czwartek, 25 kwietnia 2019

World Boxing Super Series II - waga kogucia - typy na półfinał!

Witam po przerwie! Już w nadchodzący weekend odbędzie się pierwsza gala obfitująca w półfinałowe walki drugiej edycji intratnego turnieju WBSS. W Lafayette w stanie Louisiana odbędą się dwa pojedynki, które wyłonią pierwszych półfinalistów w dywizjach koguciej i super lekkiej. W tym artykule skupimy się na lżejszych zawodnikach...

Nonito Donaire - Stephon Young

Filipiński "Flash" jest w tym turnieju sporym szczęściarzem. Teoretycznie już dawno nie powinno go w tym turnieju być, jednak na chwilę obecną będzie sporym faworytem do występu w finale. Najpierw skorzystał z kontuzji jednego z głównych faworytów, rozstawionego z "jedynką" Ryana Burnetta i wskoczył do półfinału, a w nim spotka się z... rezerwowym na ostatnią chwilę Stephonem Youngiem, który wskoczył do gry w miejsce Zolaniego Tete, który nabawił się kontuzji. Young to 31-letni Amerykanin, który jednak nie ma prawa zagrozić Donaire'owi. W swojej karierze stoczył 22 pojedynki, z czego wygrał 18, a trzy zremisował. Przegrał raz, stosunkowo niedawno, z Reymartem Gaballo w starciu o pas WBA Interim. Tym razem będzie miał szanse zaatakować pełnoprawny tytuł WBA, a także WBC Diamond. Dla niego to walka życia i na pewno będzie niesamowicie zmotywowany, a także dobrze przygotowany, gdyż on pierwotnie również miał wystąpić na tej gali w rewanżowej walce z Nikolayem Potapovem. Czy jednak stawka  go nie sparaliżuje? W mojej ocenie szanse na sprawienie sensacji będzie miał małe, chociaż Donaire swoje najlepsze lata już dawno ma za sobą...

Typ: Donaire na punkty.
Notowania:
Donaire: 75%
Young: 25%

Naoya Inoue - Emmanuel Rodriguez

Po tym, co napisałem powyżej jasno można stwierdzić, że drugi półfinał będzie jednocześnie "małym finałem". Główny faworyt, jeden z najlepszych pięściarzy świata bez podziału na kategorie wagowe, japoński "Monster" czyli Naoya Inoue spotka się w ringu z Emmanuelem Rodriguezem, piekielnie szybkim i eksplozywnym zawodnikiem. Walka odbędzie się w połowie maja na gali w Glasgow. Dla Inoue będzie to dopiero druga walka poza Japonią, natomiast Portorykańczyk już raz przedstawił się brytyjskiej publiczności i ma z tej wycieczki same pozytywne wspomnienia. Niemal dokładnie rok temu wygrał tam z Paulem Butlerem odbierając mu pas IBF. Ćwierćfinały obydwu rywali wyglądały zgoła inaczej. Japończyk spędził w ringu zaledwie 70 sekund, podczas których zdemolował Juana Carlosa Payano, natomiast "Manny" Rodriguez stoczył najtrudniejszą walkę w karierze, ostatecznie wygrywając po niejednogłośnej decyzji sędziów z Jasonem Moloneyem. Obaj Panowie mają podobne rekordy, obaj są niepokonani. Inoue ma jednak zasadniczy atut - nokautuje swoich rywali z dużą łatwością. Wygrał przed czasem 15 z 17 pojedynków, z czego ostatnich siedem. Do tego ostatnie dwa już w otwierającym starciu. Rodriguez również wygrywa przez nokaut, jednak potrzebuje do tego więcej czasu i więcej ciosów. Portorykańczyk stanie przed zdecydowanie najtrudniejszym wyzwaniem w karierze. Japończyk rozprawiał się już z kozakami. Emmanuel musi uważać w początkowych rundach oraz dobrze wykorzystywać swoją szybkość i ruchliwość. Jest to niewątpliwy talent, jednak w tej konfrontacji porażka Japończyka będzie sporą niespodzianką. 

Typ: Inoue przez nokaut.
Notowania:
Inoue: 70%
Rodriguez: 30%


wtorek, 9 kwietnia 2019

"Kawał boksu" w Katowicach - podsumowanie gali...

Gala bokserska w Katowicach przeszła już do historii. I można powiedzieć jasno, że było to jedno z najlepszych wydarzeń tego typu w ostatnich latach w Polsce. Mateusz Borek stworzył świetny produkt, którym pod względem emocji zawartych w jednym wieczorze można by obdzielić kilka innych gal. Przede wszystkim zestawienia okazały się trafne. Dosłownie każde starcie mogłoby być walką wieczoru na większych lub mniejszych galach. Każde zestawienie niosło za sobą ładunek emocjonalny i - co bardzo ważne - nie zawiódł żaden z zagranicznych bohaterów gali. O "Ostatnim Tańcu" będziemy mówić jeszcze długo i równie długo będziemy o nim pamiętać. Bo mieliśmy wszystko, czego kibic tego sportu oczekuje - były wyrównane walki i niejednogłośne decyzje, było dużo nokdaunów i nokautów, były zwroty akcji i niespodzianki. Były wpadki i były nieoczekiwane sukcesy. Były emocje! Był bardzo dobry boks! 


Zaczęło się od trzeciej walki Mateusza Rzadkosza i Tomasza Gromadzkiego. Panowie po raz kolejny pokazali, że wspólnie tworzą znakomite dopełnienie ringu. Jest to dwóch zupełnie innych pięściarzy, którzy w parze potrafią stworzyć bardzo dobry spektakl. I stworzyli go kolejny raz. Rzadkosz góruje nad Gromadzkim umiejętnościami stricte bokserskimi, a Gromadzki nadrabia walecznością i sercem do walki. Wygrał bokser, a punktacja była niejednogłośna. Po wszystkim zwycięzca stwierdził, że druga wygrana nad Gromadzkim będzie już ostatnią i nie chce więcej mierzyć się z "Zadymą", który w oczach wszystkich zyskał duży szacunek za swoją postawę.

Damian Wrzesiński powoli wybija się już ponad polskie podwórko. Po pokonaniu Michała Chudeckiego, w sobotę odprawił także Kamila Młodzińskiego po dobrej dla oka walce. Pięściarz z Poznania ma bardzo dobry rekord i fajnie się go ogląda. Czas najwyższy, aby spróbować zakontraktować mu solidnego rywala z za granicy, aby sprawdzić faktycznie, co ten chłopak potrafi. Dla Kamila Młodzińskiego duże brawa za postawę, bo - podobnie jak Tomek Gromadzki - ma braki w wyszkoleniu technicznym, ale nadrabia dużą wolą walki i sercem do tego sportu dając bliskie i emocjonujące pojedynki.


Nikodem Jeżewski wyszarpał niejednogłośne zwycięstwo nad Shawndellem Wintersem, ale nie zaprezentował się na miarę swoich nie małych umiejętności. Męczył się, widać było obawę przed silnymi pięściami rywala ze Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie walkę wygrał, ale w tym przypadku można powiedzieć, że nieco pomogły mu gospodarskie ściany. Na neutralnym terenie walka mogła spokojnie pójść w drugą stronę, a przed pojedynkiem wydawać by się mogło, że jeśli Nikodem marzy o sukcesach, Wintersa powinien spokojnie wyboksować, a najlepiej zastopować. Tak się nie stało, ale wpadki czy gorsze dni zdarzają się każdemu. Polak narzucił sobie także dość wysokie tempo - w przeciągu 14 miesięcy była to jego piąta walka. Wciąż pozostaje jednak niepokonany i wciąż chętnie obejrzałbym np. rewanż z Michałem Cieślakiem.

Walka Patryka Szymańskiego z Robertem Talarkiem emocjonowała jeszcze przed galą, ale to, co stworzyli Panowie w ringu katowickiego Spodka przejdzie do historii boksu zawodowego w Polsce. Thriller, który zaowocował aż dziesięcioma nokdaunami w zaledwie 15-minutowej potyczce. Talarek leżał na deskach aż czterokrotnie w pierwszych dwóch rundach, natomiast później przyszedł odwrót i z deskami raz za razem zapoznawał się Szymański. Obaj byli w poszczególnych rundach na skraju nokautów, ale ostatecznie to młodszy, ale i zdecydowanie mniej doświadczony Szymański nie wytrzymał tempa i sędzia Gortat słusznie zakończył walkę. Dla Szymańskiego była to druga z rzędu porażka przed czasem, co niestety zmusiło młodego chłopaka do decyzji o zakończeniu kariery. Talarek odniósł jedno z najcenniejszych zwycięstw i pokazał, że w dalszym ciągu jest w stanie wygrywać z bardzo dobrymi rywalami. Walka roku na polskim podwórku, bez dwóch zdań. 


Niestety nie powiódł się powrót na zwycięską ścieżkę Mariuszowi Wachowi i to jest niestety jedna z niespodzianek katowickiej gali. Psikusa polskim kibicom i samemu "Wikingowi" sprawił Martin Bakole Ilunga. Zawodnik z Demokratycznej Republiki Kongo okazał się od Polaka dużo szybszy, mobilniejszy i wyprowadzał zdecydowanie więcej ciosów, czym zamęczył Wacha. To nie był dzień Polaka, który do końca nie znalazł recepty na agresje Bakole. Rywal szedł do przodu, czym skutecznie utrudnił Wachowi rozwinięcie skrzydeł. Te nie rozwinęły się aż do 8 rundy, kiedy to kolejna nawałnica ciosów spadających na głowę Mariusza zmusiła sędziego do przerwania pojedynku i ogłoszenia Martina Bakole zwycięzcą walki przez techniczny nokaut. Była to trzecia z rzędu porażka "Wikinga", a piąta w ogóle, w tym trzecia przed czasem. Po walce Mariusz ze łzami w oczach odpowiadał na pytania dziennikarzy. Być może jest to początek końca kariery polskiego ciężkiego.


I tak jak Martin Bakole sprawił niespodziankę, tak o drugą - chyba jeszcze większą - pokusił się Andrew Robinson. Brytyjczyk to przecież nikt wielki, a raczej przeciętny zawodnik, z którym jednak nie poradził sobie Damian Jonak. Dla Polaka była to pierwsza porażka na zawodowym ringu po 42 pojedynkach. Piękny rekord padł - powiem brzydko - na byle kim, tym bardziej szkoda, że swego czasu Jonak nie "oddał" go za większe pieniądze gdzieś za granicą. Andrew Robinson nie musiał się jakoś mocno nagimnastykować, by zgarnąć całą pulę w walce z Jonakiem. To Polak przeszedł obok walki, a później miał jeszcze, całkowicie niesłusznie, pretensje do sędziów punktowych. "D'Animal" po raz pierwszy zawalczył poza Wielką Brytanią i od razu w Polsce odniósł duży sukces wygrywając z zawodnikiem z takim rekordem. Ciekawe, czy jeszcze wróci do Polski, by oddać to, co w sobotę zabrał...


Robert Parzęczewski to gotowy produkt marketingowy, który jest jak najbardziej przygotowany na europejską karierę, a na pewno na walki wieczoru na dużych polskich galach. Jeszcze kilka tygodni temu Mateusz Borek zastanawiał się, czy to "Arab" czy "Wiking" Wach powinien zawalczyć jako główny bohater wieczoru i z perspektywy czasu dobrze się stało, że organizator gali postawił na Parzęczewskiego. Kibice tylko z jednej kwestii mogą być niezadowoleni. Robert znowu nie dał im za długo siebie oglądać. I dokładnie tak jak z Darkiem Sękiem, tak teraz z Dmitry Chudinovem zakończył pojedynek już w drugiej rundzie. Warto to odnotować, gdyż Rosjanin wcześniej przed czasem przegral tylko raz, z Chrisem Eubankiem, w 12 rundzie. "Mister KO" to świetny, ukształtowany już zawodnik, jeden z najlepiej rozwijających się pięściarzy polskich w ostatnich latach i mam nadzieje, że już niedługo będziemy mieli z niego dużo pożytku nie tylko na polskich, ale i na zagranicznych ringach. 


Podsumowując galę w Katowicach nie trzeba wiele mówić. To wydarzenie bije na głowę wszystkie, do których sięgam pamięcią. Nie było odgrzewanych kotletów, Robinson, Chudinov, Winters czy Bakole to nowe nazwiska na polskich galach, nie przyjechali żadni Słowacy, Węgrzy czy Czesi, każda walka była - przynajmniej na papierze - wyrównana i ciężko było wskazać faworyta. Były nokauty, było mnóstwo desek, były niespodzianki, były łzy, był ogrom emocji. Kibice oglądający boks w Katowicach mogli być zachwyceni. I tu nasuwa się pytanie do dyskusji, które - oczywiście - podjął Andrzej Wasilewski. Promotor grupy KP zasugerował, że Mateusz Borek zniszczył trzech pięściarzy dla chwilowej uciechy. Miał na myśli pewnie Patryka Szymańskiego, Mariusza Wacha i Damiana Jonaka. Miał racje? Bo jego system prowadzenia zawodników jest taki, aby holować człowieka do świetnego rekordu, a później sprzedać ten rekord za pieniądze, aby z nawiązką zwrócić sobie koszty jego prowadzenia. Panowie, pamiętajcie! Boks jest dla kibiców. Kibice nie są głupi. Nie kupują już prowadzenia za rączkę. Takie gale, jaką mieliśmy okazję widzieć w sobotę pokazują, że może być inaczej. Oby tak dalej, Panie Mateuszu! Chapeau Bas!


czwartek, 14 marca 2019

"Rocky" z Filadelfii na drodze Macieja Sulęckiego.

W zawodowym boksie już wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że rekord zawodnika nie walczy. Są pięściarze z nienagannym bilansem, którzy niewiele potrafili w ringu zaprezentować i tyle samo zawodników, na których rekord absolutnie nie powinno się patrzeć. Do grona tych drugich z pewnością można zaliczyć najbliższego oponenta Macieja Sulęckiego. Na papierze Gabriel Rosado to przeciętniak. 37 pojedynków, z czego tylko 24 wygrane. Do tego aż 11 porażek, jeden remis i jedna walka zakończona bez decyzji. Na pierwszy rzut oka Sulęcki, który w 28 starciach tylko raz schodził z ringu pokonany jest zdecydowanym faworytem. Ale nie tym razem. Pięściarz z Filadelfii to jeden z największych kozaków w wadze średniej, który od przynajmniej siedmiu lat mierzy się tylko z najlepszymi zawodnikami w swoim przedziale wagowym. 


Niech nie zmyli Was dwucyfrowa liczba po stronie przegranych. Liczby nie walczą. Rosado to ponadprzeciętny twardziel, który swoim stylem jest niewygodny dla wszystkich. Przed czasem przegrał tylko czterokrotnie. Tylko najmocniejsi potrafili go zastopować - Alfredo Angulo, Gennady Golovkin, Peter Quillin i David Lemieux. Do tego nie były to klasyczne nokauty. Amerykanin rzadko pada na deski, a przed czasem przegrywał tylko po wkroczeniach sędziów i tzw. nokautach technicznych. Tu nie ma przypadku. Rosado potrafi przyjąć bardzo wiele, a oglądając jego walki można odnieść wrażenie, że im bardziej jest rozbijany, tym mocniej stawia przeciwnościom czoła. Niejednokrotnie miał porozcinane łuki brwiowe, a z jego twarzy lała się krew, ale to go tylko nakręcało. Zawodnik ten ma walkę zakodowaną w sercu. W jego bokserskim słowniku nie ma stwierdzenia "poddać się", "odpuścić", "zrezygnować"...


Warto dodać, że pięściarze o podobnych rekordach są łakomymi kąskami dla sędziów do ewentualnego przekrętu, o czym Gabriel przekonał się już niejednokrotnie i stosunkowo niedawno. W jedynej dotychczasowej wyjazdowej walce, w 2017 roku w Wielkiej Brytanii mocno skrzywdzili go polscy sędziowie. Amerykanin toczył bardzo wyrównany bój z Martinem Murrayem, co pokazuje chociażby punktacja angielskiego sędziego, który wytypował remis 114-114. Cóż jednak z tego, skoro pozostali arbitrzy stołkowi, Leszek Jankowiak i Grzegorz Molenda widzieli wygraną gospodarza w stosunku 119-109 i 116-112. Po walce słychać było głosy, że to Rosado był lepszy, co tym bardziej pokazuje absurdalną punktację pierwszego z wymienionych Polaków. Podobna sytuacja miała miejsce w ostatnim występie 33-latka. Rosado był o klasę lepszy od Luisa Ariasa, a w "nagrodę" dostał tylko punktowy remis. 


Nie wiadomo, za kim będą sędziowie w piątkowy wieczór, kiedy to Amerykanin wyjdzie do ringu z Maciejem Sulęckim, ale Polak z pewnością nie może liczyć na ich przychylność, tylko samemu udowodnić musi swoją wyższość między linami. Nie będzie to zadanie proste, chociaż "Striczu" zapowiada świetną formę. Na konferencji prasowej obaj rywale zapowiadali wygraną przed czasem, jednak osobiście uważam, że o takie rozstrzygnięcie będzie niezwykle trudno. Owszem, Sulęcki w ostatnim czasie mocno nadgonił procent nokautów, ale Rosado to zdecydowanie wyższa półka, niż Jean Hamilcaro czy Damian Bonelli. Polaka nie można nazwać puncherem, ale Maciek na pewno ma styl, który w połączeniu ze stylem rywala da świetną dla oka walkę. Czy zwycięską? Oby. Stawka jest bardzo wysoka, gdyż dowiedzieliśmy się niedawno, że wygrany z tej pary zaboksuje w drugiej połowie roku z Demetriusem Andrade o należący do niego tytuł mistrza Świata federacji WBO. Jest więc o co walczyć, a znając niesamowitą ambicję Sulęckiego, będzie on chciał się dodatkowo dobrze pokazać przed publicznością za oceanem. Jego postawa w pojedynku z Danielem Jacobsem spotkała się z dużym zachwytem tamtejszej publiczności i Maciek będzie chciał pokazać, że regularnie może dawać emocjonujące walki w USA. 


Mam swoje osobiste przemyślenia, co do przebiegu tej walki. Powiem szczerze, że nieco się jej obawiam. Znam styl Maćka Sulęckiego i wiem, że będzie wywierał presję, ale w tym przypadku "trafiła kosa na kamień". Zderzą się ze sobą dwie duże siły. Nie ciosu, a ambicji. Któraś z tych ambicji będzie musiała tę drugą stłamsić. Oczywiście będę trzymał mocno kciuki za rodaka, ale jestem sobie w stanie wyobrazić niekorzystny dla Polski scenariusz. Porażka Sulęckiego z Rosado będzie oznaczać spory regres, a walka o pas na pewno się Polakowi znacznie oddali. Jeśli jednak wygra w dobrym stylu, kolejny przeciwnik czyli niepokonany Demetrius Andrade może "Striczowi" już dużo lepiej pasować. 
Kończąc temat powiem jedno zdanie:
To nie jest taka prosta walka, jak się wielu wydaje...

niedziela, 10 marca 2019

Trwa "5 minut" Kamila Szeremety...

Wczorajszy wieczór minął wielu kibicom boksu na obejrzeniu głównego dania gali we Francji, gdzie Kamil Szeremeta po raz drugi obronił pas mistrza Europy w wadze średniej wysoko wygrywając na punkty z miejscowym faworytem, Andrew Francillette'm. Bardzo dobry czas dla Białostoczanina trwa w najlepsze. Można powiedzieć, że Polak wykorzystuje właśnie swoje przysłowiowe "5 minut" i w ringu pokazuje się z bardzo dobrej strony. Zupełnie nie rozumiem komentarzy, że wczorajsza walka była w jego wykonaniu słaba. Kamil kontrolował pojedynek od pierwszego do ostatniego gongu, ani na moment nie spadła mu koncentracja, nie był także mocno trafiony, wygrał wyraźnie. Kibice oczekują nokautów, jakie "popełnił" Szeremeta najpierw na Alessandro Goddim, a później na Rubenie Diazie, ale wystarczy spojrzeć w rekord Kamila, by stwierdzić, że nie jest to typ punchera. Kamil nie potrzebuje nokautować, by wyraźnie wygrać walkę. I te atuty pokazał właśnie wczoraj. 


Ale zacznijmy od początku. Kamil urodził się w 1989 roku. Na amatorskim ringu stoczył niemalże 200 pojedynków, z czego tylko 22 zakończył jako przegrany. Na zawodowstwie zadebiutował stosunkowo późno, bo pod koniec 2012 roku, mając skończone 23 lata. Już w trzeciej walce spotkał się w ringu z Robertem Talarkiem, który też był wówczas na początku kariery. Kamil pokonał wtedy "Górnika" po czterech rundach stosunkiem dwa do remisu. Szeremeta od początku kariery bił się ze starszymi i doświadczonymi rywalami, by tylko wspomnieć Ismaila Teboeva, Daniela Urbańskiego czy Łukasza Wawrzyczka. Kamil dopiero w szóstej zawodowej walce pokusił się o pierwszą wygraną przed czasem. Co ciekawe, pokonany wtedy w trzeciej rundzie Ivica Gogosević dzisiaj ma na koncie 24 porażki, ale tylko siedem przed czasem.

Prawdziwa kariera Szeremety zaczęła się jednak od pamiętnej walki z Rafałem Jackiewiczem. Panowie od początku nie ukrywali, że nie darzą się sympatią, zakładali się nawet o wynik ich walki i wykorzystywali każdy moment, aby obrzucić się błotem. Spotkali się w 2015 roku w Legionowie. Walka nie porwała. Między linami wyraźnie lepszy okazał się młody Białoczanin wygrywając wyraźnie na punkty. Nazwisko Jackiewicza wówczas jeszcze sporo znaczyło i można stwierdzić, że to na nim wybił się Kamil, który w następnej walce wypunktował także solidnego Niemca, Arthura Hermanna. Szeremeta okazał się lepszy także od Patricka Mendy'ego, z którym wcześniej przegrał Robert Świerzbiński. 

Druga "czasówka" Szeremety to... niepokonany wcześniej Artem Karpets. Walka trwała pięć rund, podczas których Kamil dawał lekcje boksu Ukraińcowi i doprowadził do poddania ze strony sztabu trenerskiego swojego rywala. Później był spacerek z Kassimem Oumą, wygrana nad Jose Villalobosem i sparing z Sebastianem Skrzypczyńskim. Wszystko na punkty. Wyjazd do Włoch na walkę o wakujący pas EBU z Alessandro Goddim to była odważna decyzja. Po pierwsze, miała to być debiutancka walka poza granicami kraju dla Szeremety. Po drugie, wyjazd do Włoch, gdzie decyzje sędziowskie bywają więcej niż absurdalne. Po trzecie, o taką właśnie decyzje miał starać się Kamil zważywszy na swoje dwa nokauty w 16 pojedynkach. Po czwarte, rywal z rekordem 33 wygranych w 36 walkach. Przyznam szczerze, że ze sporą dozą niepewności patrzyłem na tą walkę, ale to, co najlepsze w boksie Kamila przyszło w najbardziej odpowiednim momencie. W drugiej rundzie Goddi dwukrotnie trafiony został prawym overhandem i sędzia nie zezwolił mu na dalszą konfrontacje. Polak został szóstym mistrzem Europy w historii polskiego boksu zawodowego, w dodatku wraca z tarczą z bardzo ciężkiego terenu.


Pierwsza obrona pasa nastąpiła w Łomży, czyli blisko Białegostoku. I choć wydawać się mogło, że Ruben Diaz to będzie trudniejszy rywal od Włocha, ale walka w Polsce, w połączeniu ze stylem Kamila Szeremety generowała jednak zdecydowanie większy spokój. Kamil toczył istotnie trudniejszy pojedynek, ale w 10 rundzie ciosy skumulowały się na Hiszpanie, który został wyliczony do "10". Wczoraj mieliśmy przyjemność oglądać drugą obronę. Była to jednocześnie druga walka wyjazdowa. Tym razem we Francji przywitał Kamila Andrew Francillette, który jedyną porażkę poniósł w starciu z... Alessandro Goddim, po niejednogłośnej decyzji sędziowskiej. 
Polak był zdecydowanym faworytem bukmacherów i świetnie rozpoczął pojedynek. W pierwszych trzech rundach Francuz nie istniał i wydawało się, że kolejny nokaut może wisieć w powietrzu. Później jednak rywal rozkręcił się, odpowiadał na ciosy Polaka i sam inicjował swoje akcje. W mojej ocenie Kamil mógł przegrać 2-3 rundy. Na mojej karcie widniał werdykt 118-110 dla Polaka, a więc wyraźna wygrana na wyjeździe. Sędziowie widzieli to podobnie. Dwóch dało Francuzowi trzy rundy, a trzeci arbiter od pierwszej do ostatniej odsłony zapisywał rundy pod nazwiskiem Polaka punktując 120-108. Tym bardziej nie rozumiem niezadowolenia kibiców i komentarzy, że z takim boksem daleko Kamil nie zajdzie. Otóż boksuje się tak, jak pozwala przeciwnik. Ten może nie był wyjątkowo wymagający, ale Szeremeta nie miał potrzeby szukać nokautu na siłę, jego narożnik doskonale widział co dzieje się w ringu, a trener Łapin wręcz stopował i uspokajał Polaka. Gdyby walka nie układała się po jego myśli, z pewnością podkręciłby tempo, rzucił się do ataku. Kamil znany jest z perfekcyjnego przygotowania kondycyjnego, dlatego obstawiam, że nie podkręcił tempa, bo po prostu nie musiał. Wygrał wyraźnie na terenie rywala i tylko to się liczy. 


Co dalej z Kamilem? Cóż, drzwi do większych walk otworzyły się przed Polakiem. W rankingach światowych federacji nazwisko Szeremeta widnieje wśród samych największych postaci tej kategorii wagowej. W WBC przed Polakiem są tylko mistrzowie Saul Alvarez i Jermall Charlo oraz Gennady Golovkin, w WBA Saul Alvarez, Rob Brant i Gennady Golovkin, natomiast w IBF mistrz Daniel Jacobs, a także Jack Culcay i Serhiy Derevyanchenko. Wczoraj z TVP Sport dowiedzieliśmy się, że Kamil Szeremeta ma teraz trzy opcje. Pierwsza z nich to kolejna obrona pasa mistrza Europy i kolejny wyjazd do Włoch, gdzie rywalem Polaka miałby być Matteo Signani. Druga to przywitanie Gennady Golovkina w pierwszym występie Kazacha na platformie DAZN, trzecia natomiast to awans do wyższej kategorii i spotkanie z mistrzem federacji WBA, Callumem Smithem. 
Trzeba przyznać, że opcję drugą i trzecią trudno sobie wyobrazić, o tyle kolejny wyjazd do Włoch do Matteo Signaniego jest kuszącą alternatywą. Włoch jest absolutnie w zasięgu Szeremety, jednak nie generowałby takich pieniędzy i takiego ciężaru gatunkowego, jak walka chociażby z "GGG". A może warto zaryzykować? Wygrana nad Kazachem byłaby czymś w rodzaju "Mission Imposible", jednak jak pokazała historia Maćka Sulęckiego, nawet przegrana po ciekawej walce otwiera wiele furtek. 
Na chwilę obecną Kamil na pewno da sobie czas na odpoczynek i wraz ze swoim sztabem gruntownie przeanalizuje wszystkie za i przeciw, by w odpowiednim momencie podjąć najlepszą dla siebie decyzje. Oby trafną! 

Zdjęcie: tojestboks.pl

czwartek, 28 lutego 2019

Geniusz Mateusza Borka - analiza "Ostatniego Tańca" w Katowicach...

Już 6 kwietnia odbędzie sie w katowickim "Spodku" kolejna gala pod batutą Mateusza Borka zatytułowana "Ostatni taniec". Dla kogo będzie to ostatni taniec? Od początku wydawało się, że będzie to pożegnanie z ringiem byłego mistrza Świata dwóch kategorii wagowych, Tomasza Adamka. Na to również zwracał uwagę oficjalny plakat wydarzenia, w którym to widoczne były oczy i dłonie "Górala". Teraz wygląda na to, że będzie to swego rodzaju benefis. Adamek nie pokaże się w walce, ale wejdzie na ring i oficjalnie pożegna się z polskimi kibicami. Swoją drogą, jest to najwyższa pora. Polak między linami zrobił bardzo dużo, zarobił mnóstwo pieniędzy, jest ustatkowany i nie potrzebuje rozmieniać swojego rekordu i szanowanego nazwiska na drobne. 
Kogo jeszcze zobaczymy na Śląsku? Na pewno wabikiem dla tamtejszych kibiców będzie Damian Jonak, który związany jest ze śląską ziemią. Niedawno dowiedzieliśmy się, że pokaże się także górnik z tamtych okolic, czyli Robert Talarek. Za widowisko odpowiedzialny będzie z pewnością Robert Parzęczewski, a w walce wieczoru pojawi się nie kto inny, tylko Mariusz Wach. W tej chwili na rozpisce znajduje się sześć pojedynków, jednak Mateusz Borek w rozmowie z Andrzejem Kostyrą nie wykluczył jeszcze jednego starcia. Miał pokazać się Adam Balski, jednak już wiemy, że kibice nie będą mieli okazji zobaczyć go w akcji w Katowicach. Być może w jego miejsce wskoczy jeszcze jeden, zastępczy pojedynek. Gala zapowiada się bardzo interesująco. Czy taka będzie w praktyce? Poczekajmy, zobaczymy...


Na rozpisce znajdziemy aż trzy pojedynki polsko-polskie, czyli to co kibice (a także sam szef MB Promotions) lubią chyba najbardziej. Walki te zapowiadają się dość interesująco. Mateusz Rzadkosz i Tomasz Gromadzki spotkają się w ringu już po raz trzeci, jednak kibiców na pewno nie nudzą ich konfrontacje. Zwłaszcza "Zadyma" dał się poznać polskiej publiczności ze swojego elektryzującego stylu walki. Publika uwielbia oglądać w ringu takich zawodników, z ogromnym sercem do boksu i absolutną wiarą w zwycięstwo. Gromadzki to zawodnik, pod którym można podpiąć słowa Michała Materli" "Może zabraknąć mi siły, kondycji, umiejętności, ale nigdy nie zabraknie mi charakteru". Takiego charakteru i serducha, jakim dysponuje Tomek Gromadzki nie ma wielu zawodników. Mateusz Rzadkosz jest na pewno lepiej ułożony stricte boksersko, ale walczy zdecydowanie bardziej zachowawczo. Walka jest interesująca z uwagi na fakt, iż wszystkie "jedynki" w rekordach tych pięściarzy są ich własną zasługą. Walczyli dwukrotnie. Za pierwszym razem padł sprawiedliwy remis, za drugim przed czasem zwyciężył Rzadkosz. Gdyby odjąć im te dwie walki, obaj mieliby nieskazitelne rekordy. Czy tym razem Gromadzki będzie w stanie wpisać "1" po stronie porażek Mateusza Rzadkosza? 
Drugim pojedynkiem na gali będzie starcie o pas międzynarodowego mistrza Polski w wadze super lekkiej. Pochodzący z Poznania Damian Wrzesiński zmierzy się z Kamilem Młodzińskim. Powiem szczerze i przyznam się, że nie jestem fanem talentu Kamila Młodzińskiego. Do niedawna uznawałem go za przeciętnego pięściarza, a w mojej opinii przegrał walki chociażby z Ivanem Njegacem i Krzysztofem Szotem. W ostatniej walce z Rafałem Grabowskim stawiałem, że zdecydowanie przegra, a ten na przekór moim słowom zdecydowanie wygrał. Była to trzecia (po dwóch walkach z Michałem Leśniakiem) walka, w której pokazał dojrzały boks i mógł podobać się w ringu. Damian Wrzesiński po ciężkiej walce wygrał w ostatnim pojedynku z Michałem Chudeckim i w mojej opinii to on będzie faworytem zbliżającego się pojedynku. Do tego dochodzi fakt, że został okrutnie przekręcony w Belgii w walce przeciwko Jean Pierre Bauwensowi, a także wysoko wypunktował Tomka Króla, z którym przegrał Młodziński. Poznaniak jest na fali wznoszącej i takich rywali jak Kamil Młodziński musi pokonywać, jeśli chce powalczyć o coś więcej w tym sporcie. To na pewno będzie dobra walka, z dużą dozą prawdopodobieństwa potrwa przez pełne 10 rund i zakończy się punktową wygraną "Wrzosa". 
Trzeci pojedynek polsko-polski to starcie, na które kibice ostrzą sobie zęby. Będzie to powrót Patryka Szymańskiego po absolutnie niespodziewanej, sensacyjnej wręcz porażce z rak Fauada El Massoudi. Jego ówczesny trener, Andrzej Gmitruk po walce wypowiedział się, że Patryk powinien zakończyć karierę, bo nie nadaje się do twardego sportu, jakim jest boks. Patryk zrobił sobie półroczną przerwę i wraca w Katowicach z bardzo mocnym i twardym rywalem, na papierze zdecydowanie lepszym niż El Massoudi. To Robert Talarek, pięściarski obieżyświat, który z niejednego pieca już chleb jadł. Zawodowo boksuje raptem od sześciu lat, a ma na koncie aż 38 pojedynków. Wygrywał m.in. w Szwecji, Niemczech, Czechach, Wielkiej Brytanii, Francji, Węgrzech, Hiszpanii i Holandii. Przynajmniej siedem razy pokonywał faworytów, a drugie tyle razy został obrabowany w wyjazdowych pojedynkach. To samouk i niesamowity twardziel, który na pewno poniżej pewnego poziomu nie pozwoli sobie zejść. Ten poziom to będzie wysoki poziom dla Szymańskiego, jednak zawodnik, który zdobył m.in. tytuł młodzieżowego mistrza Świata musi sobie z tego pokroju rywalem poradzić, jeśli marzy jeszcze o kontynuowania kariery w tym sporcie. Dla mnie jest to walka bez faworyta. Widzę atuty obu rywali. O ostatecznej wygranej zadecydować może konsekwencja taktyczna lub dyspozycja dnia. Szymański pozostaje niewiadomą.




No i przechodzimy do głównych dań wieczoru. Przede wszystkim podoba mi się jedna rzecz. Rywalami naszych będą pięściarze, którzy nigdy nie boksowali jeszcze w Polsce. Można przyczepić się do ich obecnego poziomu sportowego, ale przynajmniej nie są to tzw. odgrzewane kotlety, jakich na polskim podwórku niestety zdecydowanie zbyt dużo. Na początek Andrew Robinson, 35-letni "D'Animal" z Wielkiej Brytanii. 27 walk, 4 porażki i 1 remis. Wszystkie walki stoczone w swojej ojczyźnie. Dla Robinsona będzie to pierwszy wyjazd poza wyspę. Co skłoniło go do wizyty akurat w Polsce? Wygląda na to, że jest to rekord Damiana, który - nie ma tu co ukrywać - jest fantastyczny. Polak jest przecież niepokonany w 42 zawodowych występach i taki skalp ładnie wyglądałby w rekordzie Brytyjczyka. Przeanalizujmy jednak karierę Robinsona. 22 wygrane walki, tylko sześć "czasówek", ostatnia na początku 2016 roku, czyli trzy lata temu. Aż 19 rywali z ujemnym rekordem, z czego aż trzech w ostatnich sześciu występach. Cztery porażki, ostatnia w połowie ubiegłego roku, przed czasem. W ostatniej walce, pierwszej w wadze super średniej, wygrana czterorundowa walka z facetem mającym 5 wygranych w 51 występach. Walka warta odnotowania? Pojedynek z Nicky Jenmanem, zakończony wygraną niejednogłośną po 10 rundach. W tym miejscu warto dodać, że Jenman po pojedynku z Robinsonem przegrał trzy kolejne pojedynki, większość szybko przed czasem. Damian Jonak od powrotu na ring po trzyletniej przerwie stoczył dwa pojedynki, z Marcosem Cornejo i Sherzodem Khusanovem i oba wygrał. Absolutnie nie widzę możliwości, aby Polak uległ Andrew Robinsonowi. Sądzę, że go nie zastopuje, ale wypunktuje stosunkowo pewnie. Brytyjczyk nie ma żadnej broni, którą mógłby Damiana zaskoczyć.


Robert Parzęczewski to dla mnie największe odkrycie w ostatnim czasie na polskim podwórku. Bezdyskusyjnie zawodnik roku 2018, przynajmniej dla mnie. Młody, agresywny, silny, ale i twardo stąpający po ziemi, liczący swoje siły na zamiary, nie podpalający się, inteligentny. Można tak wymieniać w nieskończoność. Porażka jakiej doznał w 2015 roku to chyba największy prezent, jaki mógł dostać na tamtym etapie kariery. Hektolitry potu wylewane na treningach i sparingach doprowadziły go w tym momencie do walki z Dimitry Chudinovem. Kim jest Chudinov? Na pewno ktoś, kto w ostatnim czasie swoją karierę zdecydowanie poświęcił. Nie będę opowiadał, że to były mistrz Świata, bo dla mnie jego tytuł był nic nie warty. Chudinov boksuje od 2009 roku. Na początku walczył w USA, później dzielił to między Rosję, a Wielką Brytanię. Od kilku lat jeździ już po świecie i szuka przygód. Najważniejszą w tej chwili wytyczną są trzy porażki w czterech ostatnich występach. Warto dodać, że to były wszystkie walki wyjazdowe. Stąd wniosek, że Rosjanin nie liczy już na nic więcej, tylko zarobek i robienie pożytku z nazwiska. I tak trafił do Polski. Na pewno jest twardy, przed czasem przegrał tylko raz, w dodatku z samym Chrisem Eubankiem Jr, w ostatniej rundzie. W ostatnim czasie uległ jednak 47-letniemu Lolendze Mockowi, a także Patrickowi Mendy, który tą wygraną zakończył niechlubną passę pięciu kolejnych walk bez zwycięstwa. Fakt, iż Chudinov swego czasu wygrywał z takimi zawodnikami jak Patrick Nielsen, Mehdi Bouadla czy Geard Ajetović w tej chwili już nie mają znaczenia. "Arab" powinien zniszczyć Rosjanina, jeśli nie przed czasem to wysoko na punkty. Myślę jednak, że 10 rund to sporo i Polak rozpracuje - bądź co bądź - rozbitego już nieco rywala i zakończy pojedynek nokautem. 


No i na koniec Mariusz Wach i jego rywal, którego poznaliśmy dopiero wczoraj. Okazał się nim Martin Bakole Ilunga, pięściarz z Republiki Kongo, brat bardziej znanego pięściarza wagi cruiser, Ilungi Makabu. Pięściarz ten zawodowo walczy od niedawna, bo dopiero od pięciu lat. Stoczył tylko 12 pojedynków, przeboksował ledwie 36 rund. Na pewno posiada mocne uderzenie, bo niemal połowę swoich walk kończył już w pierwszej rundzie. Próżno szukać w jego rekordzie znanych nazwisk. Wygrywał z dwoma Polakami, Łukaszem Rusiewiczem i Kamilem Sokołowskim, jednak ich akurat zastopować nie potrafił. Nie znokautował także Ferenca Zsalka, który przed czasem przegrał 28 razy. Swoją karierę kontynuuje w Wielkiej Brytanii bo tam mieszka i trenuje. W ostatnim występie przegrał przed czasem z Michaelem Hunterem po bardzo słabej w swoim wykonaniu walce. To pokazuje jedną zależność. Jeśli Bakole szybko nie nokautuje, z biegiem kolejnych rund ma coraz większy problem. Wach to nie jest człowiek, którego można łatwo zastopować, a walka zakontraktowana jest na 10 rund. Wniosek jest jeden - im dalej w las, tym więcej (dla Bakole) drzew. Mariusz również - jak pamiętamy - jest po przegranej, ale dobrej walce. Polak powinien przetrzymać początkowy napór rywala i po upływie 3-4 rund przejmować panowanie nad wydarzeniami w ringu. Uważam, że "Viking" jest w stanie powtórzyć wyczyn Huntera i również pod koniec walki wygrać przed czasem. Mariusz z tak mało doświadczonym przeciwnikiem ostatni raz walczył bardzo dawno temu. Było to konkretnie w 2010 roku, kiedy to znokautował Christiana Hammera. Owszem, Wachowi zdarzały się bardzo słabe występy w ringu, jak chociażby te z Gbengą Oluokunem czy Marcelo Nascimento, ale nie wyobrażam sobie, w jak słabej dyspozycji musiałby być, aby dać się ograć Martinowi Bakole. 


Podsumowując, gala na pierwszy rzut oka wygląda na fajnie zbilansowaną, przede wszystkim z nowymi nazwiskami, z teoretycznie wyrównaną kartą, ale gdy człowiek zagłębi się, spróbuje przeanalizować temat, wychodzi na to, że rywale są wręcz idealnie skrojeni dla Polaków. To idealny matchmaking Mateusza Borka, bo w rekordach pojawią się wygrane nad ciekawymi nazwiskami, być może nawet bardzo przekonujące i wprowadzające Polaków na jeszcze wyższy poziom. Brawo!

środa, 30 stycznia 2019

Adam Kownacki - dywagacje, przemyślenia...

Pisałem o nim w marcu po walce z Kiladze. Pisałem we wrześniu przed walką z Martinem. I pisze teraz, bo jest to obecnie najbardziej gorący temat w polskim boksie. Adam Kownacki - swoisty fenomen tego sportu. Człowiek przypominający ludzika Michelin, który idzie przez swoją karierę jak taran. Facet, który nie dysponuje jakimiś świetnymi warunkami fizycznymi. Ale za to człowiek, który wierzy w swoją siłę, ma cele i marzenia, które spełnia. Pięściarz z ogromną wolą walki, z wielkim serduchem do bitki. 


Nie będę wypowiadał się już o umiejętnościach stricte bokserskich, bo o tym pisałem w  artykule "Niedoskonałości "Babyface'a"" w marcu 2018 roku. Od tego czasu Polak wygrał dwie walki, ale w aspekcie walorów nic się nie zmieniło. Kownacki nie porusza się po ringu jak Fury, nie prezentuje techniki jak Ortiz. Nie wypowiem się o jego odporności na ciosy, bo chyba jeszcze nie został zweryfikowany. Siła ciosu? Większość powie, że ogromna, chociaż ja jestem - jak zwykle - sceptyczny. Adam nie bije tak mocno jak Wilder czy Joshua. Jego nokauty to wynik kumulacji ciosów, a nie pojedynczej bomby. W czym tkwi zatem fenomen Polaka? Ja odpowiem na to pytanie w ten sposób: Moim zdaniem to nie jest fenomen. Miejsce Kownackiego w TOP10 wagi ciężkiej jest przyznane w wyniku słabej obecnej sytuacji całej wagi ciężkiej. Bo typowo sportowo to miejsce nie należałoby mu się, nie ma co ukrywać. Wygrane walki ze Szpilką, Kiladze, bardzo wyrównana konfrontacja z Martinem i nokaut na Washingtonie to nie jest - umówmy się - mistrzostwo Świata...
Problem jest taki, że mamy w chwili obecnej znowu marazm w królewskiej kategorii. Jest Deontay Wilder i Tyson Fury, którzy konsekwentnie grają na nosie Eddiemu Hearnowi, jest jego zawodnik czyli Anthony Joshua i tu zamykamy podium. Ok. Ale rzućmy okiem na pretendentów. Jest Dillian Whyte, który już z Joshuą przegrał, jest Jarrell Miller, który wielkich wyzwań też jeszcze nie przechodził, jest Luis Ortiz, który przegrał z Wilderem, dalej Alexander Povetkin, który przegrał z Joshuą, Joseph Parker, który przegrał i z Joshuą i z Whyte'm, Dominic Breazeale, który przegrał z Joshuą i jest mocny w gębie oraz ewentualnie Kubrat Pulev, który konsekwentnie unika dużych wyzwań. Kto po za tym? Poza tym właśnie Adam Kownacki. I teraz kolejne pytanie: Czy pozycja Kownackiego faktycznie wynika z jego umiejętności i faktycznych dokonań? 


NIE! I jak uwielbiam oglądać tego chłopaka i bardzo go cenie, tak konsekwentnie nie widzę go w starciach chociażby z wyżej wymienionymi, nie wspominając nawet o podium. To, że nie widzę to oczywiście nie znaczy, że odradzam. Przeciwnie. Niech walczy, bo drugiej szansy może już nie mieć. To jest bardzo dobry moment, bo każdy z wyżej wymienionych albo już spróbował i przegrał, albo nie jest zbyt mocno brany pod uwagę. W tej sytuacji "Babyface" robiący wiatrak z Geralda Washingtona jeszcze bardziej wywindował się na pozycje challengera. Ja jednak osobiście boje się za każdym razem, kiedy widzę nacierającego Adasia, bo jedna kontra może pozbawić marzeń i samego Kownackiego i wiele tysięcy polskich kibiców. Bo nasza polska waga ciężka też przeżywa spory kryzys. I co w momencie, w którym Kownacki zanotuje porażkę? W kim będziemy pokładać kolejne nadzieje? W nieistniejącym Ugonohu? W połkniętym i wyplutym Szpilce?


Podsumowując, chciałbym się odnieść jeszcze do słów samego zainteresowanego. Polak dostał widocznie informacje, że na jesień może dostać szanse od Wildera, jeśli ten upora się z Tysonem Furym. Amerykanin z Brytyjczykiem spotkają się prawdopodobnie w maju. W przypadku wygranej "Brozne Bombera" będzie on gotowy do kolejnej obrony w okolicach września/października. Kowancki boksował w styczniu i zastanawia się, czy stoczyć jeszcze jedną walkę, czy czekać. Bo - cytuje: "nie ma chyba co podejmować zbędnego ryzyka biorąc jakąś walkę z mocnym rywalem". Trochę mnie to zaskoczyło, bo wydawało mi się, że to pięściarz z krwi i kości, a nie biznesmen i analityk. Nawet jeśli jakimś cudem zdobędzie ten pas to będzie musiał go bronić z najlepszymi. Wtedy też będzie analizował czy warto podjąć ryzyko? O to chodzi w tym sporcie? 

Adam! Bierz się do roboty, bo wszedłeś na wysoki poziom i łatwiej na nim już nie będzie! Koniec dywagacji!

czwartek, 17 stycznia 2019

Pięciu wygranych 2018 roku...

Wiadomym jest, że największe laury w 2018 roku zdobył Ukrainiec Oleksandr Usyk. Zunifikował on wszystkie mistrzowskie pasy w jednej kategorii wagowej, a następnie wniósł je na szale w kolejnej walce i obronił w świetnym pojedynku z Tony'm Bellew kończąc walkę przez jeden z najlepszych nokautów minionych 12 miesięcy. On w 2018 roku wygrał wszystko, ale w tym miejscu chciałbym wspomnieć o tych, dla których miniony rok był więcej niż przełomowy. Którzy zaskoczyli, zadziwili świat, którzy stawiani byli w roli kopciuszków, a udowodnili, że są bardzo wiele warci. Tych, którzy jeszcze kilka lat temu zaczynali swoje kariery, a ich nazwiska niewiele kibicom mówiły. Dzisiaj są już wielkimi gwiazdami, mistrzami Świata, a w dalszym ciągu prospektami na jeszcze większe sukcesy w przyszłości.

Pierwszym wygranym 2018 roku jest niewątpliwie nowa gwiazda brytyjskich ringów, Callum Smith. Najmłodszy z pięściarskiego rodzeństwa święci największe sukcesy, a zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 29-latek z Liverpoolu pozostaje niepokonany w 25 występach, a na rozkładzie ma już konkretne nazwiska. W ubiegłym roku dołożył wygrane nad Nieky Holzkenem i przede wszystkim George Grovesem, co poskutkowało wygranym turniejem z cyklu WBSS w wadze super średniej. Trofeum imienia Muhammada Alego to wielkie wyróżnienie, ale "Mundo" w turnieju zyskał dużo więcej. Najpierw pas WBC Diamond, a po walce z Grovesem jeszcze tytuł mistrza Świata federacji WBA. W tym momencie portal Boxrec klasyfikuje go już w TOP10 rankingu P4P bez podziału na limity wagowe. Anglik ma świetne warunki fizyczne i nie wykluczam, że niedługo będzie chciał zmienić kategorię i pójść po nowe wyzwania do wagi półciężkiej. W obecnej kategorii ma jednak jeszcze przynajmniej jedno duże wyzwanie. Liczę na to, że w 2019 roku w unifikacyjnym boju sprawdzi się z równie wysokim i równie mocnym Gilberto Ramirezem.


Kolejny Brytyjczyk, któremu w 2018 roku świat obrócił się do góry nogami to Josh Warrington. Sam osobiście przyznam się, że nie doceniałem tego zawodnika, bo wydawał mi się zbyt drobny, a do tego walczył tylko na swoim terenie. 9 z 10 ostatnich pojedynków stoczył w swoim rodzinnym Leeds na First Direct Arena. Anglik po tytuł IBF sięgnął również w Leeds, ale pokonał mocnego Lee Selby'ego w jego piątej obronie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia wybrał się jednak do Manchesteru i tam wypunktował świetnego przecież Carla Framptona prezentując świetny boks, świetne przygotowanie i znakomitą szybkość. 29-letni "Leeds Warrior" odprawił już dwóch swoich rodaków, a na drodze stoi jeszcze jeden. W następnej walce Warrington ma się spotkać z Kidem Galahadem i jeśli tą przeszkodę przejdzie, wówczas zostanie mu podbicie amerykańskiego ringu i walki z takimi zawodnikami jak Gary Russel Jr, Oscar Valdez, Leo Santa Cruz czy Guillermo Ringondeaux. Rok 2019 zapowiada się w tym limicie pasjonująco.


Dla mnie osobiście Jaime Munguia to największe odkrycie 2018 roku. Bo dokładnie 12 miesięcy temu Meksykanin był uważany co najwyżej za prospekta jednego z wielu. Dziś 23-latek z Tijuany to diament czystej wody. Młody pięściarz imponuje przede wszystkim intensywnością walk, aktywnością. Od początku 2016 roku wchodził do ringu aż 19 razy, a już za dwa tygodnie rozpocznie kolejny aktywny rok walką z niepokonanym Takeshim Inoue. Rok 2018 był dla Munguii szczególny. Najpierw nieoczekiwanie znokautował mistrza Świata Sadama Alego wskakując do walki jako zastępstwo, a następnie w pierwszej obronie wypunktował solidnego Liama Smitha, by rok zakończyć nokautem na Brandonie Cooku. Z pozycji młodego chłopaka awansował na jedną z wschodzących gwiazd światowego boksu. A pomyśleć, że mogło to się zupełnie inaczej skończyć, bo Munguia chciał walczyć z Gennady Golovkinem 5 maja, jednak nie został dopuszczony do tej walki przez komisję stanową i ostatecznie z "GGG" spotkał się Vanes Martirosyan. Munguia już tydzień później sięgnął po pas WBO w niższym limicie wagowym, a kto wie, czy Golovkin nie zastopowałby tej świetnej kariery. Meksykanin jest bardzo ambitny. Jego życzeniem jest walka ze swoim bardziej znanym rodakiem Saulem Alvarezem, ale do tego musi jeszcze udowodnić swoją wartość. W kategorii super półśredniej ma wielu zawodników, na tle których jest w stanie to zrobić.


Jednym z nich jest na pewno Jarrett Hurd - kolejny w zestawieniu na największych wygranych mijającego roku. "Swift" w dotychczasowej karierze pokazuje bardzo wysokie umiejętności, ale ma też sporo szczęścia. Swój pas federacji IBF zdobył już w 2017 roku wygrywając pojedynek o wakujący tytuł z Tony'm Harrisonem, po czym obronił go w starciu z Austinem Troutem. Prawdziwe wyzwanie przyszło jednak w ubiegłym roku. W kwietniu zmierzył się z uważanym za najlepszego w tym limicie Erislandy'm Larą. Walka była bardzo wyrównana, a o końcowym zwycięstwie Hurda zadecydowała ostatnia runda, podczas której Lara znalazł się na deskach po krótkim lewym sierpowym na 35 sekund przed końcem walki. Ten jeden punkt zadecydował wówczas o niejednogłośnej wygranej "Swifta" i unifikacji pasów na jego korzyść. W grudniu znokautował jeszcze Jasona Welborna na potwierdzenie słów, że był to dla niego wyjątkowy rok. Amerykanin boksuje w tej samej kategorii wagowej co Jaime Munguia i ich walka byłaby na pewno kapitalna, ale wydaje się, że Hurd spotka się teraz z obowiązkowym pretendentem Julianem Williamsem, a następnie w rewanżu z Tony'm Harrisonem, który pod koniec ubiegłego roku nieoczekiwanie odebrał tytuł Jermellowi Charlo. Dla Jarretta Hurda walka z rodakiem byłaby okazją do zdobycia kolejnego tytułu. Wówczas zostałby już tylko ten należący do Munguii.


Ostatnim pięściarzem, którego chciałem tu wymienić jest reprezentant USA Regis Prograis. Tu podobnie jak w przypadku Josha Warringtona gwiazda rozbłysła stosunkowo niedawno. Utalentowany Amerykanin nie był znany szerokiej publiczności do czasu walki o tymczasowe mistrzostwo Świata federacji WBC w wadze super lekkiej. Rywalem Amerykanina był niedawny podwójny mistrz Świata i uczestnik walki o wszystkie cztery mistrzowskie tytuły, Julius Indongo. Pięściarz z Namibii przegrał wówczas walkę z Terence'm Crawfordem w trzeciej rundzie, ale niespodziewanie w następnej walce uległ jeszcze szybciej właśnie Regisowi Prograis. 30-letni "Rougarou" wysłał sygnał, że może się liczyć w stawce i w lipcu dostał eliminator do udziału w turnieju WBSS, który świetnie wykorzystał nokautując w ósmej rundzie niepokonanego wcześniej Juana Jose Velasco zdobywając pas WBC Diamond. W ćwierćfinale turnieju sam wybrał sobie najbardziej doświadczonego Terry'ego Flanagana i wypunktował go bardzo wysoko potwierdzając niejako status wschodzącej gwiazdy tego sportu. Rok 2019 będzie dla niego przełomowy, gdyż najpierw w pojedynku półfinałowym spotka się z posiadaczem pasa WBA, Kirilem Relikhem, a po ewentualnej wygranej, w finale turnieju im. Muhammada Alego z jednym z dwóch młodych i silnych pięściarzy - Joshem Taylorem lub Ivanem Baranchykiem. To może być jego rok.


Swoją listę zakończyłem na pięciu nazwiskach, ale takich obiecujących w 2018 roku było przecież jeszcze wielu. Wspomnę tylko chociażby o Eleiderze Alvarezie, który dość nieoczekiwanie znokautował Sergeya Kovaleva czyOleksandrze Gvozdyku, który odebrał długo trzymany tytuł Adonisowi Stevensonowi. Z bardzo dobrej strony pokazali się także tacy zawodnicy jak Mourice Hooker, Alberto Machado, Luis Nery czy wspomniany już tutaj Josh Taylor.
Oby w przyszłym roku też było o kim pisać w samych superlatywach...

piątek, 4 stycznia 2019

Noworoczne jasnowidzenie - 25 proroctw na 2019 rok...

Pożegnaliśmy 2018 rok i z otwartymi ramionami witamy 2019 życząc sobie walk na najwyższym światowym poziomie, efektownych nokautów, sprawiedliwych werdyktów i ogólnie sporo emocji. Przypominacie sobie moje 25 proroctw na rok, który właśnie się skończył? Nadszedł czas rozliczeń...
Podobnie jak przed rokiem, za poprawny typ przyznaje sobie 100%, za typ trafiony w połowie 50%, a za totalną abstrakcję 0%. Do dzieła!
1. Oleksandr Usyk wygrał turniej WBSS, ale w finale spotkał się z Muratem Gassievem, a nie Yunierem Dorticosem - 50%
2. Szóstą porażkę w istocie notuje Tomasz Adamek. To koniec kariery "Górala" - 100%
3. Michał Syrowatka przegrał rewanż z Robbie Daviesem Juniorem i stracił pas WBA Continental - 100%
4. Anthony Joshua wygrał na punkty z Josephem Parkerem, a do starcia Anglika z Deontayem Wilderem nie dochodzi - 100%
5. Roman Gonzalez nie zakończył kariery i nie zamierza tego robić - 0%
6. Adam Kownacki wygrał z Iago Kiladze - 0%
7. Artur Szpilka nie wygrał trzech walk, a dwie - 50%
8. Saul Alvarez kontrowersyjnie pokonuje Gennady Golovkina - 100%
9. Terance Crawford i Vasyl Lomachenko zdobywają tytuły w kolejnych dywizjach - 100%
10. Tyson Fury i Floyd Mayweather wrócili na ringi - 100%
11. Ani Mateusz Masternak, ani Krzysztof Zimnoch nie zadebiutowali w MMA - 0%
12. Deontay Wilder wygrał przed czasem walkę z Luisem Ortizem, ale nie tak szybko, jak myślałem - 50%
13. Na ring wrócił Damian Jonak - 100%
14. Nie doszło do walki Macieja Sulęckiego z Vanesem Martirosyanem, nie jest blisko walki o pas - 0%
15. Mateusz Tryc wszedł do ringu dwukrotnie, a Kamil Gardzielik trzykrotnie - 100%
16. Kamil Szeremeta zdobył pas EBU we Włoszech, a obronił go w Polsce - 100%
17. Gala na PGE Narodowym faktycznie doszła do skutku, ale nie pojawił się na niej Mariusz Wach - 50%
18. Ewa Piątkowska w dalszym ciągu posiada pas WBC - 0%
19. "Król Cyganów" wrócił do boksu w formie lepszej, niż przypuszczałem - 50%
20. Manny Pacquiao walczy dalej - 0%
21. Może nie 5, ale przynajmniej 3 unifikacyjne walki miały miejsce - 50%
22. Nie doszło do walki Dmitry Bivola z Sergeyem Kovalevem - 0%
23. Tomasz Babiloński skupił się na MMA, pod szyldem Babilon MMA wyszło kilka gal - 100%
24. Fiodor Łapin pozostał w grupie Andrzeja Wasilewskiego - 0%
25. Daniel Dubois wszedł do ringu tylko trzy razy, nie jest jeszcze brany pod uwagę przez mistrzów królewskiej kategorii - 0%

A więc poprawnie wytypowałem 10 proroctw, a 6 w połowie. Wychodzi na to, że 9 było zupełnie pozbawionych sensu. To wynik na poziomie 52%, a więc aż o 14% lepszy niż w zeszłym roku. Wówczas było przyzwoicie, teraz jest bardzo dobrze. Nie spodziewałem się takiego wyniku.


A co zdarzy się w najbliższym roku? Czytajcie!

1. Sergey Kovalev zakończy karierę po drugiej porażce z Eleiderem Alvarezem.
2. W dalszym ciągu nie dojdzie do walki Anthony'ego Joshuy z Deontayem Wilderem.
3. Manny Pacquiao pokona Adriena Bronera, ale nie odbędzie się jego rewanż z Floydem Mayweatherem.
4. Oleksandr Usyk zadebiutuje w wadze ciężkiej. Wygra, ale będzie ciężej niż przewidywano.
5. Odbędzie się trzecia walka Saula Alvareza z Gennady Golovkinem. Znów na punkty, znów po bliskiej punktacji zwycięży Meksykanin.
6. Trenerem Artura Szpilki zostanie Brytyjczyk.
7. W 2019 roku po pasy mistrzowie sięgnie przynajmniej 8 nowych pięściarzy.
8. Cztery walki stoczy Fiodor Czerkaszyn. Pod koniec roku będzie już o nim głośno.
9. Rewanżowa walka Deontaya Wildera z Tysonem Fury'm zakończy się ciężkim nokautem w pierwszej połowie walki.
10. Krzysztof Głowacki niestety nie wystąpi w finale turnieju WBSS w wadze cruiser. W nim Mairis Briedis pokona Yuniera Dorticosa.
11. Na ring w 2019 roku wróci Marcin Najman. Przegra jednak kolejną walkę.
12. W 2019 roku trzy walki na najwyższym poziomie zakończą się remisami.
13. Pięciu pięściarzy ze światowej czołówki straci zera w rekordach.
14. Będą kłopoty z organizacją gali grupy Tiger Promotions. Kariera Izu Ugonoha stanie pod znakiem zapytania.
15. Adam Kownacki  zaliczy w 2019 roku wpadkę i oddali się perspektywa jego walki o pas.
16. Bob Arum wycofa się z boksu.
17. Karierę pięściarską zdecyduje się zakończyć Krzysztof Zimnoch. Na pewno nie wróci na ring w 2019 roku.
18. Do boksu wróci Władimir Kliczko. Niekoniecznie na ring, ale do boksu.
19. Walki o pas EBU doczeka się Filip Hrgović albo Joe Joyce.
20. Swoją walkę przegra Andrzej Fonfara. "Polski Książe" rozważać będzie zakończenie kariery.
21. Naoya Inoue i Josh Taylor zwycięzcami turniejów WBSS.
22. Maciej Sulęcki doczeka się walki za granicą, ale zakończy się ona przegraną.
23. Powstanie turniej pięściarski imienia ś.p. Andrzeja Gmitruka.
24. Przynajmniej 5 razy do ringu wejdzie w 2019 roku Jaime Munguia.
25. Ewa Brodnicka dostanie propozycje walki poza granicami kraju. Polka zaliczy pierwszą zawodową porażkę.

Rozwikłanie tych zagadek dokładnie za 12 miesięcy. Oby owocnych dla tego pięknego sportu.