie było już po wszystkim i Anthony Joshua był już nie tylko gwiazdą marketingową, ale zostało to podparte mistrzowskim tytułem. W 2016 roku "AJ" dwukrotnie obronił pas IBF stopując Dominika Breazeale'a i Erika Molinę. Wówczas cały świat szykował się już na walkę Joshuy z Wladimirem Kliczką o swój pas IBF i wakujący WBA. To miała być najlepsza i najbardziej wyczekiwana walka w 2017 roku i jedna z najważniejszych w wadze ciężkiej od lat. 



Ponad 40-letni Kliczko pokazał, że w genialnie pracującej maszynie jaką był Anthony również ma prawo coś się zaciąć. Anglik również jest człowiekiem, popełnia błędy. I popełnił. Kliczko zaliczył deski, ale potrafił też na matę rzucić Brytyjczyka. Joshua miał bardzo duży kryzys - jak powiedziałby Andrzej Kostyra "jedną nogą był nad grobem, a drugą na skórce od banana", ale przetrwał. Ostatecznie wygrał z Ukraińcem w 11 rundzie, ale na punkty walka była niezwykle wyrównana. Ten pojedynek pokazał, że można z Joshuą wygrać, że on również popełnia błędy, że gubi się w obronie, ale wszystko nadrabia silnym ciosem. 


W październiku ubiegłego roku stoczył jeszcze walkę z Carlosem Takamem. Francuz to solidny rzemieślnik, ale nikt nie spodziewał się, że zdoła postawić się większemu Brytyjczykowi. Ten jednak nie przestraszył się i stoczył bardzo twardy pojedynek trwając do 10 rundy, kiedy to walka została kontrowersyjnie przerwana, głównie po to, aby mit o 100% nokautów Joshuy utrzymać. 

Teraz na drodze "AJ'a" pojawi się Joseph Parker czyli również mistrz Świata, tyle że federacji WBO. Pochodzący z Nowej Zelandii Parker nie miał pokaźnych sukcesów w amatorskim boksie, jednak na zawodowych ringach nie znalazł jeszcze pogromcy. Karierę rozpoczął rok wcześniej niż Joshua i początkowo wchodził do ringu średnio co 3-4 miesiące. Występował głównie na swoim ringu w Nowej Zelandii, jednak zgadzał się również na walki w USA i w Niemczech. W szóstym pojedynku podejmował legendę wagi ciężkiej, świetnego niegdyś Fransa Bothę i pokonał go bardzo szybko. 



Od 2014 roku skupił się na już na nieco bardziej rozpoznawalnych w świecie nazwiskach. Wygrywał z takimi zawodnikami jak Marcelo Nascimento, Sherman Williams czy Brian Minto. Kiedy nokautował Yakupa Saglama czy Jasona Pettawaya nikt jeszcze o nim za wiele nie słyszał. Parker nie miał tak pięknie usłanej kariery jak Anglik. Na każdy swój sukces musiał zapracować wraz ze swoim sztabem. Nowozelandczyk otrzymywał za swoje walki nawet kilkadziesiąt razy mniejsze pieniądze od swojego najbliższego rywala. 

Kiedy w 2015 roku wygrał ze swoim dużo starszym rodakiem, Kali Meehanem, posiadał pasy Oriental, Eurasia czy Oceania. Na nieco wyższy level Parker wszedł po walce z Carlosem Takamem, który postawił mu bardzo wysoko poprzeczkę. Joseph świetnie zaprezentował się także w pojedynkach z Alexandrem Dimitrenko i Salomonem Haumono. Wygrana nad tym pierwszym i wspomniane wcześniej kłopoty Tysona Fury'ego sprawiły, że i Parker otrzymał swoją szansę walki o pas mistrzowski. Ta odbyła się w grudniu 2016 roku, a w ringu rywalem Nowozelandczyka był Andy Ruiz Jr. Parker po wyrównanej walce był jednak lepszy i na jego biodrach zawisł pas WBO.





Od tego czasu Parker przestał nokautować. W pierwszej obronie tylko wypunktował nieco przypadkowego challengera, jakim był Razvan Cojanu, a w ostatniej walce pojechał na teren rywala, do Wielkiej Brytanii, aby odebrać zero z rekordu Hughie'go Fury'ego. Ta ostatnia walka była świetnym przedsmakiem do tego, co ma się stać już jutro. Wówczas na ringu w Manchesterze, jutro na stadionie w Cardiff. 


Anthony Joshua

Wiek: 29
Wzrost: 198cm
Zasięg: 208cm
Waga: 110kg
Rekord: 20 (20 KO) - 0 - 0
Rundy: 65
Debiut: 2013
Sukcesy:
WBA Super World heavyweight (2017-...)
IBF World heavyweight (2016-...)
IBO World heavyweight (2017-...)
WBC International heavyweight (2014)

Joseph Parker

Wiek: 26
Wzrost: 193cm
Zasięg: 193cm
Waga: 107kg
Rekord: 24 (18 KO) - 0 - 0
Rundy: 123
Debiut: 2012
Sukcesy:
WBO World heavyweight (2016-...)


Co rzuca się w oczy patrząc na statystyki obu Panów? Przede wszystkim różnica warunków fizycznych na korzyść Anglika. Anthony dysponuje zasięgiem ramion większym o 15cm, co może stanowić dużą jego przewagę w dystansie. Z drugiej strony mamy niemal dwukrotnie więcej przeboksowanych rund przez Josepha Parkera, co również może mieć znaczenie. Wiemy dobrze, że to Anthony Joshua bił się z lepszymi rywalami, ale przeciwnicy Parkera to też nie ułomki. Obaj są niepokonani i obaj na dzisiejszym ważeniu zaprezentowali świetną formę, co zwiastuje nam wielkie emocje w Cardiff. Joshua waży niecałe 110kg, czyli dobre 5kg mniej niż w ostatnim występie. Tak mało "AJ" ważył ostatnio w 2014 roku w pojedynku z Michaelem Sprottem. Również kilka kilogramów mniej niż w ostatniej walce waży Parker. To zwiastun kapitalnego przygotowania fizycznego i motorycznego obu pięściarzy, co może skutkować walką na pełnym dystansie?



Sędzią ringowym tego jakże ważnego starcia będzie Giuseppe Quartarone z Włoch, co jest swego rodzaju niespodzianką. Dla Quartarone będzie to dopiero druga sędziowana walka w tym roku i druga walka o mistrzowski tytuł w wadze ciężkiej. W 2011 roku był rozjemcą w walce Alexandra Povetkina z Cedrikiem Boswellem o regularny pas WBA. Słowem ciekawostki, Włoch sędziował m.in walkę Mateusza Masternaka z Juho Haapoją, podczas której Polak sięgnął po pas mistrza Europy, a także ostatnią walkę Rafała Jackiewicza z Rubenem Diazem przegraną przez "Wojownika".


W trzyosobowym składzie sędziów punktowych znaleźli się Anglik Steve Gray, Nowozelandczyk Ian Scott oraz Amerykanin Steve Weisfeld. Steve Gray doskonale zna Joshuę. Był sędzią ringowym w jego pojedynkach z Mattem Leggiem, Mattem Skeltonem, Konstantinem Airichem oraz Erikiem Moliną. Podobnie rzecz ma się z Ianem Scottem - punktował on pojedynki Parkera z Irineu Costą Juniorem, Jasonem Pattawayem (30-26), Yakupem Saglamem (10-9), Danielem Martzem, Jasonem Bergmanem i Carlosem Takamem (115-113). Można się więc spodziewać, że przy wyrównanej walce punktacja Graya pójdzie pod Joshuę, a Scotta pod Parkera. Główne zdanie w tej rywalizacji może mieć Steve Weisfeld, a on... był arbitrem w walce Joshuy z Wladimirem Kliczko i widział przewagę Ukraińca. Stadion w Cardiff będzie nowością dla Parkera. Joshua w ostatniej walce bił się właśnie tam z Carlosem Takamem. To może być jego przewaga. 

Podsumowując... unifikacja dwóch mistrzów w wadze ciężkiej to zawsze wielkie wydarzenie. Spotkanie dwóch niepokonanych mistrzów to dodatkowy smaczek. Powiem obiektywnie i - przede wszystkim - osobiście. Wydaje mi się, że Parker jest bardzo pewny siebie, jest niesamowicie zmotywowany, bo wie, że jego życie może się diametralnie zmienić po wygranej w sobotę. Opinie ekspertów i kibiców dodatkowo zrzucają z niego całkowitą presję. Ta jest przede wszystkim na Angliku, bo to od niego wielkich rzeczy wymaga pięściarski świat. Wydaje mi się, że Joshua traci rezon. Już sam zapis w kontakcie o klauzuli rewanżu pokazuje, że "AJ" bierze pod uwagę porażkę z Parkerem. Dodatkowo ziarno niepewności rodzi się w mojej głowie po dwóch ostatnich walkach Joshuy. Najpierw podłączył i posłał go na deski ledwo żywy Kliczko, później niezbyt efektownie wyglądał z Carlosem Takamem. Kliczko nie umiał wykończyć roboty, ale wydaje mi się, że jeśli trafi Parker, skończy walkę nokautem. A wtedy zatrzęsie się świat...