Wszystko gotowe! Arabia Saudyjska zbudowała specjalnie na to wydarzenie znakomity obiekt, żeby ugościć na nim dwóch wielkich aktorów pięściarskiego rzemiosła. Już jutrzejszego wieczoru (wieczoru, nie nocy polskiego czasu) na ring w Diriyah wejdą mistrz Świata federacji WBA, WBO i IBF Andy Ruiz Jr oraz - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - pretendent do tychże pasów Anthony Joshua. Będzie to naturalnie walka rewanżowa za pojedynek z czerwca, kiedy to sensacyjnie Meksykanin czterokrotnie rzucał faworyzowanego Anglika na deski w konsekwencji nokautując go w połowie siódmej rundy. Wówczas bokserski świat zatrzymał się na chwilę w miejscu, bo absolutnie nikt nie spodziewał się takiego rozwiązania. Ruiz wziął wtedy walkę z Joshuą w zastępstwie Jarrella Millera złapanego na dopingu. Jutro znów pięściarscy kibice zasiądą przed telewizorami, aby zobaczyć to wielkie widowisko. Czy historia się powtórzy? A może Brytyjczyk wróci na należne sobie miejsce?
Tak jak już wspominałem, eksperci przed czerwcową walką zapowiadali, że Andy Ruiz to łatwiejszy przeciwnik niż pierwotnie anonsowany "Big Baby" Miller. Anthony Joshua miał przejechać się po otyłym Meksykaninie jak walec po asfalcie, odhaczyć kolejne zwycięstwo i wypatrywać na horyzoncie walki o wszystko ze zwycięzcą pojedynku Wilder - Fury. Tak się jednak nie stało, a pięściarz o pseudonimie "Destroyer" sprawił psikusa wszystkim, z "AJ'em" i jego promotorem Eddie Hearnem na czele.
Meksykanin to oczywiście klasowy pięściarz, ale nikt nie zakładał, że może wznieść się na poziom mistrzowski, gdyż w dotychczasowej karierze nie mierzył się z wybitnymi rywalami. Karierę Ruiz rozpoczął w 2009 roku, ale rozpoznawalność zyskał dopiero cztery lata później, kiedy to na dwóch następujących po sobie galach w Makau pokonał najpierw Joe Hanksa, a później Tora Hamera. Rok później spotkał się z Siarheiem Liakhovichem i nie potrafił zrobić mu krzywdy. Wówczas zaczęto wątpić w siłę Andy'ego Ruiza, ponieważ Białorusin trzy wcześniejsze walki przegrywał przed czasem z Deontayem Wilderem, Bryantem Jenningsem i Robertem Heleniusem.
W 2016 roku "Destroyer" spotkał się ze starym Rayem Austinem, słabym Joshem Gormleyem i wracającym po dwuletniej przerwie Franklinem Lawrence'em. Tego ostatniego nie potrafił zastopować, a w ringu Ruiz wyglądał po prostu źle. Pod koniec roku dostał jednak znakomitą szansę walki o mistrzostwo Świata WBO. Tytuł był wakujący po Tysonie Furym, a Ruiz miał się spotkać w Nowej Zelandii z miejscowym bohaterem Josephem Parkerem. Andy wyjątkowo zmobilizował się na tą walkę i w ringu zaprezentował wszystko, co ma najlepszego. Ostatecznie sędziowie minimalnie opowiedzieli się za Parkerem, ale nie brakuje głosów, że to właśnie Ruiz był tamtego dnia lepszy.
Po walce z Parkerem cały 2017 roku Ruiz stracił. Nie wyszedł do ringu ani razu i świat o nim zapomniał. Meksykanin wrócił w 2018 roku, wygrał trzy walki, m.in. z Kevinem Johnsonem i Alexandrem Dimitrenko, a zaledwie sześć tygodni po wygranej nad Rosjaninem z niemieckim paszportem wyszedł do ringu w Madison Square Garden naprzeciw obwieszonego mistrzowskimi pasami Anthony'ego Joshuy...
O "AJ'u" nie ma co za wiele mówić. Jest to jedna z największych obecnie postaci wielkiego boksu. Świetny pięściarz i jeszcze lepszy produkt marketingowy generujący kapitalne zyski i ogromną oglądalność. Anglik stoczył w ringu dotychczas 23 pojedynki, ale lista jego rywali jest dużo bardziej imponująca niż rekord Meksykanina. Pas mistrza Świata Brytyjczyk zdobył w zaledwie szesnastej zawodowej walce szybko wygrywając wówczas z Charlesem Martinem.
Na swoim rozkładzie Joshua ma także niepokonanych wcześniej Dilliana Whyte'a, Gary'ego Cornisha czy Dominika Breazeale'a. Każdego z nich zdominował i znokautował. W 2017 roku na wypełnionym po brzegi stadionie Wembley stoczył pasjonującą walkę z dominatorem wagi ciężkiej ostatnich lat Wladimirem Kliczko. Anglik zapoznał się w tej walce po raz pierwszy w karierze z deskami, ale zdołał wstać, przetrwać kryzys i zastopować Ukraińca w przedostatniej rundzie. Eksperci mówią, że był to ostatni świetny występ Joshuy. Później również wygrywał, ale coś w jego boksie się zacięło.
Po walce na Wembley Anglik zmierzył się z Carlosem Takamem, Josephem Parkerem i Alexandrem Povetkinem. Z Kameruńczykiem nieoczekiwanie męczył się aż 10 rund, a zakończenie walki przez sędziego było bardzo przedwczesne. Z Parkerem po raz pierwszy przeboksował pełen dystans, jednak ani razu porządnie nie trafił Nowozelandczyka, a walka została uznana za stosunkowo nudną. Ostatni pojedynek podopiecznego Eddiego Hearna zaczął się źle dla Anglika. Alexander Povetkin przejął inicjatywę i zaczął od początku nieco dominować w ringu, czym zaskoczył rywala. W siódmej rundzie Joshua wygrał przez nokaut, ale wynikało to w większej mierze z braku sił Rosjanina. Później przyszła walka z Ruizem i wszyscy wiemy, jak się skończyło. Kibice i eksperci zastanawiają się, co mogło być przyczyną takiego stanu rzeczy. Wielu z nich mówi otwarcie, że Joshua się po prostu poddał, że zabrakło mu serca do walki...
Andy Ruiz Jr.
Wiek: 30
Wzrost: 188cm
Zasięg: 188cm
Waga: ok. 129kg
Rekord: 33 (22 KO) - 1 (0 KO) - 0
Rundy: 151
Debiut: 2009
Sukcesy:
WBA Super World heavyweight (2019-...)
WBO World heavyweight (2019-...)
IBF World heavyweight (2019-...)
IBO World heavyweight (2019-...)
WBO InterContinental heavyweight (2013)
Anthony Joshua
Wiek: 30
Wzrost: 198cm
Zasięg: 208cm
Waga: ok. 108kg
Rekord: 22 (21 KO) - 1 (1 KO) - 0
Rundy: 91
Debiut: 2013
Sukcesy:
WBO World heavyweight (2018-2019)
WBA Super World heavyweight (2017-2019)
IBO World heavyweight (2017-2019)
IBF World heavyweight (2016-2019)
Commonwealth (British Empire) (2015)
WBC International heavyweight (2014)
Panowie są w tym samym wieku - chyba najlepszym dla pięściarza wagi ciężkiej. Andy Ruiz jest starczy od Anthony'ego Joshuy o... miesiąc. I na tym skończyłyby się podobieństwa. Mamy rażącą dysproporcje warunków fizycznych. Anglik jest wyższy od Meksykanina o 10cm, a jego zasięg jest większy aż o 20cm. Inaczej ma się waga. W czerwcowym pojedynku "Destroyer" wniósł między liny ponad 121 kilogramów, przy 112 Brytyjczyka. Bardzo jestem ciekawy dzisiejszego ważenia, bo zwłaszcza Joshua wygląda jak swoja dużo szczuplejsza wersja. Meksykanin również zrzucił sporo brzuszka, więc mogę obstawiać, że Ruiz wniesie ok. 115kg, a Joshua 103-105kg. Jestem niesamowicie ciekawy, jak nowe rozmiary obu zawodników przełożą się na ich poczynania w ringu. [EDIT: Joshua na ważeniu zanotował 107,5kg, natomiast Andy Ruiz nieoczekiwanie ponad 128 kilogramów. Wygląda jednak na to, że była to ze strony Meksykanina zagrywka taktyczna, gdyż dochodzą informacje, że sombrero Ruiza ważyło ponad 3 kilogramy, a w kieszeniach obrońcy tytuły znajdowały się dwa telefony komórkowe] Ruiz ma bardzo szybkie ręce. Czy będzie jeszcze szybszy, nieuchwytny dla Joshuy? Anglik natomiast ma zrezygnować z brutalnej siły, a spróbować boksować technicznie wykorzując przewagę warunków.
Walkę na saudyjskim ringu poprowadzi doświadczony Luis Pabon z Portoryko. Jest to o tyle sprawiedliwe rozwiązanie, że 53-letni arbiter nigdy nie pracował przy żadnej walce obydwu pięściarzy. Na stołkach zasiądą tym razem Glenn Feldmann, Steve Gray i Benoit Roussel. Jest to towarzystwo międzynarodowe. Zdecydowanie najbardziej doświadczony jest Amerykanin Feldmann, który punktuje walki od 1992 roku. Ruiz i Joshua mieli wówczas po trzy lata. Steve Gray jest rodakiem "AJ'a", a jego kariera sędziowska trwa od 14 lat, natomiast uniwersalny w tym gronie ma być Roussel - Kanadyjczyk pracujący w zawodzie od 15 lat. Zacznijmy od Anglika Graya. To osoba, która doskonale zna Anthony'ego Joshue. Sędzia ten pięciokrotnie pracował jako ringowy w walkach rodaka, jednak nie było mu dane zbyt długo przyglądać się jego umiejętnościom. Matt Legg, Matt Skelton, Konstantin Airich i Eric Molina wytrzymali wspólnie z Joshuą dziewięć rund. Nieco mniej, bo aż siedem przeboksował Sasha Povetkin. Raz zdarzyło się Grayowi być punktowym w walce rodaka. W jedynym pojedynku rozstrzygniętym na punkty, z Josephem Parkerem arbiter uznał, że Joshua wygrał 10 z 12 rund. Amerykanin Glenn Feldmann był natomiast sędzią punktowym w walce Joshuy z Erikiem Moliną, jednak pojedynek skończył się po trzech rundach. Benoit Roussel nie pracował przy walkach Joshuy.
Prosta sprawa jest po stronie panującego mistrza. Zarówno wspomniany wcześniej Luis Pabon, jak i wszyscy trzej sędziowie punktowi nie mieli styczności z walkami Ruiza Juniora nigdy wcześniej. Wygląda na to, że sędziowską przewagę może mieć Joshua, ale Andy Ruiz z pewnością nastawia się na powtórkę z rozrywki, kiedy to sędziowie punktowi nie byli do niczego potrzebni.
Na koniec tradycyjnie podsumowanie i analiza jak może potoczyć się pojedynek. Na wstępie dodam, że czerwcowa walka była debiutem Anthony'ego Joshuy na amerykańskim ringu. Analitycy twierdzą, że Anglik nie czuł się w ringu swobodnie nie mając za sobą całej rzeszy angielskich kibiców. Była to dla niego nowość, a wiemy, że takie aspekty potrafią zmienić nastawienie psychiczne. Podobna sytuacja miała miejsce w walce Krzysztofa Głowackiego z Marco Huckiem. Niemiec był nie do ruszenia dla swojej ziemi, a debiut w USA skończył się sensacyjną porażką na rzecz Polaka. Jak przebiegnie rewanż Joshuy i Ruiza? Teraz już panowie się znają, poznali swoją siłę i możliwości. Pewniejszy siebie będzie na pewno Ruiz, bo to on okazał się silniejszy w pierwszej walce. "AJ" ma boksować inaczej, ale czy będzie umiał powstrzymać się od bitki? Zagadką będzie też jaką siłą i odpornością będzie dysponował "mniejszy" Anglik. Osobiście nie zdziwię się, jeśli Meksykanin ruszy mocno od początku na Joshuę. Jego kondycja pomimo sporych rozmiarów brzuszka jest bardzo przyzwoita i spuchnąć nie powinien. Jeśli ruszy i trafi, walka może zakończyć się bardzo szybko. Wszak, Arabia Saudyjska to w dalszym ciągu daleko od domu Joshuy. Może psychicznie tego nie znieść. Innym scenariuszem będzie dużo spokojniejsza walka - wówczas większe szanse na Anglik, który powinien trzymać rywala na dystans wykorzystując dużo większy zasięg ramion. Sytuację w ringu może zmienić jeden silny cios, który otworzy jednemu bądź drugiemu furtkę do wygranej przed czasem. Dla mnie faworytem - głównie ze względu na psychikę - jest Ruiz i już teraz zastanawiam się, co dalej z karierą Anglika w przypadku drugiej z rzędu porażki...
" [...] Jeśli w boksie jest jakaś magia, to jest to magia walki ponad granicami. To magia ryzykowania wszystkiego dla marzeń, których nie dostrzega nikt poza Tobą... "
Etykiety
- Boks na świecie (43)
- Boks w Polsce (34)
- Ciekawostki / Statystyki (34)
- Na Gorąco (37)
- Rankingi (24)
- Zapowiedzi (29)
piątek, 6 grudnia 2019
niedziela, 1 grudnia 2019
"Planowane wygrane" w Zakopanem - podsumowanie gali...
Za Nami cykliczna gala Andrzeja Wasilewskiego w kompleksie Nosalowy Dwór w Zakopanem. Tym razem w walce wieczoru pokazał się publiczności 38-letni Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, a ponadto kibice zobaczyli kilka wschodzących talentów tj. Przemek Zyśk, Mateusz Tryc czy Kamil Bednarek, a po raz czwarty w tym roku do ringu wszedł także Fiodor Cherkashyn. Galę można uznać za stosunkowo udaną - jak zwykle w wydarzeniach grupy Knockout Promotions zawodniczy przyjezdni odjechali z Polski z kolejną porażką, ale i pewną kwotą pieniędzy na koncie. I wszyscy zadowoleni. Publiczność zgromadzona przy okrągłych stolikach w Nosalowym Dworze mieli przyjemność obejrzeć siedem pojedynków.
Zaczął Denys Krotyuk - Ukrainiec, który podobnie jak Fiodor Cherkashyn przyjechał robić karierę do naszego kraju. Chłopak zadebiutował w Sosnowcu miesiąc temu, a wczoraj w Zakopanem stoczył swój drugi zawodowy pojedynek. Na chwilę obecną są to walki czterorundowe. W Sosnowcu pokazał się tylko przez niecałe dwie minuty, ale wczoraj kibice mogli obejrzeć go nieco dłużej. Krotyuk wygrał po decyzji sędziów z Damianem Drabikiem. Wygląda na to, że Ukrainiec będzie bardzo aktywny na początku kariery, a Andrzej Wasilewski widzi w nim potencjał na miarę wspomnianego Cherkashyna. Oby tak było, jednak na obecną chwilę ciężko wypowiadać się o umiejętnościach Denysa.
Podobnie sytuacja ma się w przypadku Kamila Bednarka. Ponoć to spory talent i mocno stąpający po ziemi chłopak, wiedzący do czego dąży i wiedzący jak ten plan zrealizować. I dokładnie tak samo prowadzony jak Krotyuk, stoczył pierwszą walkę w Sosnowcu wygrywając z minutę, a wczoraj zaliczył pojedynek na pełnym dystansie czterech rund punktując twardego Serhii Zhuka. W przyszłym roku obaj pięściarze stoczą najprawdopodobniej 4-5 pojedynków.
Następny do ringu wszedł Damian Kiwior. Zawodnik bardzo ciężki do rozgryzienia. Niby talent, a jednak nie pokazujący potencjału między linami. W zeszłym roku potrafił ulec w Wielkiej Brytanii zawodnikowi z 61 porażkami na koncie, a wczoraj musiał pomęczyć się z dobrze znanym polskiej publiczności Ivanem Njegacem, który w naszym kraju przegrał już trzykrotnie. Kolejny odgrzewany kilkukrotnie kotlet, który wręcz nie ma prawa sprawić niespodzianki i przegrałby nawet, gdyby był lepszy w ringu (jak to było chociażby w walce z Kamilem Młodzińskim).
Podobny kotlet został dostarczony dla Przemysława Zyśka. Tym razem to Denis Krieger, który w Częstochowie był rywalem na odbudowanie dla Patryka Szymańskiego. Tym razem wyszedł do ringu z Zyśkiem. Krieger to zawodnik, który przegrał 9 z 11 ostatnich walk. Myślicie, że został on sprowadzony, żeby napsuć krwi lokalnemu faworytowi? No jasne, że nie. Przyjechał, żeby dostarczyć kolejną wygraną w długotrwałym procesie budowania znakomitego rekordu (patrz: Damian Jonak, Paweł Kołodziej itd.). Ogólnie chciałem powiedzieć, że Przemek Zyśk w moich oczach nie rozwija się tak, jak powinien i jak oczekiwałby tego pewnie A.Wasilewski. Wczoraj jednak zaskoczył, trafił i robotę dokończył bardzo szybko. Na uwagę zasługuje fakt, że młody Polak jest pierwszym, który zdołał zastopować Kriegera. Zyśk ma już 11 wygranych i poprzeczka powinna iść w górę, ale nie idzie. Ciekawy jestem kolejnych jego walk i rywali...
Walka Mateusza Tryca z Skakeelem Phinem była tą, na którą czekałem najbardziej z jednego względu. Kanadyjczyk to pięściarz, który totalnie nie pasuje do gal KP. Mieszka i trenuje w Ameryce, ma całkiem fajny rekord i umiejętności, jest pierwszy raz w Europie. Właśnie takich zawodników powinno się ściągać dla młodych prospektów pokroju Tryca. Mateusz walkę wygrał, pokazał się z dobrej strony, ale błędów się nie ustrzegł. Musiał się namęczyć i wygraną wypracować, Phinn nic mu nie dał na tacy. Tryc zdał poważny test, ma w rekordzie ciekawe nazwisko i z optymizmem można patrzeć na jego dalsze poczynania. Wygląda na zawodnika ukształtowanego, w którego warto inwestować (w przeciwieństwie np. do D.Kiwiora). Osobiście jestem ciekawy, czy Kanadyjczyk o pseudonimie "The Jamaican Juggernaut" pojawi się jeszcze w Polsce...
Na walkę Fiodora Cherkashyna również czekałem. Jego rywal ze Szwecji Mathias Eklund to nikt wybitny i tutaj szybki nokaut był bardziej niż pewny, ale boks Ukraińca ogląda się świetnie, gdyż każdą walkę potrafi zakończyć w inny, spektakularny sposób. Tym razem po kilkunastu sekundach miał już rywala na deskach, a ostatecznie skończył walkę w trzeciej rundzie. Fiodor mierzy w pas mistrza Europy, więc poziom rywali musi się jeszcze podnieść. Jeśli w 2020 roku zachowa podobną aktywność, niewykluczone, że pod koniec roku dostanie ciekawą propozycje i zaistnieje w rankingach.
38-letni Krzysztof Włodarczyk jest blisko ostatniej szansy mistrzowskiej w swojej karierze. Już przed wczorajszą walką z Taylorem Mabiką padła decyzja, że jeśli Polak pokona Gabończyka, będzie wyznaczony do walki o pas WBC z Ilungą Makabu. Pas WBC to ten wymarzony dla "Diablo", ten który nosił na biodrach w latach 2010-2014. Krzysiek w ostatnich pojedynkach nie prezentował się z dobrej strony. Walka z Alem Sandsem była krótka, ale mało efektowna, natomiast pojedynek z Alexandru Jurem zdecydowanie za długi. Wczorajsza walka z Mabiką również trwała pełne 10 rund, ale przyznam szczerze, że połowy nie pamiętam, bo przymykało mi się oko. Wniosek jest krótki: Włodarczyk przestał porywać publiczność, przestał używać lewej, dewastującej ręki, jego walki są wymęczone. Nie da się ukryć, że kariera "Diabła" zbliża się ku końcowi, ale w takiej formie, jaką obecnie prezentuje Krzysiek, walka z Makabu może być bolesnym kubłem zimnej wody. Kongijczyk dysponuje bardzo silnym uderzeniem i walka może zakończyć się podobnie jak ta z Muratem Gassievem. Wierze jednak w Włodarczyka, że przypomni sobie siebie z najlepszych lat, a ten wymarzony zielony pas w stawce walki go uskrzydli...
Za podsumowanie może służyć wniosek, który wypowiedziałem już na początku tekstu. Na galach Andrzeja Wasilewskiego próżno spodziewać się walk zaciętych i ewentualnych wygranych pięściarzy z zagranicy. Tym bardziej wyjątkowym ruchem było sprowadzenie pięściarza pokroju Shakeela Phinna. Szkoda tylko, że znowu dla naszych niepokonanych prospektów powtarzają się te same, rozbite już nazwiska jak Njegac czy Krieger. Jest tylu innych nazwisk - nie idźmy tą drogą...
Zaczął Denys Krotyuk - Ukrainiec, który podobnie jak Fiodor Cherkashyn przyjechał robić karierę do naszego kraju. Chłopak zadebiutował w Sosnowcu miesiąc temu, a wczoraj w Zakopanem stoczył swój drugi zawodowy pojedynek. Na chwilę obecną są to walki czterorundowe. W Sosnowcu pokazał się tylko przez niecałe dwie minuty, ale wczoraj kibice mogli obejrzeć go nieco dłużej. Krotyuk wygrał po decyzji sędziów z Damianem Drabikiem. Wygląda na to, że Ukrainiec będzie bardzo aktywny na początku kariery, a Andrzej Wasilewski widzi w nim potencjał na miarę wspomnianego Cherkashyna. Oby tak było, jednak na obecną chwilę ciężko wypowiadać się o umiejętnościach Denysa.
Podobnie sytuacja ma się w przypadku Kamila Bednarka. Ponoć to spory talent i mocno stąpający po ziemi chłopak, wiedzący do czego dąży i wiedzący jak ten plan zrealizować. I dokładnie tak samo prowadzony jak Krotyuk, stoczył pierwszą walkę w Sosnowcu wygrywając z minutę, a wczoraj zaliczył pojedynek na pełnym dystansie czterech rund punktując twardego Serhii Zhuka. W przyszłym roku obaj pięściarze stoczą najprawdopodobniej 4-5 pojedynków.
Następny do ringu wszedł Damian Kiwior. Zawodnik bardzo ciężki do rozgryzienia. Niby talent, a jednak nie pokazujący potencjału między linami. W zeszłym roku potrafił ulec w Wielkiej Brytanii zawodnikowi z 61 porażkami na koncie, a wczoraj musiał pomęczyć się z dobrze znanym polskiej publiczności Ivanem Njegacem, który w naszym kraju przegrał już trzykrotnie. Kolejny odgrzewany kilkukrotnie kotlet, który wręcz nie ma prawa sprawić niespodzianki i przegrałby nawet, gdyby był lepszy w ringu (jak to było chociażby w walce z Kamilem Młodzińskim).
Podobny kotlet został dostarczony dla Przemysława Zyśka. Tym razem to Denis Krieger, który w Częstochowie był rywalem na odbudowanie dla Patryka Szymańskiego. Tym razem wyszedł do ringu z Zyśkiem. Krieger to zawodnik, który przegrał 9 z 11 ostatnich walk. Myślicie, że został on sprowadzony, żeby napsuć krwi lokalnemu faworytowi? No jasne, że nie. Przyjechał, żeby dostarczyć kolejną wygraną w długotrwałym procesie budowania znakomitego rekordu (patrz: Damian Jonak, Paweł Kołodziej itd.). Ogólnie chciałem powiedzieć, że Przemek Zyśk w moich oczach nie rozwija się tak, jak powinien i jak oczekiwałby tego pewnie A.Wasilewski. Wczoraj jednak zaskoczył, trafił i robotę dokończył bardzo szybko. Na uwagę zasługuje fakt, że młody Polak jest pierwszym, który zdołał zastopować Kriegera. Zyśk ma już 11 wygranych i poprzeczka powinna iść w górę, ale nie idzie. Ciekawy jestem kolejnych jego walk i rywali...
Walka Mateusza Tryca z Skakeelem Phinem była tą, na którą czekałem najbardziej z jednego względu. Kanadyjczyk to pięściarz, który totalnie nie pasuje do gal KP. Mieszka i trenuje w Ameryce, ma całkiem fajny rekord i umiejętności, jest pierwszy raz w Europie. Właśnie takich zawodników powinno się ściągać dla młodych prospektów pokroju Tryca. Mateusz walkę wygrał, pokazał się z dobrej strony, ale błędów się nie ustrzegł. Musiał się namęczyć i wygraną wypracować, Phinn nic mu nie dał na tacy. Tryc zdał poważny test, ma w rekordzie ciekawe nazwisko i z optymizmem można patrzeć na jego dalsze poczynania. Wygląda na zawodnika ukształtowanego, w którego warto inwestować (w przeciwieństwie np. do D.Kiwiora). Osobiście jestem ciekawy, czy Kanadyjczyk o pseudonimie "The Jamaican Juggernaut" pojawi się jeszcze w Polsce...
Na walkę Fiodora Cherkashyna również czekałem. Jego rywal ze Szwecji Mathias Eklund to nikt wybitny i tutaj szybki nokaut był bardziej niż pewny, ale boks Ukraińca ogląda się świetnie, gdyż każdą walkę potrafi zakończyć w inny, spektakularny sposób. Tym razem po kilkunastu sekundach miał już rywala na deskach, a ostatecznie skończył walkę w trzeciej rundzie. Fiodor mierzy w pas mistrza Europy, więc poziom rywali musi się jeszcze podnieść. Jeśli w 2020 roku zachowa podobną aktywność, niewykluczone, że pod koniec roku dostanie ciekawą propozycje i zaistnieje w rankingach.
38-letni Krzysztof Włodarczyk jest blisko ostatniej szansy mistrzowskiej w swojej karierze. Już przed wczorajszą walką z Taylorem Mabiką padła decyzja, że jeśli Polak pokona Gabończyka, będzie wyznaczony do walki o pas WBC z Ilungą Makabu. Pas WBC to ten wymarzony dla "Diablo", ten który nosił na biodrach w latach 2010-2014. Krzysiek w ostatnich pojedynkach nie prezentował się z dobrej strony. Walka z Alem Sandsem była krótka, ale mało efektowna, natomiast pojedynek z Alexandru Jurem zdecydowanie za długi. Wczorajsza walka z Mabiką również trwała pełne 10 rund, ale przyznam szczerze, że połowy nie pamiętam, bo przymykało mi się oko. Wniosek jest krótki: Włodarczyk przestał porywać publiczność, przestał używać lewej, dewastującej ręki, jego walki są wymęczone. Nie da się ukryć, że kariera "Diabła" zbliża się ku końcowi, ale w takiej formie, jaką obecnie prezentuje Krzysiek, walka z Makabu może być bolesnym kubłem zimnej wody. Kongijczyk dysponuje bardzo silnym uderzeniem i walka może zakończyć się podobnie jak ta z Muratem Gassievem. Wierze jednak w Włodarczyka, że przypomni sobie siebie z najlepszych lat, a ten wymarzony zielony pas w stawce walki go uskrzydli...
Za podsumowanie może służyć wniosek, który wypowiedziałem już na początku tekstu. Na galach Andrzeja Wasilewskiego próżno spodziewać się walk zaciętych i ewentualnych wygranych pięściarzy z zagranicy. Tym bardziej wyjątkowym ruchem było sprowadzenie pięściarza pokroju Shakeela Phinna. Szkoda tylko, że znowu dla naszych niepokonanych prospektów powtarzają się te same, rozbite już nazwiska jak Njegac czy Krieger. Jest tylu innych nazwisk - nie idźmy tą drogą...
środa, 27 listopada 2019
"Noc skończonych karier" w Radomiu - podsumowanie gali...
Wiecie czym różnią się gale promowane przez Mateusza Borka od tych Andrzeja Wasilewskiego? Na gali MB Promotions zawodnicy przyjezdni są w stanie wygrać walkę. Niby dowcip, a jednak jest w nim sporo prawdy. Żeby nie było niedomówień - podobają mi się gale Mateusza Borka z kilku powodów, między innymi właśnie dlatego, że sprowadza się na polskie ringi takich zawodników, którzy mają realną szansę na wygranie swojej walki. Na galach Knockout Promotions na palcach jednej ręki można wymienić pięściarzy zagranicznych, którzy przyjechali i wygrali z naszym lokalnym bohaterem. Na gali w Radomiu mieliśmy kilka ciekawych walk i - co za tym idzie - kilka ciekawych rozstrzygnięć. Niestety (a może i stety) także kilka skończonych karier...
Na hali MOSiRu mogliśmy obejrzeć siedem pojedynków. Zaczęło się od polsko-polskiej bitki Kamila Młodzińskiego z Jakubem Dobrzyńskim. Taka walka kogutów, ale jeden kogut był nieco lepiej dysponowany od drugiego. Młodziński zaboksował na swoim poziomie. Nie jest to jakiś wyższy level, ale przyzwoity i to spokojnie wystarczyło na sobotniego rywala. Co mogę powiedzieć o Kubie Dobrzyńskim? Niestety nic pozytywnego. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest to facet stworzony do boksu, bo... boks go boli. W sensie dosłownym - Dobrzyński wygląda, jakby ciosy wyprowadzane przez przeciwników przyjmował z ogromnym bólem i jakby tylko mógł, wyjąłby ochraniacz i krzyknął głośno "Ała, nie w szczepionkę". Nie ma co tu wróżyć jakiejkolwiek kariery. W sumie nic nie można tu wróżyć...
Kamil Gardzielik zdał kolejny test. I był to dobry test, bo z rywalem z nieskazitelnym rekordem, a z takimi jak wiadomo walczy się ciężko. Mikalai Kuzmitski to niestety tylko jednak rekord, za którym stoją same ogóreczki. Ponad połowa jego rywali nigdy nie wyszła zwycięsko z żadnej zawodowej walki - to o czymś świadczy. Gardzielik z łatwością wypunktował rywala, górował nad nim w każdym bokserskim rzemiośle i w sumie na tym można by było zakończyć temat. Od siebie dodam, że szkoda, iż Kamil nie dysponuje jakimś mocniejszym ciosem, albo chociaż przyspieszeniem. Takich przeciwników powinno się odprawiać przed czasem.
No i na ring powrócił Krzysztof Zimnoch. Wychudzony, odwodniony, mizernie wyglądający i... mizernie walczący. Powrót po pieniążki nieudany. Dużo zbędnego gadania, w większości paplaniny bez sensu, a między linami syf. Niejaki Krzysztof Twardowski wylosował los na loterii, że to jemu przyszło się wylansować na Zimnochu. Już przed walką wspominałem, że forma Zimnocha będzie tragiczna, że źle wygląda, jakby parę dni wcześniej wstał z wózka inwalidzkiego. Zero mięśnia na ciele i zero boksu. Ostatecznie w drugiej rundzie było po wszystkim. Tej kariery nie ma już co ciągnąć, ale co zrobić, jak człowiek nie umie za wiele poza boksowaniem, a pieniędzy brakuje? Tak można doprowadzić do tragedii...
Sęk kontra Ślusarczyk to klasyczne zestawienie "na zakładkę" czyli młody wilk promuje się na starym lisie. W tym przypadku Darek Sęk pokazał, że lis jest może nie taki stary, ale już mocno wyczerpany. Jeszcze nie tak dawno prezentujący bardzo dobrą formę pięściarz z Tarnowa w obecnej chwili rozmienia się na drobne. Trochę dziwna sprawa, bo regres nadszedł zaskakująco szybko. Jeszcze nie tak dawno Sęk stoczył bardzo dobrą walkę z Markiem Matyją, a w zeszłym roku mocno stawiał się silnemu jak tur Anthony'emu Yarde w Anglii. Wygląda na to, że Dariusza Sęka zniszczył "Arab" Parzęczewski, a Sebastian Ślusarczyk napoczętego rywala tylko dokończył. 33-latek jest jednak inteligentnym facetem i sam powiedział, że szkoda się ścierać, skoro w każdej walce leży się na deskach. Coś w tym jest - ta kariera jest bliska końca. Niewiele można natomiast powiedzieć jeszcze o Ślusarczyku - dość dobrze się rozwija, ale ma jeszcze sporo do nauczenia.
Kamil Łaszczyk - nie ukrywam, że na walkę tego chłopaka czekałem najbardziej z kilku powodów. Raz, że facet z mojego miasta. Dwa - skromny, fajny chłopak. Trzy - mocno szkoda mi tej kariery i niewykorzystanego potencjału. W sobotę wreszcie do Łaszczyka przyjechał konkretny rywal. Pierwszy od przynajmniej 4-5 lat zawodnik, na tle którego można było pokazać swój boks. I Kamil pokazał się ze świetnej strony, co mnie osobiście bardzo cieszy. Słabo co prawda wszedł w pojedynek, ale kiedy złapał rytm, obskakiwał rywala w dziecinny sposób. Świetna praca na nogach, znakomite kombinacje, podbródki, wątróbki itd. Wchodziło wszystko, co wylatywało. Mam wrażenie, że Łaszczyk lepiej prezentuje się w walkach na dłuższym dystansie i mam nadzieje, że szybko na takie wróci, a i poziom rywali będzie rósł. Liczę, że Mateusz Borek wyciągnie jeszcze z tego chłopaka to, co ma najlepszego.
Przedostatnia walka i zarazem jedyna w wadze ciężkiej potrwała 7 rund. Wówczas Shawndell Terell Winters zastopował Sergeya Verveykę. Wybaczcie moje oburzenie, ale totalnie nie rozumiem promowania kogoś takiego jak Verveyko. No żal patrzeć na to, co wyprawia ten wielki gabarytowo facet. Chociaż w sumie to nic nie wyprawia. Między linami gorzej niż Zimnoch, a to już coś znaczy. Zero pomysłu, zero techniki, zero strategii, zero umiejętności, zero odporności, zero nóg, zero rąk, zero głowy. Powiem krótko - dla mnie Verveyko to okrągłe zero. Nie jest Polakiem, jest okrutnie słabym pięściarzem. Gdzie jest logika inwestowania w takiego zawodnika? Najbardziej znany z faktu, iż to do niego wyszedł legendarny Laszlo Fekete. No ludzie, na litość boską! Amerykanin Winters to do niedawna cruiser, a Verveykę obijał z każdej możliwej strony i tylko czekał, aż zawali się na mało stabilna wieża. Sędzia się zlitował nad Ukraińcem i nad nami wszystkimi. Tragedia.
No i na koniec Patryk Szymański. Nawrócony. Powrócony. Z emerytury. 26-latek. Wierzyłem w potencjał tego chłopaka. Pamiętam jak zaczynał w USA wspólnie z Michałem Chudeckim i od początku mówiłem, że to on jest większym talentem. On zrobi karierę. Niestety, do pewnego momentu wszystko szło w dobrym kierunku, ale w pewnej chwili wszystko pękło. Okazało się, że na pewnym poziomie Patryk jest za kruchy. Tu się pojawia analogia z Jakubem Dobrzyńskim - Szymański również jest mało odporny na bokserski ból, ból ciosów. I Ukrainiec Velikovski uwydatnił po raz kolejny te wady u Szymańskiego, pomimo iż nie jest nikim szczególnym, wywarł mocną presję zadawania ciosów i stłamsił Patryka. Szczerze? Nie spodziewałem się. Myślałem, że tą przeszkodę Patryk przejdzie. Nie przeszedł. Po walce nie chciał po raz kolejny kończyć kariery, ale przez głowę na pewno przelatują mu takie myśli. Sam promotor gali podsumował to tak, jakby już sam nie wierzył w powrót Patryka do boksu. Duża szkoda. 26 lat i koniec?...
Podsumowując - gala ogólnie na plus. Skumulowało się kilka weryfikacji. Dowiedzieliśmy się, że do tego sportu nie nadają się Dobrzyński i Szymański. Z boksem powinni skończyć Zimnoch i niestety Darek Sęk, chociaż ten drugi jeszcze mógłby spróbować ograć kilku rywali. Tak jak napisałem wcześniej, kompletnie nie rozumiem promowanie pięściarzy pokroju Sergeya Verveyki. Całkowite przeciwieństwo Fiodora Cherkashyna. Najwięksi wygrani? W sumie trzech - Kamil Łaszczyk, Sebastian Ślusarczyk i Andrii Velikovski. Ukrainiec ma fajny skalp, kolejna wygrana walka wyjazdowa. Warto mu się przyglądać. Duże brawa dla Mateusza Borka, bo - jak pamiętamy - na tej gali mieliśmy oglądać jeszcze Roberta Parzęczewskiego i Damiana Jonaka. Czekamy na kolejną galę pod szyldem MB.
Na hali MOSiRu mogliśmy obejrzeć siedem pojedynków. Zaczęło się od polsko-polskiej bitki Kamila Młodzińskiego z Jakubem Dobrzyńskim. Taka walka kogutów, ale jeden kogut był nieco lepiej dysponowany od drugiego. Młodziński zaboksował na swoim poziomie. Nie jest to jakiś wyższy level, ale przyzwoity i to spokojnie wystarczyło na sobotniego rywala. Co mogę powiedzieć o Kubie Dobrzyńskim? Niestety nic pozytywnego. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest to facet stworzony do boksu, bo... boks go boli. W sensie dosłownym - Dobrzyński wygląda, jakby ciosy wyprowadzane przez przeciwników przyjmował z ogromnym bólem i jakby tylko mógł, wyjąłby ochraniacz i krzyknął głośno "Ała, nie w szczepionkę". Nie ma co tu wróżyć jakiejkolwiek kariery. W sumie nic nie można tu wróżyć...
Kamil Gardzielik zdał kolejny test. I był to dobry test, bo z rywalem z nieskazitelnym rekordem, a z takimi jak wiadomo walczy się ciężko. Mikalai Kuzmitski to niestety tylko jednak rekord, za którym stoją same ogóreczki. Ponad połowa jego rywali nigdy nie wyszła zwycięsko z żadnej zawodowej walki - to o czymś świadczy. Gardzielik z łatwością wypunktował rywala, górował nad nim w każdym bokserskim rzemiośle i w sumie na tym można by było zakończyć temat. Od siebie dodam, że szkoda, iż Kamil nie dysponuje jakimś mocniejszym ciosem, albo chociaż przyspieszeniem. Takich przeciwników powinno się odprawiać przed czasem.
No i na ring powrócił Krzysztof Zimnoch. Wychudzony, odwodniony, mizernie wyglądający i... mizernie walczący. Powrót po pieniążki nieudany. Dużo zbędnego gadania, w większości paplaniny bez sensu, a między linami syf. Niejaki Krzysztof Twardowski wylosował los na loterii, że to jemu przyszło się wylansować na Zimnochu. Już przed walką wspominałem, że forma Zimnocha będzie tragiczna, że źle wygląda, jakby parę dni wcześniej wstał z wózka inwalidzkiego. Zero mięśnia na ciele i zero boksu. Ostatecznie w drugiej rundzie było po wszystkim. Tej kariery nie ma już co ciągnąć, ale co zrobić, jak człowiek nie umie za wiele poza boksowaniem, a pieniędzy brakuje? Tak można doprowadzić do tragedii...
Sęk kontra Ślusarczyk to klasyczne zestawienie "na zakładkę" czyli młody wilk promuje się na starym lisie. W tym przypadku Darek Sęk pokazał, że lis jest może nie taki stary, ale już mocno wyczerpany. Jeszcze nie tak dawno prezentujący bardzo dobrą formę pięściarz z Tarnowa w obecnej chwili rozmienia się na drobne. Trochę dziwna sprawa, bo regres nadszedł zaskakująco szybko. Jeszcze nie tak dawno Sęk stoczył bardzo dobrą walkę z Markiem Matyją, a w zeszłym roku mocno stawiał się silnemu jak tur Anthony'emu Yarde w Anglii. Wygląda na to, że Dariusza Sęka zniszczył "Arab" Parzęczewski, a Sebastian Ślusarczyk napoczętego rywala tylko dokończył. 33-latek jest jednak inteligentnym facetem i sam powiedział, że szkoda się ścierać, skoro w każdej walce leży się na deskach. Coś w tym jest - ta kariera jest bliska końca. Niewiele można natomiast powiedzieć jeszcze o Ślusarczyku - dość dobrze się rozwija, ale ma jeszcze sporo do nauczenia.
Kamil Łaszczyk - nie ukrywam, że na walkę tego chłopaka czekałem najbardziej z kilku powodów. Raz, że facet z mojego miasta. Dwa - skromny, fajny chłopak. Trzy - mocno szkoda mi tej kariery i niewykorzystanego potencjału. W sobotę wreszcie do Łaszczyka przyjechał konkretny rywal. Pierwszy od przynajmniej 4-5 lat zawodnik, na tle którego można było pokazać swój boks. I Kamil pokazał się ze świetnej strony, co mnie osobiście bardzo cieszy. Słabo co prawda wszedł w pojedynek, ale kiedy złapał rytm, obskakiwał rywala w dziecinny sposób. Świetna praca na nogach, znakomite kombinacje, podbródki, wątróbki itd. Wchodziło wszystko, co wylatywało. Mam wrażenie, że Łaszczyk lepiej prezentuje się w walkach na dłuższym dystansie i mam nadzieje, że szybko na takie wróci, a i poziom rywali będzie rósł. Liczę, że Mateusz Borek wyciągnie jeszcze z tego chłopaka to, co ma najlepszego.
Przedostatnia walka i zarazem jedyna w wadze ciężkiej potrwała 7 rund. Wówczas Shawndell Terell Winters zastopował Sergeya Verveykę. Wybaczcie moje oburzenie, ale totalnie nie rozumiem promowania kogoś takiego jak Verveyko. No żal patrzeć na to, co wyprawia ten wielki gabarytowo facet. Chociaż w sumie to nic nie wyprawia. Między linami gorzej niż Zimnoch, a to już coś znaczy. Zero pomysłu, zero techniki, zero strategii, zero umiejętności, zero odporności, zero nóg, zero rąk, zero głowy. Powiem krótko - dla mnie Verveyko to okrągłe zero. Nie jest Polakiem, jest okrutnie słabym pięściarzem. Gdzie jest logika inwestowania w takiego zawodnika? Najbardziej znany z faktu, iż to do niego wyszedł legendarny Laszlo Fekete. No ludzie, na litość boską! Amerykanin Winters to do niedawna cruiser, a Verveykę obijał z każdej możliwej strony i tylko czekał, aż zawali się na mało stabilna wieża. Sędzia się zlitował nad Ukraińcem i nad nami wszystkimi. Tragedia.
No i na koniec Patryk Szymański. Nawrócony. Powrócony. Z emerytury. 26-latek. Wierzyłem w potencjał tego chłopaka. Pamiętam jak zaczynał w USA wspólnie z Michałem Chudeckim i od początku mówiłem, że to on jest większym talentem. On zrobi karierę. Niestety, do pewnego momentu wszystko szło w dobrym kierunku, ale w pewnej chwili wszystko pękło. Okazało się, że na pewnym poziomie Patryk jest za kruchy. Tu się pojawia analogia z Jakubem Dobrzyńskim - Szymański również jest mało odporny na bokserski ból, ból ciosów. I Ukrainiec Velikovski uwydatnił po raz kolejny te wady u Szymańskiego, pomimo iż nie jest nikim szczególnym, wywarł mocną presję zadawania ciosów i stłamsił Patryka. Szczerze? Nie spodziewałem się. Myślałem, że tą przeszkodę Patryk przejdzie. Nie przeszedł. Po walce nie chciał po raz kolejny kończyć kariery, ale przez głowę na pewno przelatują mu takie myśli. Sam promotor gali podsumował to tak, jakby już sam nie wierzył w powrót Patryka do boksu. Duża szkoda. 26 lat i koniec?...
Podsumowując - gala ogólnie na plus. Skumulowało się kilka weryfikacji. Dowiedzieliśmy się, że do tego sportu nie nadają się Dobrzyński i Szymański. Z boksem powinni skończyć Zimnoch i niestety Darek Sęk, chociaż ten drugi jeszcze mógłby spróbować ograć kilku rywali. Tak jak napisałem wcześniej, kompletnie nie rozumiem promowanie pięściarzy pokroju Sergeya Verveyki. Całkowite przeciwieństwo Fiodora Cherkashyna. Najwięksi wygrani? W sumie trzech - Kamil Łaszczyk, Sebastian Ślusarczyk i Andrii Velikovski. Ukrainiec ma fajny skalp, kolejna wygrana walka wyjazdowa. Warto mu się przyglądać. Duże brawa dla Mateusza Borka, bo - jak pamiętamy - na tej gali mieliśmy oglądać jeszcze Roberta Parzęczewskiego i Damiana Jonaka. Czekamy na kolejną galę pod szyldem MB.
wtorek, 12 listopada 2019
Szpilka wraca do cruiser. Będzie mistrzem? Sprawdzamy historię...
Artur Szpilka po swojej ostatniej walce na gali w Sosnowcu zapowiedział, że szybka wygrana nad Włochem Fabio Tuiachem była jego ostatnim występem w królewskiej kategorii. Teraz chciałby skupić się na zbiciu wagi do kategorii cruiser i tam poszukać swojej szansy na tytuł mistrza Świata. Wszelkie portale podchwyciły temat i wypowiedziały się już w tej kwestii. Ja chciałbym podejść do tematu z nieco innej strony...
Nie ma co ukrywać, że Szpilka to nie był prawdziwy ciężki. W tym limicie brakowało mu i warunków fizycznych i siły ciosu. Oczywiście nie był przysłowiowym "ogórkiem", swoje udało mu się wygrać i w niektórych pojedynkach potrafił pokazać się z niezłej strony. Jego kariera zdecydowanie jednak nie miała wyglądać tak, jak wyglądała. "Szpila" zaczynał właśnie w dywizji junior ciężkiej, jednak przymusowy pobyt w więzieniu sprawił, iż zawodnik wówczas trenera Fiodora Łapina przybrał aż... 34 kilogramy. Naturalnym więc było, iż karierę zawodową będzie kontynuował w wadze ciężkiej. Do pierwszej walki z Ramizem Hadziaganoviciem wyszedł ważąc ponad 110 kilogramów.
W całej swojej karierze w wadze ciężkiej najmniej (101kg) ważył podczas walki z Bryantem Jenningsem. Tylko kilogram więcej wniósł na wagę przed ostatnią walką z Fabio Tuiachem. Przypomnę, że limit kategorii cruiser to 90,7kg, a Artur nie ukrywał faktu, że miał skłonności do przybierania między walkami nawet kilkunastu kilogramów. W tym momencie nie dość, że nie może pozwolić sobie na rozprężenie, to dodatkowo musi dalej zbijać. Czeka go wręcz katorżnicza praca połączona z masą wyrzeczeń. Ale - jak mówi sam zainteresowany - wszystko się zmienia, kiedy jest jasno nakreślony cel. A celem "Szpili" jest pas mistrza Świata w nowym limicie.
Czy takim mistrzem będzie? Tego nikt nie może być pewny. Oprócz samego Artura, który zapowiada, że wystarczy mu stoczyć dwa pojedynki, żeby dostać walkę o tytuł. Sytuacja z pasami w cruiser jest w obecnej chwili bardzo ciekawa i otwarta. Niby czeka nas finał turnieju WBSS, w stawce którego znajduje się połowa pasów, ale szansę na tytuły nieoczekiwanie ma dwóch innych Polaków - Krzysztof Głowacki (WBO) i Krzysztof Włodarczyk (WBC). Nie jest tajemnicą, że wymarzonym pojedynkiem byłoby dla Szpilki starcie z "Diablo", a jeszcze gdyby w stawce był zielony pas, sytuacja zrobiłaby się niemal idealna. Innym celem dla "Szpili" jest Mairis Briedis. Czy odchudzony Szpilka miałby szanse w starciu z Łotyszem? Osobiście nie wydaje mi się, żeby dwie walki (zwłaszcza, iż pierwszy pojedynek na pewno nie będzie z nikim poważnym) wystarczyły Polakowi do ukształtowania swojej pozycji w nowym limicie.
Nie ma co ukrywać, że kierunek, który obrał Artur Szpilka nie jest zbyt popularny. Zazwyczaj to z wagi cruiser zawodnicy wędrują do ciężkiej podążając za większą sławą i zdecydowanie większymi pieniędzmi. Tak niegdyś zrobili chociażby Tomasz Adamek czy David Haye, a niedawno przecież zunifikowany mistrz wagi cruiser Oleksandr Usyk. Kto wędrował w drugą stronę? Tych przypadków w historii było zdecydowanie mniej. Po epizodach w kategorii ciężkiej do cruiser zeszli chociażby Brytyjczyk Johnny Nelson czy Francuz Jean-Marc Mormeck. Podobna historia dotyczy doskonale znanego w Polsce Steve'a Cunninghama czy Juana Carlosa Gomeza. Bardziej współcześnie na podobny ruch zdecydowali się Mike Perez i Tony Bellew. Warto dodać, że wszyscy wymienieni pięściarze w królewskiej kategorii zawalczyli dosłownie kilka razy. Szpilka w królewskim limicie wychodził do ringu aż 22 razy. Historia jednak nie przemawia za sukcesem. Mormeck, Cunningham, Gomez czy Bellew wracali do wagi cruiser, przegrywali i kończyli kariery.
Wygląda więc na to, że silne ciosy otrzymywane w wadze ciężkiej nie są bez znaczenia. Szpilka wyobraża sobie, że przechodząc do kategorii cruiser będzie silniejszy od innych. Być może, ale będzie też zdecydowanie bardziej naruszony. W swojej karierze kilkukrotnie lądował na deskach po silnych ciosach, a Deontay Wilder czy Dereck Chisora zasiali w głowie Artura prawdziwe spustoszenie. Polak na pewno nie bierze sobie tego do siebie, ale w mojej ocenie taki Mairis Briedis, Yunier Dorticos czy Ilunga Makabu czyli silnie bijący cruiserzy również będą w stanie go zastopować. Oczywiście sprawa jest otwarta, a karta czysta, zdarzyć może się wszystko. Artur ma cel i będzie do niego dążył. Ważne, żeby nie odezwały się dawne demony, a jak wiemy w przypadku Artura Szpilki granica między pewnością siebie, a arogancją jest bardzo niewielka...
Nie ma co ukrywać, że Szpilka to nie był prawdziwy ciężki. W tym limicie brakowało mu i warunków fizycznych i siły ciosu. Oczywiście nie był przysłowiowym "ogórkiem", swoje udało mu się wygrać i w niektórych pojedynkach potrafił pokazać się z niezłej strony. Jego kariera zdecydowanie jednak nie miała wyglądać tak, jak wyglądała. "Szpila" zaczynał właśnie w dywizji junior ciężkiej, jednak przymusowy pobyt w więzieniu sprawił, iż zawodnik wówczas trenera Fiodora Łapina przybrał aż... 34 kilogramy. Naturalnym więc było, iż karierę zawodową będzie kontynuował w wadze ciężkiej. Do pierwszej walki z Ramizem Hadziaganoviciem wyszedł ważąc ponad 110 kilogramów.
W całej swojej karierze w wadze ciężkiej najmniej (101kg) ważył podczas walki z Bryantem Jenningsem. Tylko kilogram więcej wniósł na wagę przed ostatnią walką z Fabio Tuiachem. Przypomnę, że limit kategorii cruiser to 90,7kg, a Artur nie ukrywał faktu, że miał skłonności do przybierania między walkami nawet kilkunastu kilogramów. W tym momencie nie dość, że nie może pozwolić sobie na rozprężenie, to dodatkowo musi dalej zbijać. Czeka go wręcz katorżnicza praca połączona z masą wyrzeczeń. Ale - jak mówi sam zainteresowany - wszystko się zmienia, kiedy jest jasno nakreślony cel. A celem "Szpili" jest pas mistrza Świata w nowym limicie.
Czy takim mistrzem będzie? Tego nikt nie może być pewny. Oprócz samego Artura, który zapowiada, że wystarczy mu stoczyć dwa pojedynki, żeby dostać walkę o tytuł. Sytuacja z pasami w cruiser jest w obecnej chwili bardzo ciekawa i otwarta. Niby czeka nas finał turnieju WBSS, w stawce którego znajduje się połowa pasów, ale szansę na tytuły nieoczekiwanie ma dwóch innych Polaków - Krzysztof Głowacki (WBO) i Krzysztof Włodarczyk (WBC). Nie jest tajemnicą, że wymarzonym pojedynkiem byłoby dla Szpilki starcie z "Diablo", a jeszcze gdyby w stawce był zielony pas, sytuacja zrobiłaby się niemal idealna. Innym celem dla "Szpili" jest Mairis Briedis. Czy odchudzony Szpilka miałby szanse w starciu z Łotyszem? Osobiście nie wydaje mi się, żeby dwie walki (zwłaszcza, iż pierwszy pojedynek na pewno nie będzie z nikim poważnym) wystarczyły Polakowi do ukształtowania swojej pozycji w nowym limicie.
Nie ma co ukrywać, że kierunek, który obrał Artur Szpilka nie jest zbyt popularny. Zazwyczaj to z wagi cruiser zawodnicy wędrują do ciężkiej podążając za większą sławą i zdecydowanie większymi pieniędzmi. Tak niegdyś zrobili chociażby Tomasz Adamek czy David Haye, a niedawno przecież zunifikowany mistrz wagi cruiser Oleksandr Usyk. Kto wędrował w drugą stronę? Tych przypadków w historii było zdecydowanie mniej. Po epizodach w kategorii ciężkiej do cruiser zeszli chociażby Brytyjczyk Johnny Nelson czy Francuz Jean-Marc Mormeck. Podobna historia dotyczy doskonale znanego w Polsce Steve'a Cunninghama czy Juana Carlosa Gomeza. Bardziej współcześnie na podobny ruch zdecydowali się Mike Perez i Tony Bellew. Warto dodać, że wszyscy wymienieni pięściarze w królewskiej kategorii zawalczyli dosłownie kilka razy. Szpilka w królewskim limicie wychodził do ringu aż 22 razy. Historia jednak nie przemawia za sukcesem. Mormeck, Cunningham, Gomez czy Bellew wracali do wagi cruiser, przegrywali i kończyli kariery.
Wygląda więc na to, że silne ciosy otrzymywane w wadze ciężkiej nie są bez znaczenia. Szpilka wyobraża sobie, że przechodząc do kategorii cruiser będzie silniejszy od innych. Być może, ale będzie też zdecydowanie bardziej naruszony. W swojej karierze kilkukrotnie lądował na deskach po silnych ciosach, a Deontay Wilder czy Dereck Chisora zasiali w głowie Artura prawdziwe spustoszenie. Polak na pewno nie bierze sobie tego do siebie, ale w mojej ocenie taki Mairis Briedis, Yunier Dorticos czy Ilunga Makabu czyli silnie bijący cruiserzy również będą w stanie go zastopować. Oczywiście sprawa jest otwarta, a karta czysta, zdarzyć może się wszystko. Artur ma cel i będzie do niego dążył. Ważne, żeby nie odezwały się dawne demony, a jak wiemy w przypadku Artura Szpilki granica między pewnością siebie, a arogancją jest bardzo niewielka...
poniedziałek, 4 listopada 2019
Kto następny dla "Canelo"? Mamy kilka propozycji...
W miniony weekend Meksykanin Saul "Canelo" Alvarez dokonał wielkiej rzeczy zdobywając tytuł mistrzowski w czwartej kategorii wagowej. Tym razem zaryzykował bardzo dużo, poszedł z wagą sporo w górę i zaatakował Sergeya Kovaleva czyli rosyjskiego "Krushera". Saul był co prawda faworytem starcia z 7 lat starszym przeciwnikiem, ale były spore obawy, że mniejszy "Canelo" może nie wytrzymać ciosów zawodnika kategorii półciężkiej. Nic z tych rzeczy! Meksykanin świetnie rozgrywał partię szachów z Kovalevem, a w przedostatniej rundzie sam go zastopował w znakomitym stylu. Klasyczny, czysty nokaut na Rosjaninie odbił się szerokim echem w świecie boksu. Portale zastanawiają się, czy Saul Alvarez już teraz jest liderem rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe i - a może przede wszystkim - z kim stoczy następny pojedynek. Zważywszy na to, że Meksykanin w ostatnim czasie mocno lawiruje między limitami wagowymi i sam do końca nie wie, w jakiej kategorii stoczy kolejną walkę. Mamy dla niego kilka propozycji...
1) Każdy kibic dobrego boksu zobaczyłby na pewno walkę Saula Alvareza z Demetriusem Andrade. Amerykanin to geniusz techniki, który dodatkowo jest w ringu niesamowicie trudny do trafienia. Jego niekonwencjonalny styl z pewnością sprawiłby problemu Alvarezowi, a ich walka powinna być pasjonująca dla oka. Problemem jest limit, gdyż "Canelo" stwierdził sam, że do wagi średniej będzie mu już zejść niezwykle ciężko.
2) Dwie walki Meksykanina z Gennady Golovkinem to były bokserskie uczty. Oba pojedynki były bardzo wyrównane i w obu zarówno Meksykanin, jak i Kazach mieli swoje momenty. Ich walki można porównać do bokserskich szachów. Pierwsze starcie zakończyło się remisem, drugie oficjalnie wygrał "Canelo", ale do tej pory eksperci są podzieleni - niektórzy wręcz twierdzą, że w obu walkach lepszy był "GGG". Ich trzeci pojedynek to majstersztyk marketingowy, który na pewno świetnie się sprzeda. Walka odbyłaby się w kategorii super średniej, w której niedawno zadebiutował Kazach.
3) Świetnym ruchem dla dalszej kariery "Canelo" byłaby wreszcie walka w Wielkiej Brytanii. A jeśli Anglia to Billy Joe Saunders. Niepokonany "Superb" jest posiadaczem pasa WBO w kategorii super średniej i na pewno byłby łakomym kąskiem dla Meksykanina. Saunders posiada swoich wiernych kibiców w Wielkiej Brytanii, a jego walka z Alvarezem stanowiłaby w końcu dla niego wyzwanie. Wreszcie dowiedzielibyśmy się także, ile warte jest gadanie Anglika...
4) Inną opcją angielską jest z pewnością Callum Smith. Mistrz Świata WBA i WBC Diamond stanowiłby dla "Canelo" jeszcze większe wyzwanie niż Billy Joe Saunders głównie ze względu na warunki fizyczne. "Mundo" jest wyższy od Meksykanina o... 18cm. Różnica zasięgu rąk jest jeszcze większa, a w połączeniu z umiejętnościami Anglika mogłaby to być dla Alvareza przeszkoda nie do przejścia. Smith to najlepszy pięściarz kategorii super średniej...
5) Pokonanie Sergeya Kovaleva to wielka sprawa, jednak sceptycy powiedzą, że "Krusher" to najstarszy i najsłabszy z rosyjskich półciężkich mistrzów. Raczej tak nie jest, ale przydałoby się to jakoś udowodnić, a czy można to lepiej udowodnić niż wygrać z kolejnym z mistrzów? Idealnym rozwiązaniem byłby pojedynek z Dmitry Bivolem, gdyż najbardziej odpowiada warunkami fizycznymi Meksykaninowi. Ta walka byłaby jak najbardziej do wygrania.
6) Ostatnia propozycja jest nieco abstrakcyjna oraz oczywiście najmniej realna, ale możemy trochę pofantazjować. Saul Alvarez po pokonaniu "Krushera" posiada pas WBO wagi półciężkiej, a sam zainteresowany, jak i jego trener nie ukrywają, że "Canelo" może pójść nawet do wagi cruiser, jeśli w grę wchodziłby pas. Obecnie najbliżej pasa WBO w wadze cruiser jest... Krzysztof Głowacki, który najprawdopodobniej zaboksuje niedługo o wakat, jeśli na rewanż z Polakiem nie zdecyduje się Mairis Briedis. Jak mogłaby wyglądać walka "Główki" z "Canelo"? To zostawimy już Waszej ocenie. Ja przypomnę tylko jak wyglądała walka Andrzeja Fonfary z Julio Cesarem Chavezem Juniorem...
1) Każdy kibic dobrego boksu zobaczyłby na pewno walkę Saula Alvareza z Demetriusem Andrade. Amerykanin to geniusz techniki, który dodatkowo jest w ringu niesamowicie trudny do trafienia. Jego niekonwencjonalny styl z pewnością sprawiłby problemu Alvarezowi, a ich walka powinna być pasjonująca dla oka. Problemem jest limit, gdyż "Canelo" stwierdził sam, że do wagi średniej będzie mu już zejść niezwykle ciężko.
2) Dwie walki Meksykanina z Gennady Golovkinem to były bokserskie uczty. Oba pojedynki były bardzo wyrównane i w obu zarówno Meksykanin, jak i Kazach mieli swoje momenty. Ich walki można porównać do bokserskich szachów. Pierwsze starcie zakończyło się remisem, drugie oficjalnie wygrał "Canelo", ale do tej pory eksperci są podzieleni - niektórzy wręcz twierdzą, że w obu walkach lepszy był "GGG". Ich trzeci pojedynek to majstersztyk marketingowy, który na pewno świetnie się sprzeda. Walka odbyłaby się w kategorii super średniej, w której niedawno zadebiutował Kazach.
3) Świetnym ruchem dla dalszej kariery "Canelo" byłaby wreszcie walka w Wielkiej Brytanii. A jeśli Anglia to Billy Joe Saunders. Niepokonany "Superb" jest posiadaczem pasa WBO w kategorii super średniej i na pewno byłby łakomym kąskiem dla Meksykanina. Saunders posiada swoich wiernych kibiców w Wielkiej Brytanii, a jego walka z Alvarezem stanowiłaby w końcu dla niego wyzwanie. Wreszcie dowiedzielibyśmy się także, ile warte jest gadanie Anglika...
4) Inną opcją angielską jest z pewnością Callum Smith. Mistrz Świata WBA i WBC Diamond stanowiłby dla "Canelo" jeszcze większe wyzwanie niż Billy Joe Saunders głównie ze względu na warunki fizyczne. "Mundo" jest wyższy od Meksykanina o... 18cm. Różnica zasięgu rąk jest jeszcze większa, a w połączeniu z umiejętnościami Anglika mogłaby to być dla Alvareza przeszkoda nie do przejścia. Smith to najlepszy pięściarz kategorii super średniej...
5) Pokonanie Sergeya Kovaleva to wielka sprawa, jednak sceptycy powiedzą, że "Krusher" to najstarszy i najsłabszy z rosyjskich półciężkich mistrzów. Raczej tak nie jest, ale przydałoby się to jakoś udowodnić, a czy można to lepiej udowodnić niż wygrać z kolejnym z mistrzów? Idealnym rozwiązaniem byłby pojedynek z Dmitry Bivolem, gdyż najbardziej odpowiada warunkami fizycznymi Meksykaninowi. Ta walka byłaby jak najbardziej do wygrania.
6) Ostatnia propozycja jest nieco abstrakcyjna oraz oczywiście najmniej realna, ale możemy trochę pofantazjować. Saul Alvarez po pokonaniu "Krushera" posiada pas WBO wagi półciężkiej, a sam zainteresowany, jak i jego trener nie ukrywają, że "Canelo" może pójść nawet do wagi cruiser, jeśli w grę wchodziłby pas. Obecnie najbliżej pasa WBO w wadze cruiser jest... Krzysztof Głowacki, który najprawdopodobniej zaboksuje niedługo o wakat, jeśli na rewanż z Polakiem nie zdecyduje się Mairis Briedis. Jak mogłaby wyglądać walka "Główki" z "Canelo"? To zostawimy już Waszej ocenie. Ja przypomnę tylko jak wyglądała walka Andrzeja Fonfary z Julio Cesarem Chavezem Juniorem...
piątek, 1 listopada 2019
Kovalev vs Alvarez czyli pojedynek o miano legendy...
Nie na co tu kryć - przed nami weekend z jedną z najbardziej wyczekiwanych walk 2019 roku. I zarazem najbardziej ekscytujących. I dziwnych. Już mówię dlaczego..
Z jednej strony to piękny ruch ze strony obozu Meksykanina. No bo skok do wyższej kategorii, po kolejny pas i jeszcze większe dziedzictwo. Dodatkowo - jak wydawać by się mogło - do podstarzałego już Rosjanina z bardzo mocnym nazwiskiem. Czyli same plusy - teoretycznie małe ryzyko z wielką korzyścią. Z każdym jednak dniem bliżej walki dochodzę do wniosku, że to może być dla "Canelo" klasyczny strzał w kolano. No bo Kovalev to jednak w dalszym ciągu gruba ryba w tym sporcie i pomimo faktu, iż Alvarez to wielki mistrz i jedna z aktywnych legend tego sportu, to jednak porażka w tej walce może go wiele kosztować. Meksykanin zbudował swoją pozycję na tym, iż walczy efektownie i nie przegrywa. Jedyną porażkę zadał mu Floyd Mayweather, a to przecież nie ujma. Można rzec, że nie wliczając giganta, jest niepokonany. Przegrana splami jego rekord niby tylko jedną cyfrą, ale jednak czymś dużo większym. A "Krusher" potrafi zranić i robotę wykończyć. Niby nie powinno mu się to udać w walce z szybkim Alvarezem, ale jednak...
55 pojedynków zawodowych, jedna porażka. Ten bilans mówi wiele o Saulu Alvarezie. "Canelo" to bezsprzecznie jedna z największych gwiazd świata boksu obecnie, do tego świetny biznesmen. Niektóre portale klasyfikują jego nazwisko na samym szczycie rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe. Karierę rozpoczął w wieku 15 lat, dziś ma dwa razy więcej. Pół życia walczy zawodowo - to o czymś świadczy. Jest to również doskonały produkt marketingowy i jego przegrana nie wyjdzie na dobre całemu światu szermierki na pięści. Bo były już przecież walki z Erislandy Larą, Miguelem Cotto, dwa pojedynki z Gennady Golovkinem i na dobrą sprawę nie byłoby trzęsienia ziemi, gdyby rudowłosy chłopak miał w rekordzie nie jedną, a pięć przegranych. Ale nie ma. I to sprawia, że jest gigantem swoich czasów.
Sergey Kovalev to również kapitalny pięściarz ze świetną karierą. 38 walk, 3 porażki. Ten rekord wygląda już zgoła inaczej, ale to również inny limit wagowy i inni przeciwnicy. Świat usłyszał o nim w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach w 2011 roku, kiedy to po walce z nim zmarł Roman Simakov. Później poszło już szybko - w 2013 roku na terenie Wielkiej Brytanii sięgnął po pas mistrza Świata federacji WBO i bronił go przez trzy lata po drodze dokładając także tytuły WBA i IBF. Zatrzymał się dopiero na genialnym Andre Wardzie, chociaż wynik ich pierwszego pojedynku mógł być kontrowersyjny. Od walk z Amerykaninem nie było już tak różowo. Niby się odbudował, ale znowu przegrał z Eleiderem Alvarezem. Teraz znów odzyskał pas, pokonał silnego Anthony'ego Yarde i staje do walki z "Canelo". Wygrana wywinduje go na apogeum popularności. Porażka może skłonić do zakończenia kariery.
Saul Alvarez
Wiek: 29
Wzrost: 173cm
Zasięg: 179cm
Waga: ok. 75kg
Rekord: 52 (35 KO) - 1 - 2
Rundy: 391
Debiut: 2005
Sukcesy:
IBF World middleweight (2019)
WBA World middleweight (2019)
WBA World super middleweight (2018)
WBO World super welterweight (2016)
WBC World middleweight (2015-2016, 2019)
WBA World super welterweight (2013)
WBC World super welterweight (2011-2013)
WBC Youth World welterweight (2009)
Sergey Kovalev
Wiek: 36
Wzrost: 183cm
Zasięg: 184cm
Waga: ok. 79kg
Rekord: 34 (29 KO) - 3 (2 KO) - 1
Rundy: 173
Debiut: 2009
Sukcesy:
WBC Diamond light heavyweight (2015)
IBF World light heavyweight (2014-2016)
WBA World light heavyweight (2014-2016)
WBO World light heavyweight (2013-2016, 2017-2018, 2019-...)
Świetne są zestawienia dwóch pięściarzy z różnych kategorii wagowych. Bo na pierwszy rzut oka widać, że "Canelo" jest sporo mniejszy od Kovaleva. Będzie miał mniejszy zasięg rąk, mniejsza powinna być również siła ciosu o czym świadczy chociażby procent wygranych przed czasem. "Krusher" jest od swojego meksykańskiego rywala 7 lat starszy, ale nieporównywalnie większe doświadczenie ma jednak Alvarez. On zadebiutował w wieku 15 lat, w 2005 roku. Rosjanin cztery lata później, mając aż 26 lat. "Canelo" spędził w zawodowym ringu dużo więcej czasu. Stoczył niemal 400 rund, przy 173 Kovaleva. Meksykanin natomiast dużo lawirował w limitach wagowych, podczas gdy Sergey od początku walczy w dywizji półciężkiej. Szybkość powinna być po stronie Alvareza, siła po stronie Kovaleva. Doświadczenie po stronie Alvareza, ale walka odbędzie się w kategorii Kovaleva. To musi być pasjonująca walka.
Trzecią osobą w ringu będzie doświadczony Russell Mora pracujący na stanowisku sędziego ringowego od 22 lat. W swojej karierze raz pracował przy pojedynku "Canelo" Alvareza, ale było to dekadę temu. Na ringu w meksykańskim Cancun 19-letni wówczas Saul pokonał przez nokaut w dziewiątej rundzie niejakiego Jefersona Goncalo. Mora nigdy nie miał styczności z Sergeyem Kovalevem. Arbitrami na stołkach będą Pani Julie Lederman oraz Panowie Dave Moretti i Don Trella. Zwłaszcza sędzia Moretti doskonale zna poczynania ringowe Saula Alvareza. Punktował jego walki aż ośmiokrotnie w ostatnich 12 występach "Canelo". Pierwszy raz w przegranej walce z Floydem Mayweatherem wypunktował 112-116. Późniejsze jego karty to 89-82 z Alfredo Angulo, 115-113 z Erislandy Larą, 119-109 z Miguelem Cotto, 120-108 z Julio Cesarem Chavezem, 113-115 w pierwszej potyczce z Gennady Golovkinem, 115-113 w ich rewanżu oraz 115-113 z Danielem Jacobsem. Kilka z tych werdyktów jest mocno podejrzanych. Sędzia Moretti tylko raz widział z bliska walkę Kovaleva. Walkę przegraną przed czasem z Andre Wardem (na karcie Morettiego 66-67 na korzyść S.O.G.).
Sędzia Don Trella wypunktował remis 114-114 w pierwszym pojedynku Alvareza z Golovkinem czym uratował remis w całym ich pojedynku. Również raz punktował sędzia Trella walke "Krushera", jednak nie musiał się za dużo napracować, gdyż Kovalev bardzo szybko uporał się w 2013 roku z Gabrielem Campillo.
Zgoła odwrotnie ma się sytuacja z sędziną Lederman. Nigdy nie punktowała walk Saula Alvareza, natomiast pięciokrotnie siedziała na stołku przy pojedynkach "Krushera". Rosjanin jednak nie dawał jej powodów do zapisywania kartek. Z Darnellem Boone'm wygrał w drugiej rundzie, z Corneliusem White'm w trzeciej, z Cedrikiem Agnew w siódmej (60-52), z Blakiem Caparello w drugiej, a z Vyacheslavem Shabranskyy'm również w drugiej rundzie.
Trudno się przyczepić do wyboru sędziów, wydaje się, że są dobrani odpowiednio i powinni punktować uczciwie. Pojedynek odbędzie się w MGM Grand w Las Vegas, gdzie Meksykaninowi przyszło już występować pięciokrotnie, natomiast dla Koveleva będzie to debiut w tym miejscu. W sumie to szczegół, ale moim zdaniem istotny.
Jak może potoczyć się ta walka? Tak jak powiedziałem na wstępie, kiedy pojedynek został ogłoszony byłem wręcz przekonany, że Alvarez stosunkowo łatwo obskoczy Rosjanina, będzie bazował na szybkości i pracy nóg, wypunktuje rywala nie dając sobie zrobić większej krzywdy. Po głowie chodził mi werdykt w granicach 118-110 albo wyżej. Im bliżej do walki, tym mam co do tego pewne wątpliwości. Po głowie chodzi mi fakt, że Kovalev w końcu upoluje "Canelo" i będzie miał w tej walce swoją niepowtarzalną szansę. Czy ją wykorzysta? Tego nie wiem i nie chce oceniać. Alvarez potrafi przyjąć, ale nie bił się jeszcze z kimś takim jak Kovalev, który jak mówi pseudonim potrafi skruszyć największego twardziela. Nie sądzę, że to Meksykanin zastopuje "Krushera". Wygląda na to, że Rosjanin przygotował wysoką formę zdając sobie sprawę z powagi sytuacji i wielkiej szansy. Wszak, wygrana z kimś takim jak Saul Alvarez odbiłaby się bardzo szerokim echem. Podsumowując, wydaje mi się, że walkę wygra Alvarez, bo tak będzie lepiej dla wszystkich. Wygra tą walkę po decyzji punktowej, ale Rosjanin będzie miał przynajmniej jedną szanse na pokonanie go przed czasem. Porażka "Canelo" z Kovelevem to będzie małe trzęsienie ziemi w świecie boksu. Sam nie wiem jak miałbym wówczas klasyfikować obu pięściarzy i z pewnością doczekalibyśmy się rewanżu. Co, jak co - oby walka nie była nudna, życzę wszystkim nieprzespanej jutrzejszej nocy. Niech dobry boks będzie z Nami!
Z jednej strony to piękny ruch ze strony obozu Meksykanina. No bo skok do wyższej kategorii, po kolejny pas i jeszcze większe dziedzictwo. Dodatkowo - jak wydawać by się mogło - do podstarzałego już Rosjanina z bardzo mocnym nazwiskiem. Czyli same plusy - teoretycznie małe ryzyko z wielką korzyścią. Z każdym jednak dniem bliżej walki dochodzę do wniosku, że to może być dla "Canelo" klasyczny strzał w kolano. No bo Kovalev to jednak w dalszym ciągu gruba ryba w tym sporcie i pomimo faktu, iż Alvarez to wielki mistrz i jedna z aktywnych legend tego sportu, to jednak porażka w tej walce może go wiele kosztować. Meksykanin zbudował swoją pozycję na tym, iż walczy efektownie i nie przegrywa. Jedyną porażkę zadał mu Floyd Mayweather, a to przecież nie ujma. Można rzec, że nie wliczając giganta, jest niepokonany. Przegrana splami jego rekord niby tylko jedną cyfrą, ale jednak czymś dużo większym. A "Krusher" potrafi zranić i robotę wykończyć. Niby nie powinno mu się to udać w walce z szybkim Alvarezem, ale jednak...
55 pojedynków zawodowych, jedna porażka. Ten bilans mówi wiele o Saulu Alvarezie. "Canelo" to bezsprzecznie jedna z największych gwiazd świata boksu obecnie, do tego świetny biznesmen. Niektóre portale klasyfikują jego nazwisko na samym szczycie rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe. Karierę rozpoczął w wieku 15 lat, dziś ma dwa razy więcej. Pół życia walczy zawodowo - to o czymś świadczy. Jest to również doskonały produkt marketingowy i jego przegrana nie wyjdzie na dobre całemu światu szermierki na pięści. Bo były już przecież walki z Erislandy Larą, Miguelem Cotto, dwa pojedynki z Gennady Golovkinem i na dobrą sprawę nie byłoby trzęsienia ziemi, gdyby rudowłosy chłopak miał w rekordzie nie jedną, a pięć przegranych. Ale nie ma. I to sprawia, że jest gigantem swoich czasów.
Sergey Kovalev to również kapitalny pięściarz ze świetną karierą. 38 walk, 3 porażki. Ten rekord wygląda już zgoła inaczej, ale to również inny limit wagowy i inni przeciwnicy. Świat usłyszał o nim w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach w 2011 roku, kiedy to po walce z nim zmarł Roman Simakov. Później poszło już szybko - w 2013 roku na terenie Wielkiej Brytanii sięgnął po pas mistrza Świata federacji WBO i bronił go przez trzy lata po drodze dokładając także tytuły WBA i IBF. Zatrzymał się dopiero na genialnym Andre Wardzie, chociaż wynik ich pierwszego pojedynku mógł być kontrowersyjny. Od walk z Amerykaninem nie było już tak różowo. Niby się odbudował, ale znowu przegrał z Eleiderem Alvarezem. Teraz znów odzyskał pas, pokonał silnego Anthony'ego Yarde i staje do walki z "Canelo". Wygrana wywinduje go na apogeum popularności. Porażka może skłonić do zakończenia kariery.
Saul Alvarez
Wiek: 29
Wzrost: 173cm
Zasięg: 179cm
Waga: ok. 75kg
Rekord: 52 (35 KO) - 1 - 2
Rundy: 391
Debiut: 2005
Sukcesy:
IBF World middleweight (2019)
WBA World middleweight (2019)
WBA World super middleweight (2018)
WBO World super welterweight (2016)
WBC World middleweight (2015-2016, 2019)
WBA World super welterweight (2013)
WBC World super welterweight (2011-2013)
WBC Youth World welterweight (2009)
Sergey Kovalev
Wiek: 36
Wzrost: 183cm
Zasięg: 184cm
Waga: ok. 79kg
Rekord: 34 (29 KO) - 3 (2 KO) - 1
Rundy: 173
Debiut: 2009
Sukcesy:
WBC Diamond light heavyweight (2015)
IBF World light heavyweight (2014-2016)
WBA World light heavyweight (2014-2016)
WBO World light heavyweight (2013-2016, 2017-2018, 2019-...)
Świetne są zestawienia dwóch pięściarzy z różnych kategorii wagowych. Bo na pierwszy rzut oka widać, że "Canelo" jest sporo mniejszy od Kovaleva. Będzie miał mniejszy zasięg rąk, mniejsza powinna być również siła ciosu o czym świadczy chociażby procent wygranych przed czasem. "Krusher" jest od swojego meksykańskiego rywala 7 lat starszy, ale nieporównywalnie większe doświadczenie ma jednak Alvarez. On zadebiutował w wieku 15 lat, w 2005 roku. Rosjanin cztery lata później, mając aż 26 lat. "Canelo" spędził w zawodowym ringu dużo więcej czasu. Stoczył niemal 400 rund, przy 173 Kovaleva. Meksykanin natomiast dużo lawirował w limitach wagowych, podczas gdy Sergey od początku walczy w dywizji półciężkiej. Szybkość powinna być po stronie Alvareza, siła po stronie Kovaleva. Doświadczenie po stronie Alvareza, ale walka odbędzie się w kategorii Kovaleva. To musi być pasjonująca walka.
Trzecią osobą w ringu będzie doświadczony Russell Mora pracujący na stanowisku sędziego ringowego od 22 lat. W swojej karierze raz pracował przy pojedynku "Canelo" Alvareza, ale było to dekadę temu. Na ringu w meksykańskim Cancun 19-letni wówczas Saul pokonał przez nokaut w dziewiątej rundzie niejakiego Jefersona Goncalo. Mora nigdy nie miał styczności z Sergeyem Kovalevem. Arbitrami na stołkach będą Pani Julie Lederman oraz Panowie Dave Moretti i Don Trella. Zwłaszcza sędzia Moretti doskonale zna poczynania ringowe Saula Alvareza. Punktował jego walki aż ośmiokrotnie w ostatnich 12 występach "Canelo". Pierwszy raz w przegranej walce z Floydem Mayweatherem wypunktował 112-116. Późniejsze jego karty to 89-82 z Alfredo Angulo, 115-113 z Erislandy Larą, 119-109 z Miguelem Cotto, 120-108 z Julio Cesarem Chavezem, 113-115 w pierwszej potyczce z Gennady Golovkinem, 115-113 w ich rewanżu oraz 115-113 z Danielem Jacobsem. Kilka z tych werdyktów jest mocno podejrzanych. Sędzia Moretti tylko raz widział z bliska walkę Kovaleva. Walkę przegraną przed czasem z Andre Wardem (na karcie Morettiego 66-67 na korzyść S.O.G.).
Sędzia Don Trella wypunktował remis 114-114 w pierwszym pojedynku Alvareza z Golovkinem czym uratował remis w całym ich pojedynku. Również raz punktował sędzia Trella walke "Krushera", jednak nie musiał się za dużo napracować, gdyż Kovalev bardzo szybko uporał się w 2013 roku z Gabrielem Campillo.
Zgoła odwrotnie ma się sytuacja z sędziną Lederman. Nigdy nie punktowała walk Saula Alvareza, natomiast pięciokrotnie siedziała na stołku przy pojedynkach "Krushera". Rosjanin jednak nie dawał jej powodów do zapisywania kartek. Z Darnellem Boone'm wygrał w drugiej rundzie, z Corneliusem White'm w trzeciej, z Cedrikiem Agnew w siódmej (60-52), z Blakiem Caparello w drugiej, a z Vyacheslavem Shabranskyy'm również w drugiej rundzie.
Trudno się przyczepić do wyboru sędziów, wydaje się, że są dobrani odpowiednio i powinni punktować uczciwie. Pojedynek odbędzie się w MGM Grand w Las Vegas, gdzie Meksykaninowi przyszło już występować pięciokrotnie, natomiast dla Koveleva będzie to debiut w tym miejscu. W sumie to szczegół, ale moim zdaniem istotny.
Jak może potoczyć się ta walka? Tak jak powiedziałem na wstępie, kiedy pojedynek został ogłoszony byłem wręcz przekonany, że Alvarez stosunkowo łatwo obskoczy Rosjanina, będzie bazował na szybkości i pracy nóg, wypunktuje rywala nie dając sobie zrobić większej krzywdy. Po głowie chodził mi werdykt w granicach 118-110 albo wyżej. Im bliżej do walki, tym mam co do tego pewne wątpliwości. Po głowie chodzi mi fakt, że Kovalev w końcu upoluje "Canelo" i będzie miał w tej walce swoją niepowtarzalną szansę. Czy ją wykorzysta? Tego nie wiem i nie chce oceniać. Alvarez potrafi przyjąć, ale nie bił się jeszcze z kimś takim jak Kovalev, który jak mówi pseudonim potrafi skruszyć największego twardziela. Nie sądzę, że to Meksykanin zastopuje "Krushera". Wygląda na to, że Rosjanin przygotował wysoką formę zdając sobie sprawę z powagi sytuacji i wielkiej szansy. Wszak, wygrana z kimś takim jak Saul Alvarez odbiłaby się bardzo szerokim echem. Podsumowując, wydaje mi się, że walkę wygra Alvarez, bo tak będzie lepiej dla wszystkich. Wygra tą walkę po decyzji punktowej, ale Rosjanin będzie miał przynajmniej jedną szanse na pokonanie go przed czasem. Porażka "Canelo" z Kovelevem to będzie małe trzęsienie ziemi w świecie boksu. Sam nie wiem jak miałbym wówczas klasyfikować obu pięściarzy i z pewnością doczekalibyśmy się rewanżu. Co, jak co - oby walka nie była nudna, życzę wszystkim nieprzespanej jutrzejszej nocy. Niech dobry boks będzie z Nami!
środa, 30 października 2019
"Błyskawicznie" w Sosnowcu - podsumowanie gali...
Pięściarze występujący w roli głównych aktorów gali w Sosnowcu nie rozpieścili kibiców zgromadzonych w hali. Walki kończyły się bardzo szybko i mało było fajnego boksu. Na uwagę zasługuje praktycznie tylko występ Marka Matyi, który przewalczył kilkanaście minut. Wcześniej zadebiutowali w grupie Knockout Promotions Kamil Bednarek i Denis Krotyuk z Ukrainy, ale obaj szybko skończyli robotę. Podobnie jak walczący po Wrocławianinie Fiodor Cherkashyn i kończący galę Artur Szpilka. Wyszło więc tak, że kibice dłużej słuchali wywiadów po pojedynkach niż boksu na ringu.
W Sosnowcu było błyskawicznie, więc i tutaj będzie błyskawicznie. Bo ciężko cokolwiek powiedzieć o występach Bednarka i Krotyuka. Obaj zaprezentowali się bardzo dobrze na tle przeciętniaków, którzy imitowali ich rywali. Bednarek to podobno duży talent, ale o tym będziemy mogli się przekonać dopiero, kiedy wyprowadzi trochę więcej ciosów i stoczy trochę więcej rund.
Coś więcej można powiedzieć o Marku Matyi. Wrocławianin stoczył bardzo dobry pojedynek. Co prawda w ostatniej chwili zmienił mu się rywal, ale - jak wiadomo - zawsze jest to kłopot dla obu stron. Miał być rewanż z Pawłem Stępniem, a wyszła walka z doświadczonym Tony'm Averlantem. Francuz to etatowy journeyman, ale bardzo twardy, tym większe brawa dla Marka, że potrafił go zastopować. Averlant przegrywał dotychczas 12 razy, ale przed czasem tylko z Juergenem Braehmerem, Anthony'm Yarde i Joshuą Buatsi. Widać było, że Marek Matyja był świetnie przygotowany na Stępnia i kto wie, jak brzmiałby werdykt w ich drugiej walce. Miał pomysł na walkę, obił mocno tułów Francuza dużo rotując ciosami to na dół to na górę. Zasłużone i ważne zwycięstwo mocno niedocenianego pięściarza.
Przyznam się, że z tej gali najbardziej czekałem na walkę Fiodora Cherkashyna, gdyż - uwaga odważna teza - uważam, że już w tej chwili mógłby poradzić sobie i z Kamilem Szeremetą i Maciejem Sulęckim. Niewiarygodny talent, co pokazał już w pierwszej rundzie walki z Guido Nicolasem Pitto. Argentyńczyk swego czasu sprawił niemałą niespodziankę wygrywając z Jackiem Culcayem w Niemczech. Pitto tylko raz, w dodatku kontrowersyjnie, przegrał przed czasem, a w Polsce czekała go prawdziwa demolka z rąk 23-latka. Ukrainiec znany był ze swojej "wątróbki", ale tym razem pokazał, że potrafi także mocno przyspieszyć i zasypać rywala gradem ciosów. Celnych ciosów, czym nie zostawił sędziemu furtki na przedłużenie pojedynku. Argentyńczyk był wyraźnie zaskoczony, ale młody Fiodor twardo stąpa po ziemi i zna swoje miejsce w szeregu. Moim zdaniem jest zbyt skromny. Tacy zawodnicy jak wspomniany chociażby Culcay spokojnie są już w jego zasięgu. Z niecierpliwością czekam na ogłoszenie kolejnego rywala dla Cherkashyna i liczę, że poniżej pewnego poziomu promotorzy 23-latka nie będą już schodzić.
A co można powiedzieć o Szpilce? Nic konkretnego. Zrobił swoją robotę bardzo szybko, bo inaczej się nie dało. Wyciągnięty z emerytury Fabio Tuiach był dramatycznie słaby, ale tego się większość spodziewała. Rozumiem walkę na przetarcie, ale dlaczego w pojedynku wieńczącym galę? To trochę robienie sobie żartów z kibiców, co w konsekwencji w moich oczach klasyfikuje tą galę jako "odbyła się. można zapomnieć". Bardziej ciekawa była deklaracja Szpilki, że był to jego ostatni pojedynek w kategorii ciężkiej i będzie teraz podbijał rankingi wagi cruiser. Być może jestem pesymistą, ale osobiście tego nie widzę. Będę zdziwiony, jeśli faktycznie Artur osiągnie limit 90,7kg nie tracąc przy tym atutów takich jak cios, szybkość i nogi. Jeśli jednak to zrobi, ciężko mi sobie wyobrazić Polaka w czołówkach, w walkach chociażby z zawodnikami pokroju Yuniera Dorticosa czy Lawrence'a Okolie. Artur dużo zebrał na szczękę w królewskiej kategorii, ale to nie będzie tak, że schodząc do niższego limitu będzie tam postrachem. Nie. Będzie mu bardzo ciężko, a nie jest to przecież facet, który potrafi poświęcić się czemuś w 100%. Restrykcyjna dieta, brak rozprężenia między walkami... To moim zdaniem nie dla Artura. Ale jak faktycznie będzie - zobaczymy.
W Sosnowcu było błyskawicznie, więc i tutaj będzie błyskawicznie. Bo ciężko cokolwiek powiedzieć o występach Bednarka i Krotyuka. Obaj zaprezentowali się bardzo dobrze na tle przeciętniaków, którzy imitowali ich rywali. Bednarek to podobno duży talent, ale o tym będziemy mogli się przekonać dopiero, kiedy wyprowadzi trochę więcej ciosów i stoczy trochę więcej rund.
Coś więcej można powiedzieć o Marku Matyi. Wrocławianin stoczył bardzo dobry pojedynek. Co prawda w ostatniej chwili zmienił mu się rywal, ale - jak wiadomo - zawsze jest to kłopot dla obu stron. Miał być rewanż z Pawłem Stępniem, a wyszła walka z doświadczonym Tony'm Averlantem. Francuz to etatowy journeyman, ale bardzo twardy, tym większe brawa dla Marka, że potrafił go zastopować. Averlant przegrywał dotychczas 12 razy, ale przed czasem tylko z Juergenem Braehmerem, Anthony'm Yarde i Joshuą Buatsi. Widać było, że Marek Matyja był świetnie przygotowany na Stępnia i kto wie, jak brzmiałby werdykt w ich drugiej walce. Miał pomysł na walkę, obił mocno tułów Francuza dużo rotując ciosami to na dół to na górę. Zasłużone i ważne zwycięstwo mocno niedocenianego pięściarza.
Przyznam się, że z tej gali najbardziej czekałem na walkę Fiodora Cherkashyna, gdyż - uwaga odważna teza - uważam, że już w tej chwili mógłby poradzić sobie i z Kamilem Szeremetą i Maciejem Sulęckim. Niewiarygodny talent, co pokazał już w pierwszej rundzie walki z Guido Nicolasem Pitto. Argentyńczyk swego czasu sprawił niemałą niespodziankę wygrywając z Jackiem Culcayem w Niemczech. Pitto tylko raz, w dodatku kontrowersyjnie, przegrał przed czasem, a w Polsce czekała go prawdziwa demolka z rąk 23-latka. Ukrainiec znany był ze swojej "wątróbki", ale tym razem pokazał, że potrafi także mocno przyspieszyć i zasypać rywala gradem ciosów. Celnych ciosów, czym nie zostawił sędziemu furtki na przedłużenie pojedynku. Argentyńczyk był wyraźnie zaskoczony, ale młody Fiodor twardo stąpa po ziemi i zna swoje miejsce w szeregu. Moim zdaniem jest zbyt skromny. Tacy zawodnicy jak wspomniany chociażby Culcay spokojnie są już w jego zasięgu. Z niecierpliwością czekam na ogłoszenie kolejnego rywala dla Cherkashyna i liczę, że poniżej pewnego poziomu promotorzy 23-latka nie będą już schodzić.
A co można powiedzieć o Szpilce? Nic konkretnego. Zrobił swoją robotę bardzo szybko, bo inaczej się nie dało. Wyciągnięty z emerytury Fabio Tuiach był dramatycznie słaby, ale tego się większość spodziewała. Rozumiem walkę na przetarcie, ale dlaczego w pojedynku wieńczącym galę? To trochę robienie sobie żartów z kibiców, co w konsekwencji w moich oczach klasyfikuje tą galę jako "odbyła się. można zapomnieć". Bardziej ciekawa była deklaracja Szpilki, że był to jego ostatni pojedynek w kategorii ciężkiej i będzie teraz podbijał rankingi wagi cruiser. Być może jestem pesymistą, ale osobiście tego nie widzę. Będę zdziwiony, jeśli faktycznie Artur osiągnie limit 90,7kg nie tracąc przy tym atutów takich jak cios, szybkość i nogi. Jeśli jednak to zrobi, ciężko mi sobie wyobrazić Polaka w czołówkach, w walkach chociażby z zawodnikami pokroju Yuniera Dorticosa czy Lawrence'a Okolie. Artur dużo zebrał na szczękę w królewskiej kategorii, ale to nie będzie tak, że schodząc do niższego limitu będzie tam postrachem. Nie. Będzie mu bardzo ciężko, a nie jest to przecież facet, który potrafi poświęcić się czemuś w 100%. Restrykcyjna dieta, brak rozprężenia między walkami... To moim zdaniem nie dla Artura. Ale jak faktycznie będzie - zobaczymy.
sobota, 26 października 2019
Prograis vs Taylor czyli kapitalna walka na umiejętności...
Przed nami pierwszy finał drugiej edycji prestiżowego turnieju WBSS. W decydującym pojedynku w kategorii super lekkiej dojdzie do elektryzującego starcia dwóch niepokonanych zawodników. Obiektywnie można powiedzieć, że będzie to pierwszy tak teoretycznie wyrównany finał w całej historii turnieju. Amerykanin Regis Prograis i Szkot Josh Taylor to pięściarze zdecydowanie ponadprzeciętni, którzy posiadają niezliczoną liczbę atutów w ringu. Są to jednak pięściarze zupełnie różni. Naprawdę ciężko jest wskazać faworyta w dzisiejszym starciu, jednak postaramy się to razem zrobić.
30-letni "Rougarou" z Teksasu to zawodnik bardzo dobrze wyszkolony technicznie, bardzo silny, dysponujący pojedynczym, nokautującym ciosem, a także znakomicie pracujący na nogach. Nie posiada natomiast zbyt dobrych warunków fizycznych, będzie od swojego rywala niższy, będzie miał także mniejszy zasięg rąk. Amerykanin na zawodowstwie stoczył dotychczas 24 pojedynki, wszystkie wygrał, z czego aż 20 przed czasem. Regis na najwyższe obroty wszedł stosunkowo niedawno. Świat usłyszał o nim w 2017 roku, kiedy to szybko zastopował niepokonanego Joela Diaza Juniora, a następnie w równie ekspresowym tempie uporał się z byłym mistrzem Świata, Juliusem Indongo fundując mu cztery liczenia w niecałe 6 minut.
Prograis startował w turnieju WBSS rozstawiony z numerem pierwszym i miał pełne pole wyboru decydując się na pierwszego rywala w turnieju. Postawił na Terry'ego Flanagana - w moim odczuciu najtrudniejszego przeciwnika na etapie ćwierćfinałów. Ostatecznie wygrał z Anglikiem wyraźnie na punkty po drodze rzucając go na deski. W półfinale spotkał się z mistrzem Świata WBA, Kirilem Relikhem. Starcie z Białorusinem było spacerkiem. Prograis zabawił się z rywalem przez 5 rund, a w szóstej znokautował i zameldował się w wielkim finale turnieju. Obecnie Amerykanina posiada wspomniany pas WBA oraz jeden z nowych wytworów, WBC Diamond.
Josh Taylor to jedno z największych odkryć ostatnich lat. Szkot fantastycznie wpasował się w boks zawodowy i bardzo szybko dostawał solidnych rywali. Już w dziesiątej zawodowej walce spotkał się z bardzo solidnym O'harą Daviesem i zastopował go w siódmej rundzie. Później nie schodził już z pewnego poziomu. Wygrywał z byłym mistrzem Świata, Miguelem Vazquezem, a także Winstonem Camposem. W połowie 2018 roku zdał niezwykle trudny test wygrywając dość wyraźnie na punkty z Viktorem Postolem.
Ta wygrana dała Szkotowi występ w WBSS i rozstawienie z "dwójką". W ćwierćfinale spotkał się z niepokonanym, lecz jeszcze niezweryfikowanym Ryanem Martinem i dość swobodnie go znokautował. Cięższe zadanie czekało na niego w kolejnym etapie. Tam zmierzył się z Ivanem Baranchykiem. Dla Taylora była to chyba najtrudniejsza walka w karierze, ale ostatecznie wygrana na punkty. Tym samym drugi z Białorusinów musiał pożegnać się z turniejem, a "Tartan Tornado" zameldował się w finale z Regisem Prograis. Warto dodać, że wszystkie najważniejsze, wspomniane walki Taylor toczył w hali SSE Hydro w Glasgow.
Regis Prograis
Wiek: 30
Wzrost: 173cm
Zasięg: 170cm
Waga: 63kg
Rekord: 24 (20 KO) - 0 - 0
Rundy: 98
Debiut: 2012
Sukcesy:
WBA Super super lightweight (2019-...)
WBC Diamond super lightweight (2018-...)
WBC Interim super lightweight (2018)
Josh Taylor
Wiek: 28
Wzrost: 178cm
Zasięg: 177cm
Waga: 63kg
Rekord: 15 (12 KO) - 0 - 0
Rundy: 78
Debiut: 2015
Sukcesy:
IBF super lightweight (2019-...)
WBC Silver super lightweight (2017-2018)
Co rzuca się w oczy na początku? Chyba jednak te warunki fizyczne. Taylor będzie miał sporą przewagę zasięgu rąk i z pewnością będzie w stanie ją wykorzystać. Szkot bardzo dobrze czuje się w dystansie. Obaj Panowie nie dobili jeszcze nawet do 100 rund, więc wiele jeszcze przed nimi. W tym miejscu warto także dodać, że zarówno Prograis, jak i Taylor walczą z pozycji odwrotnej, co tym bardziej dodaje smaczku tej walce. Sam jestem ciekawy, kto lepiej potrafi walczyć przeciwko mańkutowi. Ta walka to mogą być pięściarskie szachy i pytanie jest tylko takie - kto będzie się lepiej czuł w ringu dzisiejszego wieczoru?
Niewielką przewagę już na starcie może mieć Taylor, chociażby ze względu na lokalizacje gali. Finał odbędzie się w O2 Arena w Wielkiej Brytanii. Tym razem jest to jednak Londyn, a nie Szkocja, w której aż siedem ostatnich pojedynków toczył "Tartan Tornado". Dla Amerykanina będzie to pierwszy wyjazdowy pojedynek i z tym mogą wiązać się pewne znaki zapytania. W każdym razie w Londynie nie walczył jeszcze ani jeden, ani drugi. Sędzią ringowym będzie jednak Brytyjczyk Marcus McDonnell, a więc kolejny mały plusik po stronie Taylora. Arbitrami na stołkach tym razem będą Alfredo Polanco z Meksyku, Benoit Roussell z Kanady oraz Deon Dwarte z RPA. Czy mieli oni coś wspólnego z głównymi aktorami dzisiejszego wydarzenia? Niewiele...
Marcus McDonnell był sędzią punktowym w walce Taylora z O'harą Daviesem, jednak walka zakończyła się przed czasem, więc nie musiał się wykazywać. Alfredo Polanco natomiast był ringowym w 2014 roku, kiedy to w ringu spotkali się Regis Prograis i niejaki Mario Hermosillo. Walka zakończyła się w czwartej rundzie.
Przechodzimy do wniosków. Co może się zdarzyć w Londynie dzisiejszego wieczoru? Oczywiście, że wszystko. W moim odczuciu kontrolę nad wydarzeniami w ringu przejmie Josh Taylor. To w nim widzę minimalnego faworyta pojedynku, głównie ze względu na warunki fizyczne. Prograis być może bije mocniej, ale mam wrażenie, że będzie mu bardzo ciężko przedostać się w bezpośrednią okolice rywala, żeby zadać silny cios. Taylor będzie chciał walczyć na dystans i może mu się to udać. Do tego walczy u siebie, a ringowy jest Brytyjczykiem. To wszystko składa się u mnie na 60%-40% na korzyść Szkota. Uważam, że walka zakończy się wygraną po decyzji punktowej w okolicy 116-112. Szansą dla Amerykanina będzie przede wszystkim duża mobilność, szybkość, dobra praca na nogach i przedostawanie się do półdystansu. Atutem mogą być mocne ciosy na korpus, które osłabią zapędy Taylora. Walka oczywiście potoczy się inaczej, jeśli któryś z pięściarzy zainkasuje w początkowych rundach silny cios. Nie wykluczony jest nawet klasyczny nokaut z obu stron. Życzę dużo emocji i wielkiego widowiska.
30-letni "Rougarou" z Teksasu to zawodnik bardzo dobrze wyszkolony technicznie, bardzo silny, dysponujący pojedynczym, nokautującym ciosem, a także znakomicie pracujący na nogach. Nie posiada natomiast zbyt dobrych warunków fizycznych, będzie od swojego rywala niższy, będzie miał także mniejszy zasięg rąk. Amerykanin na zawodowstwie stoczył dotychczas 24 pojedynki, wszystkie wygrał, z czego aż 20 przed czasem. Regis na najwyższe obroty wszedł stosunkowo niedawno. Świat usłyszał o nim w 2017 roku, kiedy to szybko zastopował niepokonanego Joela Diaza Juniora, a następnie w równie ekspresowym tempie uporał się z byłym mistrzem Świata, Juliusem Indongo fundując mu cztery liczenia w niecałe 6 minut.
Prograis startował w turnieju WBSS rozstawiony z numerem pierwszym i miał pełne pole wyboru decydując się na pierwszego rywala w turnieju. Postawił na Terry'ego Flanagana - w moim odczuciu najtrudniejszego przeciwnika na etapie ćwierćfinałów. Ostatecznie wygrał z Anglikiem wyraźnie na punkty po drodze rzucając go na deski. W półfinale spotkał się z mistrzem Świata WBA, Kirilem Relikhem. Starcie z Białorusinem było spacerkiem. Prograis zabawił się z rywalem przez 5 rund, a w szóstej znokautował i zameldował się w wielkim finale turnieju. Obecnie Amerykanina posiada wspomniany pas WBA oraz jeden z nowych wytworów, WBC Diamond.
Josh Taylor to jedno z największych odkryć ostatnich lat. Szkot fantastycznie wpasował się w boks zawodowy i bardzo szybko dostawał solidnych rywali. Już w dziesiątej zawodowej walce spotkał się z bardzo solidnym O'harą Daviesem i zastopował go w siódmej rundzie. Później nie schodził już z pewnego poziomu. Wygrywał z byłym mistrzem Świata, Miguelem Vazquezem, a także Winstonem Camposem. W połowie 2018 roku zdał niezwykle trudny test wygrywając dość wyraźnie na punkty z Viktorem Postolem.
Ta wygrana dała Szkotowi występ w WBSS i rozstawienie z "dwójką". W ćwierćfinale spotkał się z niepokonanym, lecz jeszcze niezweryfikowanym Ryanem Martinem i dość swobodnie go znokautował. Cięższe zadanie czekało na niego w kolejnym etapie. Tam zmierzył się z Ivanem Baranchykiem. Dla Taylora była to chyba najtrudniejsza walka w karierze, ale ostatecznie wygrana na punkty. Tym samym drugi z Białorusinów musiał pożegnać się z turniejem, a "Tartan Tornado" zameldował się w finale z Regisem Prograis. Warto dodać, że wszystkie najważniejsze, wspomniane walki Taylor toczył w hali SSE Hydro w Glasgow.
Regis Prograis
Wiek: 30
Wzrost: 173cm
Zasięg: 170cm
Waga: 63kg
Rekord: 24 (20 KO) - 0 - 0
Rundy: 98
Debiut: 2012
Sukcesy:
WBA Super super lightweight (2019-...)
WBC Diamond super lightweight (2018-...)
WBC Interim super lightweight (2018)
Josh Taylor
Wiek: 28
Wzrost: 178cm
Zasięg: 177cm
Waga: 63kg
Rekord: 15 (12 KO) - 0 - 0
Rundy: 78
Debiut: 2015
Sukcesy:
IBF super lightweight (2019-...)
WBC Silver super lightweight (2017-2018)
Co rzuca się w oczy na początku? Chyba jednak te warunki fizyczne. Taylor będzie miał sporą przewagę zasięgu rąk i z pewnością będzie w stanie ją wykorzystać. Szkot bardzo dobrze czuje się w dystansie. Obaj Panowie nie dobili jeszcze nawet do 100 rund, więc wiele jeszcze przed nimi. W tym miejscu warto także dodać, że zarówno Prograis, jak i Taylor walczą z pozycji odwrotnej, co tym bardziej dodaje smaczku tej walce. Sam jestem ciekawy, kto lepiej potrafi walczyć przeciwko mańkutowi. Ta walka to mogą być pięściarskie szachy i pytanie jest tylko takie - kto będzie się lepiej czuł w ringu dzisiejszego wieczoru?
Niewielką przewagę już na starcie może mieć Taylor, chociażby ze względu na lokalizacje gali. Finał odbędzie się w O2 Arena w Wielkiej Brytanii. Tym razem jest to jednak Londyn, a nie Szkocja, w której aż siedem ostatnich pojedynków toczył "Tartan Tornado". Dla Amerykanina będzie to pierwszy wyjazdowy pojedynek i z tym mogą wiązać się pewne znaki zapytania. W każdym razie w Londynie nie walczył jeszcze ani jeden, ani drugi. Sędzią ringowym będzie jednak Brytyjczyk Marcus McDonnell, a więc kolejny mały plusik po stronie Taylora. Arbitrami na stołkach tym razem będą Alfredo Polanco z Meksyku, Benoit Roussell z Kanady oraz Deon Dwarte z RPA. Czy mieli oni coś wspólnego z głównymi aktorami dzisiejszego wydarzenia? Niewiele...
Marcus McDonnell był sędzią punktowym w walce Taylora z O'harą Daviesem, jednak walka zakończyła się przed czasem, więc nie musiał się wykazywać. Alfredo Polanco natomiast był ringowym w 2014 roku, kiedy to w ringu spotkali się Regis Prograis i niejaki Mario Hermosillo. Walka zakończyła się w czwartej rundzie.
Przechodzimy do wniosków. Co może się zdarzyć w Londynie dzisiejszego wieczoru? Oczywiście, że wszystko. W moim odczuciu kontrolę nad wydarzeniami w ringu przejmie Josh Taylor. To w nim widzę minimalnego faworyta pojedynku, głównie ze względu na warunki fizyczne. Prograis być może bije mocniej, ale mam wrażenie, że będzie mu bardzo ciężko przedostać się w bezpośrednią okolice rywala, żeby zadać silny cios. Taylor będzie chciał walczyć na dystans i może mu się to udać. Do tego walczy u siebie, a ringowy jest Brytyjczykiem. To wszystko składa się u mnie na 60%-40% na korzyść Szkota. Uważam, że walka zakończy się wygraną po decyzji punktowej w okolicy 116-112. Szansą dla Amerykanina będzie przede wszystkim duża mobilność, szybkość, dobra praca na nogach i przedostawanie się do półdystansu. Atutem mogą być mocne ciosy na korpus, które osłabią zapędy Taylora. Walka oczywiście potoczy się inaczej, jeśli któryś z pięściarzy zainkasuje w początkowych rundach silny cios. Nie wykluczony jest nawet klasyczny nokaut z obu stron. Życzę dużo emocji i wielkiego widowiska.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































