środa, 21 listopada 2018

Andrzej Gmitruk - człowiek wielkiej klasy i ogromnej pasji...

20 listopada. Godzina ok. 10 rano. Jadę samochodem, słucham radia: "Tragiczna wiadomość z ostatniej chwili. Nie żyje legendarna postać polskiego boksu, Andrzej Gmitruk.". Zjeżdżam na pobocze. Nie wierze w to, co przed sekundą usłyszałem. Odpadam internet, przeglądam podstawowe strony. Na każdej z nich czarno-białe zdjęcie trenera. Wchodzę na popularny portal społecznościowy. Pierwsze osiem postów, jakie mi się wyświetlają dotyczą Andrzeja Gmitruka. To niestety dzieje się naprawdę. Czytam, że pożar, że zaczadzenie, że atak serca. Wtedy mnie to nie interesowało. On nie żyje. Człowiek, którego nie znałem osobiście, ale poczułem jakby był osobą mi bardzo bliską. Coś takiego poczułem drugi raz w życiu. Wcześniej, w 2005 roku w momencie śmierci Arkadiusza Gołasia, młodego reprezentanta Polski w siatkówce. Wówczas jednak byłem jeszcze niepełnoletni...


Andrzej Gmitruk to przede wszystkim kapitalna postać. Taki dobry tata polskiego pięściarstwa. Człowiek do tańca i do różańca. Można było z nim kraść konie. Wypić piwo, pożartować, ale i dostać solidną porcję zjebki. Legendarny trener. Współtwórca sukcesów Andrzeja Gołoty, czy Tomasza Adamka. Trener olimpijczyków z Seulu, medalistów. Niestrudzony. Wydawał się nieśmiertelny, tym bardziej szokująca była wczorajsza wiadomość. Trener Gmitruk to również człowiek wielkiej klasy. Owszem, potrafił przekląć, rzucić mięsem, ale tylko w imię dobrej sprawy - do Maćka Sulęckiego czy Artura Szpilki. To także człowiek o niespotykanej dzisiaj pasji do boksu. Nie tylko trener, ale i komentator. Encyklopedia anegdot, ciekawostek, żartów, wspominek. Nie lubił określenia "legenda", ale teraz ta łatka przylgnie do niego na zawsze. To słowo pojawia się od wczoraj najczęściej. Prawdziwa legenda polskiego boksu. Osobiście podpisuje się pod słowami, że wraz z Andrzejem Gmitrukiem przemija pewna era polskiego pięściarstwa. Nieodwracalnie.

Jakim paradoksem w tej sytuacji jest fakt, iż również legendarny trener reprezentacji Polski w piłce nożnej, Janusz Wójcik, podobnie charakterna postać polskiego sportu, odeszła dokładnie 20 listopada, tylko rok wcześniej?

Takich autorytetów już nie ma. 

A ja ciągle zastanawiam się
"dlaczego on tego wszystkiego nie dementuje?", 
"dlaczego nie reaguje na te głupie żarty?", 
"dlaczego nie podnosi się z desek?"...

Do zobaczenia, Panie Trenerze!

piątek, 16 listopada 2018

"Pokonać Demirezena" - nowy start Izu Ugonoha...

Na wstępie powiem banał. Uwielbiam styl, jaki prezentuje Izu Ugonoh. Jest to prawdziwy ciężki, posiadający bardzo dobre warunki, silny cios, a także posiada cenną umiejętność - jak poczuje krew, to zaryzykuje. Walka z Breazealem pokazała, że albo wykończy rywala, albo sam się wykończy.  Generuje w ringu emocje. Chce się go oglądać. W moim odczuciu jest zupełnie inny, niż pozostali polscy ciężcy - kiedy wchodzi do ringu, ja osobiście nie boje się o niego. To pokazuje dojrzałość. Kiedy widzę Artura Szpilkę, Mariusza Wacha czy nawet Adama Kownackiego, a wcześniej Tomka Adamka czy Alberta Sosnowskiego, boje się nie tylko o wynik walki, ale i o to, żeby nie stała się krzywda. Izu jest inny. Izu wydaje mi się dojrzalszy. On doskonale wie, po co wchodzi między liny i co dokładnie ma w ringu zrobić. Oczywiście, że nie jest doskonały, co pokazała chociażby walka z Breazeale'm, ale i w tamtym feralnym pojedynku pokazał coś, co bardzo mi się podobało. Ugonoh ma to "coś" i właśnie to "coś" postanowił oszlifować Dariusz Michalczewski. 


Nie ma co ukrywać, że "Tiger" Michalczewski ze swoją grupą promotorską może być lekiem na całe obecnie ogarniające polski boks zło. Nie dość, że kibice liczą, że poprawi jakość polskich gal, to jeszcze wstrzelił się w bardzo dobrym momencie. W momencie, kiedy właśnie Izu Ugonoh potrzebował takiego mentora, podobnie jak np. Kamil Łaszczyk. Kiedy widzimy małą wewnątrzkrajową "wojenkę" Andrzeja Wasilewskiego z Mateuszem Borkiem, to właśnie Dariusz Michalczewski może okazać się tym wygranym. A przy nim kilku pięściarzy, którzy mieli pod górkę z wyżej wymienioną dwójką. Już wiemy, że Izu ma być największą gwiazdą i koniem pociągowym grupy Tiger Promotions, ale swoje miejsce na galach "Tigera" znajdą wspomniany Łaszczyk, czy inne duże nazwiska - Jonak, Wach...

Projekt "Tiger Promotions" zapowiada się bardzo ciekawie. Darek ma pieniądze, chęci i kontakty, a te trzy aspekty złożone do kupy dają już podwaliny pod bardzo fajne rzeczy w polskim boksie. Co nowego? Ano przede wszystkim nikt nie będzie hodował rekordów. Tak przynajmniej się zapowiada. Co jeszcze bardziej nowszego? Polskie gale za granicą. To jest bardzo ciekawa sprawa. Michalczewski - co jasne - ma świetne kontakty w Niemczech i już w przyszłym roku gala jego grupy najprawdopodobniej odbędzie się w Hamburgu. Na razie wszystko wygląda obiecująco. Najważniejsze jednak jest to, że Tiger Promotions zyska na kontrakcie z Izu Ugonohem, a Izu Ugonoh zyska na kontrakcie z Tiger Promotions...


Nazwiska. Bo o tym już wspomniałem. Na galach Darka mają walczyć fajne nazwiska. Pierwsza gala w Gdańsku dopiero przed nami, a już wiemy, że to nie tylko puste słowa. Ali Eren Demirezen przyjedzie walczyć z Izu kładąc na szali cenny pas WBO European. Jego promotor Erol Ceylan to dobry znajomy "Tigera" z Hamburga. Na galę w Gdańsku oprócz Demirezena przywiezie także innego ciężkiego, niepokonanego Agrona Smakici oraz cruisera o bardzo dobrym bilansie, Nikolę Milacicia. Tych podjąć mają odpowiednio Mariusz Wach i Michał Olaś. Warto wspomnieć, że Ceylan pod swoimi skrzydłami ma takie nazwiska jak Alexander Dimitrenko, Christian Hammer, Adrian Granat, niepokonany Mario Daser czy bracia Seferi. To wszystko może wyglądać bardzo dobrze.


Skupmy się na Ugonohu. To dla niego kolejny nowy start kariery. Miejmy nadzieję, że to będzie dłuższa i owocna współpraca. Izu ma już niemałe doświadczenie i teraz trzeba tylko podeprzeć to, czego nauczył się w Nowej Zelandii i USA dobrymi walkami w Europie. Ali Eren Demirezen to pięściarz niepokonany. 10 walk, 10 zwycięstw, 10 nokautów. Rekord może budzić podziw i robić wrażenie, ale w istocie Demirezen to nikt szczególny. Tuż przed ostatnimi Świętami Bożego Narodzenia zmierzył się z rozbitym Michaelem Sprottem i męczył się z nim przez 5 rund. Słabszy pod tym względem był tylko Marcin Siwy, który Brytyjczyka znokautować nie zdołał, ale cała rzesza zawodników zrobiła to już w otwierającym starciu - Teper, Meehan, Joshua, Granat, Hammer... Dwóch rund potrzebował w czerwcu Łukasz Różański, ale on już w pierwszej rzucał Sprottem jak workiem ziemniaków. Demirezen pas WBO European zdobył wygrywając z niejakim Radem Rashidem, tym samym, którego na początku swojej kariery wypunktował... Izu Ugonoh. W tym roku Turek wygrał także z Gruzinem Tornike Puritchamiashvili (rekord 5-11), który przegrał także z Marcinem Siwym. Ostatnim sprawdzianem Demirezena był... Siergiej Werwejko. I na tym pojedynku chciałem się skupić, bo wczoraj specjalnie obejrzałem sobie go jeszcze raz, dla przypomnienia. Werwejko przegrał przez techniczny nokaut w ósmej rundzie. Nie wiem jak wyglądały karty punktowe do tego momentu, ale obiektywnie patrząc, Werwejko nie przegrywał tej walki. W moim odczuciu lepiej prezentował się na początku walki, ale całkowicie stracił kondycje i od szóstej rundy chwiał się jak trzcina na wietrze. Mimo to, Ali Demirezen nie był w stanie posłać kolosa na glinianych nogach na deski, a walkę przerwał sędzia na stojąco. 


Atuty Demirezena? Nie widzę szczególnie ważnych. Nokautuje, a więc na pewno ma ciężką rękę, ale jego ciosy wyglądają jakby ciągnął je z siódmego rzędu trybun. Są przewidywalne i Izu spokojnie wciągnie Turka na kontrę. Praca nóg to zwykłe człapanie - pod tym względem także korzystniej wypada Polak. Szybkość? Raczej nie. Tu również przewaga Ugonoha. Gdzie więc może znaleźć się kruczek? Nie chcę wchodzić w dyskusje apropo kondycji, bo ufam, że walka z Breazeale'm to nie była kwestia kondycji, tylko podpalenia się. Druga sprawa jest taka, że wierze, że w walce z Demirezenem kondycja nie odegra roli, bo nie będzie potrzebna. Ugonoh powinien mocnym akcentem rozpocząć działalność Tiger Promotions i zastopować rywala, zgarniając tytuł WBO European. A ten pas wsadzi go w rankingi, przez co rok 2019 będzie jeszcze ciekawszy, o czym Izu sam już wspomniał. Trzymam kciuki za pomyślność tego projektu.

wtorek, 13 listopada 2018

"Kontrowersje" w Gliwicach - podsumowanie gali...

Zacznę od tego, że jeszcze jakiś rok temu w życiu nie powiedziałbym, że w takim miejscu, jak Gliwice będzie można obejrzeć boks na dobrym poziomie. Że jedna z najlepszych gal tegorocznych odbędzie się właśnie tam, z walką wieczoru oscylującą do rangi polskiej walki roku...
Udało się, gala była dobrze zorganizowana, nazwiska były na przyzwoitym poziomie. W sumie nie ma się organizacyjnie do czego przyczepić. Najwięcej emocji oczywiście było pod koniec, ale do tego jeszcze dojdziemy. Kibice obejrzeli siedem dobrych pojedynków, ale że szkoda mi troszkę czasu, pierwsze trzy z nich złożę do kupy i powiem kilka zdań...


Z Markiem Matyją mam niemały problem. Człowiek niby wszystko robi dobrze, ale ciężko mi się ogląda jego boks. Wydaje mi się, że nie ma szansy, aby wyjść poza pewien poziom, który obecnie reprezentuje. Matyja nie generuje emocji, a to w boksie jest przepustką do większych pojedynków. On prezentuje dobry poziom, może być zapchajdziurą każdej gali, ale nigdy nie będzie kimś stanowiącym o jej widowiskowości. A szkoda...
Nie chciałbym tych samych słów powiedzieć o Przemku Zyśku, jednak coraz bardziej ten młody chłopak popada w Polsce w marazm. Jakość jego rywali nie jest wysoka, on na ich tle nie prezentuje się jakoś wyjątkowo, do tego nie dysponuje mocnym ciosem, wymęcza wygrane walki. Na pewno na plus jest fakt, że ten rok skończy z czterema stoczonymi pojedynkami, jednak w przyszłym powinien już dostawać ciekawsze nazwiska, a przynajmniej dodatnie rekordy. 
Łukasz Różański - spośród wyżej wymienionych na pewno najmniej techniczny i najmniej "bokserski", ale z pewnością najbardziej widowiskowy. Nie bierze jeńców, nikt nie płaci mu za nadgodziny. Wchodzi do ringu, robi robotę, zamiata i schodzi. Nie mamy możliwości mu się przyjrzeć, bo w Częstochowie przeboksował dopiero 16-tą rundę w ponad 3-letniej zawodowej karierze. Ma już na koncie jednak m.in. Sosnowskiego czy Sprotta. Oby nie był to kolejny klocek pokroju Marcina Siwego.


Maciej Sulęcki - samozwańczy "król podwórka". Z jednej strony podziwiam go za mega ambicje i emanowanie pewnością swoich możliwości, a z drugiej często zachowuje się jakby "wyżej srał niż dupę miał". Jego rywal  był niewiele wart, a "Striczu" wykonał swoje założenie o możliwie szybkim i efektownym zakończeniu pojedynku. I w sumie tyle o tym starciu można powiedzieć, więc skupie się na samym Maćku. Jakby tak się dobrze przyjrzeć, to jeszcze niewiele osiągnął, a wydaje mu się, że jest na galaktycznym poziomie. Owszem, pokonał Proksę, Centeno czy Culcaya, ale z Danielem Jacobsem przegrał walkę. Maciek często lubi podkreślić, że na neutralnym gruncie werdykt byłby dla niego. NIE! Nie byłby. Podobnie rzecz ma się z Billy Joe Saundersem. Anglik pewnie nie bardzo kojarzy Sulęckiego, ale Polak lubi powtarzać, że "Superb" się go boi. Po co? Ja rozumiem frustracje, długie przerwy, słabych rywali... Ale bez pokory daleko się nie zajedzie. A Maciek - co zauważam ostatnio często - tej pokory nie nabrał. Oby nie został niedługo sprowadzony na ziemię.


Ewa Piątkowska zaboksowała w Gliwicach bardzo dobrze, efektywnie, efektownie, praktycznie do jednej bramki z groźną - bądź, co bądź - przeciwniczką. O samym pojedynku też nie ma co wiele pisać, dlatego o Ewie (a raczej o Ewach): Widzicie różnicę w boksie Piątkowskiej w porównaniu do Brodnickiej? Niech ktoś mi serio wytłumaczy fenomen Brodnickiej! Nudny boks, ciągłe klincze, wrzaski przy zadawanych ciosach, kosmiczne pontony... Dla mnie bezsprzecznie królową polskiego boksu jest Piątkowska, głównie za styl boksowania. Jest spokojniejsza w ringu, na pewno silniejsza, lepiej porusza się na nogach no i bardziej przypomina pięściarkę a nie celebrytkę. Z niecierpliwością czekam na jej walkę z Cecillią Breakhus, skoro ostatnio taką możliwość dostała niedoszła rywalka Polki, Inna Sagaydakovskaya, a teraz tego zaszczytu dostąpi pokonana przez Ewę Aleksandra Lopes. 


Spora lekcja czekała w Gliwicach na Pawła Stępnia. Lekcja życia, lekcja pokory, lekcja wytrwałości. Polak pierwszy raz musiał podnieść się z desek, aby wygrać walkę i zrobił to. Rywal był bardzo dobry, jak na ten etap kariery. Dmitry Sukhotsky to były dwukrotny pretendent do tytuły mistrza Świata, który jednak ostatnio przegrywa przed czasem. Spodziewałem się łatwiejszej przeprawy dla Pawła, jednak Rosjanin przegrał dopiero w przedostatniej rundzie. Stępień pokazał mimo wszystko, że ma papiery na boksera światowej klasy. Musi jednak więcej myśleć i słuchać narożnika, a mniej się podpalać na swój mocny cios. Na pewno życzyłbym sobie, aby wartość jego kolejnych przeciwników nie malała, bo Paweł jest jednym z nielicznych polskich pięściarzy młodego pokolenia, których powinno się prowadzić nieco mniej ostrożnie.

Walka wieczoru to prawdziwy huragan emocji. Z jednej strony Mariusz Wach, zwykle statyczny i małomówny, z drugiej Artur Szpilka, człowiek facebooka, twittera, zawsze głośno mówiący swoje zdanie. I tu przed walką mieliśmy zamianę ról. Mariusz straszył Artura, a Artur kumulował emocje. Osobiście przewidywałem wysokie zwycięstwo Szpilki, bo w Wachu nie widzę nic szczególnego, ale tym razem "Viking" zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Zadawał sporo ciosów, szedł do przodu, funkcjonował cios prosty, był po prostu aktywny między linami, co nie zdarzało mu się zbyt często. Szpilka jednak - wydaje mi się - kontrolował przebieg pojedynku. Był szybszy, bił chyba więcej ciosów, akcentował rundy, rzadko się podpalał. Pojedynek był wyrównany, lecz ze wskazaniem na "Szpilę". Dużo zmieniło się w dwóch ostatnich rundach, które Mariusz wygrał, dodatkowo zyskując punkt za nokdaun na Szpilce w ostatniej odsłonie. To mocno zbliżyło punktacje, jednak ostatecznie wygrał Artur Szpilka, co wydaje mi się słusznym rezultatem. Nie wygrałby jednak, gdyby jeszcze raz padł na deski. Sędziowie byli rozbieżni. Pan Małek sześć rund przyznał Wachowi, natomiast Pan Tuszyński tylko dwie. Najbliżej prawdy był Pan Moszumański punktując 95-94 dla Artura i z tą punktacją się zgadzam. Wygrana Szpilki była też na rękę promotorom. Na nim jeszcze coś zarobią, a Wach i tak niedługo przejdzie na emeryturę. Co jednak najbardziej istotne - nie sama walka, a jej zakończenie. Słowa psychologa i samego Artura, że jest już innym człowiekiem, że już się go nie da sprowokować można skwitować gromkim śmiechem. To dalej bardzo słaby psychicznie człowieczek, którego można psychicznie naruszyć w moment. Zachowanie niegodne sportowca, idola. Bez ogródek powiem, że zachowanie frajerskie, idiotyczne. I tak jak wiem, jak działa ten biznes i wiem, że Szpilka jest koniec pociągowym boksu na polskim podwórku, tak dla zasady dobitnie bym go ukarał, bo w tym sporcie powinni brać udział osoby okrzesane, stabilne emocjonalnie. A Szpilka taką osobą nie jest...


...i tak jak gala w Gliwicach to było naprawdę dobre wydarzenie, tak główna "gwiazda" wieczoru potrafiła w jeden moment cały pozytywny obraz spieprzyć. Szkoda.

Zdjęcia pochodzą ze strony SportoweFakty.pl

środa, 7 listopada 2018

Usyk vs Bellew czyli pojedynek finezji z uporem...

To może być znakomity pojedynek, ale może być to również niezwykle jednostronne starcie. W przypadku tej walki scenariuszy nie przewiduje się zbyt wiele. Zdecydowanym faworytem jest niepokonany Ukrainiec, ale przekonaliśmy się już nie raz, że Tony'ego Bellew nie należy skreślać przed żadną walką. Żeby emocji było mało, jest to dopiero drugi raz w historii boksu, kiedy to pięściarz wnosi na szalę wszystkie cztery mistrzowskie pasy, by ich bronić. Wcześniej zrobił to tylko Bernard Hopkins...


Usyka jest nam znany jeszcze z czasów amatorskich, kiedy to występował w turniejach WSB w barwach Ukraine Otamans. Swoją karierę amatorską Ukrainiec zwieńczył na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie, kiedy to odprawił Artura Beterbieva, Tervela Puleva i w finale Clemente Russo zostając mistrzem Olimpijskim w kategorii ciężkiej. Włochowi zrewanżował się za porażkę cztery lata wcześniej w Pekinie na etapie ćwierćfinałów. Usyk był także mistrzem Europy (2008) i mistrzem Świata (2011) amatorów. 


Kariera zawodowa Ukraińca to pasmo zwycięstw. Od początku, jako mistrz Olimpijski, nie mógł sobie pozwolić na słabych rywali. Każdy jego przeciwnik miał dodatni bilans, a od piątej zawodowej walki walczył na dystansie 10 rund. Jego menedżer, Egis Klimas nie ukrywał, że będzie prowadził Usyka tak, by jak najszybciej sięgnął po mistrzowski pas. Pierwszych dziewięciu rywali Oleksandr zastopował, a w dziesiątej walce przystąpił do pojedynku o tytuł. Rywalem na gali w Gdańsku był Krzysztof Głowacki.


Polak przystępował do pojedynku jako niepokonany mistrz Świata, ale w starciu z fantastycznym Ukraińcem niewiele miał do powiedzenia. Usyk kapitalnie rozegrał walkę i wykluczył atuty "Główki" wygrywając na wyjeździe wyraźnie na punkty. Po tej walce dwukrotnie wystąpił w Stanach Zjednoczonych pokonując Thabiso Mchunu i Michaela Huntera. 


W 2017 roku wystąpił w turnieju WBSS, którego od początku był faworytem. W turnieju pokazał kapitalny koncert wygrywając trzy walki na terenach rywali. Najpierw w Niemczech zastopował Marco Hucka, następnie na Łotwie uporał się z Mairisem Briedisem. W połowie bieżącego roku w finale załatwił w Rosji faworyta gospodarzy, Murata Gassieva unifikując wszystkie cztery mistrzowskie tytuły. 


Teraz pojedzie do Anglii na walkę z Tony'm Bellew, który ma zupełnie inne atuty od Ukraińca. Jest przede wszystkim silnym pięściarzem, który w ringu już niejednokrotnie udowodnił, że nie wolno pozbawiać go szans. Bellew to facet nie wyglądający na pięściarza. Nie ma ani wspaniałej sylwestki, ani jakiś specjalnych warunków, ani dużego zaplecza amatorskiego. Ma za to serce do walki i ogromną wiarę w swoje możliwości. 


Zawodową karierę rozpoczął w 2007 roku w wadze półciężkiej, od trzech szybkich nokautów. Następnie przez dwa lata obijał "kelnerów", by w 2010 roku doczłapać się do pojedynku o tytuł wspólnoty Brytyjskiej. Najpierw spotkał się z Bobem Ajisafe, a następnie Ovillem McKenzie'm i w obu tych walkach... leżał na deskach. W 2011 roku dostał szanse boksowania o tytuł mistrza Świata, ale Nathan Cleverly okazał się zbyt mocny. Dwa lata później po odprawieniu Roberto Bolontiego i Isaaka Chilemby po raz drugi spróbował szansy zgarnięcia pasa, ale na ziemię sprowadził go Adonis Stevenson nokautując w szóstej rundzie. Była to ostatnia porażka Anglika, który po tej walce postanowił przenieść się do wyższego limitu.


W wadze cruiser "Bomber" z Liverpoolu nie spotkał pogromcy. Pokonał Valery'ego Brudova, zrewanżował się Nathanowi Cleverly'emu, a w walce o wakujący pas mistrza Europy minimalnie wygrał z Mateuszem Masternakiem. W połowie 2016 roku nadeszła trzecia szansa na pas - tym razem w wadze junior ciężkiej. W walce o wakat Bellew spotkał się z Ilungą Makabu i faworytem nie był. Wówczas jednak pierwszy raz dał o sobie znać instynkt zabójcy Anglika. Wstał z desek i w trzeciej rundzie zastopował faworyzowanego rywala zdobywając upragnione trofeum. Wygrana nad BJ Floresem to była formalność. Nadchodziły za to wielkie walki z Davidem Haye'm w wadze ciężkiej.



Mało kto dawał "Bomberowi" szanse z Haye'm. Haye był większy, silniejszy, bardziej doświadczony i od wielu lat boksował w wadze ciężkiej. Tony nic sobie z tego nie robił, wręcz zakpił z opinii publicznej nokautując "Hayemakera" w 11 rundzie. W rewanżu zrobił to dużo szybciej, czym zyskał miano nieobliczalnego. Ten facet pokazał, że może wygrać z każdym, chociaż nie ma warunków na boksera...


Oleksandr Usyk

Wiek: 31
Wzrost: 190cm
Zasięg: 198cm
Waga: ok. 90kg
Rekord: 15 (11 KO) - 0 - 0
Rundy: 117
Debiut: 2013
Sukcesy:
IBF World cruiserweight (2018-...)
WBA World cruiserweight (2018-...)
WBC World cruiserweight (2018-...)
WBO World cruiserweight (2016-...)
WBO Inter-Continental cruiserweight (2014)

Tony Bellew

Wiek: 36
Wzrost: 191cm
Zasięg: 188cm
Waga: ok. 95kg
Rekord: 30 (20 KO) - 2 (1 KO) - 1
Rundy: 216
Debiut: 2007
Sukcesy:
WBC World cruiserweight (2016-2017)
EBU European cruiserweight (2015)
WBO International cruiserweight (2014)
WBC Silver light heavyweight (2012)
BBBofC British light heavyweight (2011)


Usyk jest pięć lat młodszy. Jest także mniej wyboksowany. Jego kariera zawodowa trwa 6 lat krócej niż Anglika. Za "Bomberem" będzie przemawiać doświadczenie z ringowych wojen. Stoczył on niemal 100 rund więcej. Ma także ponad dwukrotnie więcej pojedynków, ale zanotował dwie porażki. Bellew pozostaje jednak niepokonany w limicie wagi cruiser, natomiast to Usyk położy na szali wszystkie mistrzowskie pasy. Warunki fizyczne będą atutem Ukraińca. Ma on aż o 10cm większy zasięg, ponadto będzie górował także szybkością, pracą nóg, ma także przewagę kondycyjną. Po stronie Bellew będzie stała siła ciosu, hart ducha i wiara w sprawienie sensacji. Na pewno Anglikowi bardziej pasowałby pojedynek w wadze ciężkiej, ale wówczas nie miałby szansy na pasy, a to na nich najbardziej zależy "Bomberowi" z Liverpoolu.


Arbitrem będzie Anglik Terry O'Connor. Czy szczęśliwy dla rodaka? Trudno powiedzieć. Bellew stoczył tylko dwa pojedynki z O'Connorem między linami. Pokonał wówczas w rewanżowej walce Ovilla McKenzie, a także Danny'ego McIntosha przed czasem. Doświadczony sędzia częściej jednak punktował pojedynki "Bombera". Siedział na stołku w pierwszej walce z McKenzie'm, Julio Cesarem Dos Santosem i ostatniej walce z Davidem Haye'm. Przede wszystkim jednak punktował dwie walki Bellew z Nathanem Cleverly'm. W przypadku pierwszej, przegranej walki O'Connor widział remis 114-114, natomiast w zwycięskim rewanżu, jako jedyny wypunktował wygraną "Cleva" w stosunku 114-115. Naturalnie Terry O'Connor nigdy nie pracował przy walkach Oleksandra Usyka.


Zastanawia mnie jedna kwestia - dlaczego tą walkę uznaje się za niezwykle ciekawą? Przecież tu jest zdecydowany faworyt - kapitalny amator i znakomity zawodowiec, mistrz Świata wszystkich federacji swojej kategorii, znajdujący się w obecnej chwili na piedestale światowego boksu, dysponujący jedną z najlepszych w boksie prac nóg, o bardzo dobrej szybkości, bijący ciosy w seriach, w różnych płaszczyznach, potrafiący się dostosować do każdego rywala, o mistrzowskiej kondycji, odgrywający w ringu swoiste oscarowe role Ukrainiec Oleksandr Usyk oraz bardzo duży underdog Tony Bellew. Co przemawia za Anglikiem? Nie będę rozwijał dyrdymałów o jego sile ciosu itd. Faktu, że "potrafi odwrócić losy walki w każdej sekundzie też nie rozwinę bo to banał. To jednak Tony Bellew - pięściarz przede wszystkim uparty. I to w tej jego upartości można zauważyć odrobinę szaleństwa, a w tym szaleństwie szansy. Minimalnej, bo minimalnej. Dla mnie to wielki spektakl właśnie ze względu na tą przepaść między punktem A, a punktem B. Czy z tego może powstać legendarny bój? Moim zdaniem nie, ale obym się mylił. Można także upatrywać szansy w samej w sobie Wielkiej Brytanii, ale tak samo myślał Głowacki w Polsce, Huck w Niemczech, Briedis na Łotwie i przede wszystkim Gassiev w Rosji. Pewnego poziomu jednak nie da się przeskoczyć przy zielonym stoliku. Bellew nie ma argumentów, aby jakkolwiek zagrozić Usykowi i będzie dla mnie bardzo dużą sensacją, jeśli będzie potrafił nawiązać walkę chociażby w kilku rundach.

czwartek, 18 października 2018

"Dorticos wcale nie bije tak mocno..."

Parafrazując słowa Artura Szpilki o sile rażenia Deontaya Wildera zatytułowałem dzisiejszy artykuł nawiązując tym razem do zbliżającym się ćwierćfinale turnieju World Boxing Super Series pomiędzy Mateuszem Masternakiem, a Yunierem Dorticosem. Wiadomo - jeśli chodzi o typowanie - głowa swoje, a serce swoje. "Master" jest z mojego miasta, utożsamiam się z nim, lubię go i szanuje. I oczywiście za jego wygraną będę w sobotnią noc trzymał mocno kciuki. Zadanie proste nie jest. Kubańczyk ma najlepsze warunki fizyczne z całej turniejowej "ósemki" i zdecydowanie największą siłę w rękach. Wystarczy spojrzeć na jego rekord. 21 z 22 wygranych pojedynków rozstrzygnął przed czasem. Mateusz ma za to najwięcej stoczonych pojedynków, więc można powiedzieć, że jest bardziej doświadczony od rywala. Krótko mówiąc: Warto mieć respect, ale nie ma się czego bać...


Bo Mateusz nie jest w tej rywalizacji bez szans. Powiem więcej - jego wygrana nie będzie dla mnie sensacją. Jak walczy "Master" wszyscy wiemy i widzimy. Przyjrzyjmy się natomiast Kubańczykowi. Świetny rekord, znakomity procent nokautów. Ale na kim te nokauty? Z tych doświadczonych rywali - Epifanio Mendoza (28 przegranych w tym 18 przed czasem), Livin Castillo (13 przegranych w tym 10 przed czasem), Galen Brown (40 przegranych w tym 28 przed czasem) czy Fulgencio Zuniga (14 porażek w tym 7 przed czasem). 
Jedynym, który nie padł pod ciosami Dorticosa był Edison Miranda (10 przegranych w tym 4 przed czasem). Kubańczyk nie znokautował rywala, a wcześniej robili to m.in. Tony Bellew czy Lucian Bute.


Na wyższy level Dorticos wszedł w 2014 roku. Wygrał wtedy z niepokonanym wcześniej Hamiltonem Vanturą (już 5 porażek) i Erikiem Fieldsem. Amerykanina Dorticos zastopował w czwartej rundzie, jednak do tego czasu - według sędziów - jedną rundę przegrał. Później Fields bił się z Masternakiem. Polak przeboksował pełny dystans 10 rund i każdą z nich wygrał całkowicie obnażając Fieldsa. Drugim "wspólnym" przeciwnikiem Dorticosa i Masternaka był dobrze znany Youri Kalenga. Yunier w połowie 2016 roku zastopował go w 10 rundzie, jednak do czasu przerwania walki u dwóch sędziów przegrywał 82-86 i 82-87. Od tego czasu Kalenga przegrał niejednogłośnie na punkty z Kevinem Lereną, a później został zdeklasowany przez "Mastera" w Polsce. 


Yunier Dorticos to uczestnik pierwszej edycji WBSS, w której zaprezentował się bardzo przyzwoicie. W ćwierćfinale wygrał szybko przez nokaut z Dmitry Kudryashovem. Ale teraz już wiemy, że tak samo jak Kudryashov nokautuje, tak samo jest też nokautowany. Dodatkowo jego walka z Dorticosem była pierwszą i jedyną wyjazdową, na terenie USA. To, co Dorticos, już wcześniej z Kudryashovem zrobił Olanrewaju Durodola. 
I wreszcie ostatnia walka, z twardym i silnym Muratem Gassievem. Przegrana. Po dobrej walce. Wyniszczającej walce. Walce, w której Kubańczyk wspiął się na wyżyny swoich umiejętności, ale finalnie ciężko poległ. Takie pojedynki zostawiają swoje piętno na organizmie. Po takich walkach wraca się bardzo ciężko, często zawodnicy już nigdy nie są tacy sami. I w tym należy upatrywać szans Mateusza. Bo ostatni występ Dorticosa miał miejsce w lutym. Minie prawie 9 miesięcy. Dorticos może być zardzewiały, należy to wykorzystać. 


Podsumowując, Yuniera Dorticos ocenia się głównie przez pryzmat jego rekordu, w którym praktycznie same wygrane przed czasem. Owszem, nokautować trzeba umieć. Ale inaczej się walczy atakując, a inaczej się broniąc. Uważam, że Mateusz będzie górował szybkością, powinien skupić się na dobrej pracy nóg i dużej aktywności. Musi zadawać dużo ciosów, nie dać rywalowi narzucić swojego stylu. Bić, uciekać, bić, uciekać. Uważać przede wszystkim w pierwszych rundach. Później przejąć inicjatywę, akcentować rundy, końcówki. Bić na dół, pozbawiać Dorticosa sił, co zaprocentuje w końcówce. Wiem, że łatwo klika się w klawiaturę, a trudniej wykonać założenia w ringu, ale Mateusz to inteligentny pięściarz. On nigdy nie przegrał po walce do jednej bramki. Nigdy nie przegrał po słabej walce. O jakość tego pojedynku ze strony Polaka możemy być spokojni. Wierze, że Mateusz zrobi także wszystko, abyśmy po ostatnim gongu byli spokojni o werdykt!...


sobota, 13 października 2018

World Boxing Super Series II - waga junior ciężka - typy na ćwierćfinał!

Przed nami ostatnie typowanie - zdecydowanie najciekawszy z polskiego punktu widzenia limit wagowy - kategoria cruiser, a w niej dwóch polskich reprezentantów. Turniej w tym limicie odbywał się już w pierwszej edycji WBSS i zakończył się zdecydowanym triumfem Oleksandra Usyka, który w finałowej walce pokonał Murata Gassieva. Usyk zgarnął wszystkie mistrzowskie pasy, dlatego w tegorocznym turnieju te nie znajdą się w stawce. W obsadzie znajdziemy dwóch półfinalistów pierwszej edycji - Mairisa Briedisa i Yuniera Dorticosa, którzy są faworytami bukmacherów do zwycięstwa. Jak będzie faktycznie, tego dowiemy się po jakimś czasie. Możemy jednak zabawić się w typerów. Ja swoje typy mam. Oto one:

Mairis Briedis - Noel Gevor

To chyba najprostsze do przewidzenia zestawienie. Łotysz to faworyt drugiej edycji WBSS, były mistrz Świata i półfinalista poprzedniego turnieju. Jest to też jedyny zawodnik, który realnie postawił się Oleksandrowi Usykowi, przegrywając ostatecznie niejednogłośną decyzją punktową. Briedis to silny pięściarz, który potrafi zarówno efektywnie punktować swojego rywala, jak i szybko go znokautować. Czy Noel Gevor będzie w stanie nawiązać walkę? Nie wydaje mi się. Jest to oczywiście dobry zawodnik, który na zawodowym ringu tylko raz musiał uznać wyższość rywala, ale nie prezentuje mistrzowskiego poziomu, na który z pewnością wskoczy Briedis. Gevor - jak pamiętamy - przegrał w Polsce z Krzysztofem Włodarczykiem po dobrym, wyrównanym pojedynku. "Diablo" to jednak nie jest już obecnie poziom Briedisa. Łotysz musi już w ćwierćfinale udowodnić swoją pozycję faworyta i - moim zdaniem - zrobi to.

Typ: Briedis przed czasem.
Notowania:
Mairis Briedis: 80%
Noel Gevor: 20%



Yunier Dorticos - Mateusz Masternak

Jest Polak - są emocje! Mateusz Masternak powalczy z drugim, po Briedisie półfinalistą pierwszej edycji WBSS. Kubańczyk to chyba najsilniejszy z pięściarzy drugiej odsłony turnieju. Dysponuje piekielną siłą. Przegrał tylko raz - z Muratem Gassievem. Pozostałych swoich rywali pokonał. Tylko jednego nie udało mu się zastopować. Prawdziwa kubańska szkoła boksu, z którą będzie musiał poradzić sobie "Master". Polak skazywany jest na pożarcie, ale on sam mówi, że jest to jedno z największych wyzwań w jego karierze i musi wykorzystać swoją szansę. Trzeba jasno powiedzieć, że Mateusz faworytem tego starcia nie będzie, ale jeśli przegra w listopadzie z Dorticosem, będzie mógł już chyba na dobre zapomnieć o dużych walkach. Byłaby to dla Polaka piąta porażka, a to już zdecydowania zbyt dużo. Wierzę jednak, że Masternak stanie na wysokości zadania, pokaże się z doskonałej strony i sprawi niespodziankę. To w końcu jeden z najbardziej doświadczonych pięściarzy w stawce. 

Typ: Dorticos na punkty.
Notowania: 
Yunier Dorticos: 65%
Mateusz Masternak: 35%


Krzysztof Głowacki - Maxim Vlasov

Zdecydowanie najbardziej - przynajmniej na papierze - wyrównane starcie ćwierćfinałowe. "Głowka" uznawany jest za faworyta, ale niech Was to nie zwiedzie. Rosjanin to absolutna czołówka wagi junior ciężkiej i zawodnik, który nie przegrał od lat. Jest wysoki, ma duży zasięg rąk, potrafi nokautować i punktować z dystansu. Jest też doświadczony i inteligentny w ringu. Potrafi na chłodno realizować swoją taktykę, jak i dostosować się do rywala. Głowacki bije chyba mocniej, jednak wydaje mi się, że łatwiej go "odpalić". W ringu potrafi stracić głowę, czego obawiam się najbardziej. Polak zapowiada świetną formę, trenuje jak do Marco Hucka, chce wszystkim udowodnić, że zasługuje na rewanżową walkę z Oleksandrem Usykiem, z którym zaliczył jedną jedyną wpadkę na zawodowych ringach. Ostatnie pojedynki Krzyśka nie napawały jednak wielkim optymizmem, dlatego w mojej ocenie ta walka może skończyć się niekorzystnie, a będzie to z pewnością duży zawód dla polskich kibiców. 

Typ: Vlasov na punkty.
Notowania:
Krzysztof Głowacki: 45%
Maxim Vlasov: 55%


Ruslan Fayfer - Andrew Tabiti

Ta walka już dziś w Rosji! Ze względu na lokalizację, faworyta należy upatrywać w Fayferze, jednak w mojej ocenie to Amerykanin powinien wygrać zbliżającą się walkę. Tabiti ma na rozkładzie lepszych pięściarzy, ma większe doświadczenie z walk na wyższym poziomie. Dla Rosjanina turniej WBSS będzie pierwszym spotkaniem z naprawdę dużym boksem. Pięściarz ten może nie wytrzymać ciążącej na nim presji, dlatego obstawiam wygraną Amerykanina. Czym może zaskoczyć Fayfer? Szczerze? Nie do końca widzę u niego jakikolwiek aspekt, którym wyraźnie przeważałby nad swoim rywalem. To Tabiti powinien być szybszy, to Tabiti powinien bić mocniej, to wreszcie Tabiti powinien mieć odpowiedź na każdy ruch Fayfera, a nie odwrotnie. Jest to jednak walka z gatunku tych, w której żadne rozwiązanie nie będzie uznane za sensacje. Dla mnie lepszym pięściarzem jest Amerykanin i nie zdziwię się, jeśli pojedynek zakończy się bardzo szybko.

Typ: Tabiti przez nokaut.
Notowania:
Ruslan Fayfer: 30%
Andrew Tabiti: 70%


poniedziałek, 8 października 2018

"Sensacja" w Zakopanem - podsumowanie gali...

"Fajna to była gala. Taka nie za emocjonująca" - można byłoby rzec po sobotnim wieczorze w Nosalowym Dworze. Nie da się ukryć, że gale Knockout Boxing Night mają wypracowany schemat - chwytliwe nazwisko na walkę wieczoru, ze dwóch prospektów i jakaś tam reszta. I jeśli walka wieczoru jest długa i dobra, to galę można uznać za udaną. Jeśli jest odwrotnie, trzeba liczyć na prospektów i resztę. W Zakopanem walka wieczoru trwała bardzo krótko, ale prospekci nie zawiedli - jeden pozytywnie, drugi negatywnie. I głównie z tych dwóch powodów można uznać galę w Nosalowym Dworze za przyzwoitą.


Rozpoczął Maksim Hardzeika - 29-latek z Grodna od początku boksuje na polskim podwórku, w Zakopanem zaboksował po raz szósty, ale pierwszy raz z rywalem o dodatnim bilansie, więc progres jest. Bilans Igora Faniyana to 16 zwycięstw i 15 porażek. Nie jest to jednak leszcz z pierwszej łapanki. Ma na swoim rozkładzie chociażby Viktora Plotnykova, a dzielił ring także z takimi zawodnikami jak Sasha Yangoyan, Stanislav Skorokhod, Sergio Garcia czy Ahmed El Mousaoui. Tylko dwukrotnie przegrał przed czasem, a w sobotę mocno chwiał się po ciosach Hardzeiki. Białorusin pokazał dojrzały boks, nie podpalał się, bił seriami i pewnie wygrał na kartach punktowych. 

Kibice zgromadzeni w resorcie z pewnością oczekiwali debiutu na polskiej ziemi niedawnego amatora Damiana Kiwiora. Trenujący na co dzień w angielskim Wolverhampton pięściarz z Tarnowa miał za sobą świetny doping rodziny i znajomych, który poniósł go w ringu. Gkouram Mirzaev postawił twarde warunki, ale w ringu widoczna była przewaga szybkości i doświadczenia Kiwiora. Polak próbował zadawać mocne ciosy, jednak żaden z nich poważnie nie zagroził rywalowi. Tarnowianin dowiózł bezpieczne zwycięstwo do końca walki i mógł cieszyć się z czwartej zawodowej wygranej i udanego debiutu w Polsce. Widać po nim jednak jeszcze amatorski styl. Musi mocno pracować nad kondycją, bo w walkach na dłuższych dystansach może zabraknąć mu paliwa.

Fiodor Czerkaszyn to zdecydowanie odkrycie bieżącego roku na polskich ringach. Na walkę młodego Ukraińca z doświadczonym Bartkiem Grafką czekali wszyscy kibice. Grafka jest znany z tego, że potrafi być świetnym testerem dla młodych, a w jego rekordzie można znaleźć co najmniej kilka sprawionych niespodzianek. Tym razem niespodzianki nie było, bo Fiodor Czerkaszyn po raz kolejny pokazał się z kapitalnej strony. Pomimo zaledwie 22 lat ten chłopak dysponuje niezliczoną gamą ciosów i kombinacji, a w ringu emanuje od niego niesamowita dojrzałość i ringowa inteligencja. Fiodor myśli w ringu, wygląda jakby grał w szachy i przewidywał ruchy przeciwnika kilka posunięć do przodu. Wchodziła w sobotę także jego najgroźniejsza broń czyli popularna "wątróbka" - lewy na dół, pod prawy łokieć, ale Grafka nie dał się zastopować. Ostatecznie Czerkaszyn po raz pierwszy musiał w Polsce wysłuchać decyzji arbitrów punktowych, a Ci byli zdecydowani i jednomyślni. Ukrainiec to młoda, ale już sporych rozmiarów gwiazda grupy Andrzeja Wasilewskiego. Osobiście już czekam na jego kolejne starcia.


Niemiłą niespodziankę sprawił nam Fouad El Massoudi. Francuz o rekordzie 14-11, który przyjeżdża do Polski po serii trzech porażek i ogólnie sześciu przegranych w ostatnich siedmiu walkach, w końcu facet, który tylko raz - w 2012 roku - wygrał przed czasem, wchodzi na ring w Zakopanem i... nokautuje niepokonanego w 19 pojedynkach Patryka Szymańskiego. Powiem szczerze, że kiedy usłyszałem nazwisko rywala Patryka, burknąłem pod nosem, że ten chłopak powinien już poniżej jakiegoś poziomu nie schodzić, a schodzi. Myślałem "na co mu walka z takim przeciwnikiem?". Teraz mam odpowiedź. Taka walka jest po to, żeby przemyśleć sprawę boksowania - bo albo się ma jaja, albo się ich nie ma. I osobiście nie chciało mi się słuchać jak komentatorzy wypominali, że był to cios przedramieniem, że głową... Sorry, facetowi udało się w całej karierze tylko raz wygrać przez nokaut, więc nie mógł być to silny cios. Ile razy w trakcie walki zbiera się przypadkowe uderzenia przedramieniem, ile razy głową. A Patryk nie mógł przez cztery rundy dojść do siebie. Ewidentnie był źle przygotowany. Trener Gmitruk odradza mu dalsze boksowanie w momencie pierwszej wspólnej walki, czyli można powiedzieć, że wyciągnął ten wniosek na podstawie samych treningów. Coś w tym musi być. Być może Patryk jest zbyt delikatny na ten sport. W każdym razie przegrał po raz pierwszy. I żeby mnie źle nie zrozumieć. Każdy wielki mistrz prędzej czy później przegrywał. Tu nie jest kwestia przegranej walki, tylko podejścia do tego sportu. 


No i na deser została walka wieczoru, czyli Krzysztof "Diablo" Włodarczyk. Rywalem Polaka był Al Sands ze Stanów Zjednoczonych. Jeśli poważnie brać słowa Krzyśka o tytule mistrza Świata, Sands był rywalem na przetarcie. Niech będzie że przetarcie po Durodoli. "Diablo" skończył pojedynek w drugiej rundzie po lewym prostym, który... złamał nos Amerykaninowi. Ewidentna powtórka z Valery'ego Brudova - tam również lewy prosty i również druga runda. Walka bez historii - odbyła się. Co ciekawe, każdy z sędziów otwierające starcie zapisał na konto Sandsa. Czy Włodarczyk będzie jeszcze mistrzem Świata - tego nie wiem. Wydaje mi się, że sytuacja jest podobna do Tomka Adamka. Lepszy już nie będzie, młodszy już nie będzie. Jednak Ci młodsi będą lepsi od niego - taka jest prawda. 


Nie ma co podsumowywać. Wygranym wieczoru zdecydowanie Czerkaszyn. Krzysiek dłużej udzielał wywiadu niż walczył. Sensacyjna porażka Szymańskiego była punktem centralnym tej gali. Knockout Boxing Night 4 to już historia. Czekamy na więcej.

piątek, 5 października 2018

World Boxing Super Series II - waga super lekka - typy na ćwierćfinał!

W dniu jutrzejszym rozpocznie się druga edycja turnieju World Boxing Super Series. Drugi sezon obfitował będzie w jeszcze więcej walk, gdyż odbywać się będzie tym razem w aż trzech limitach wagowych. Kategorię kogucią już przeanalizowałem wcześniej. Dziś czas na dywizję super lekką. Od razu powiem banał - będzie bardzo ciekawie. Dlaczego? Wśród ośmiu ćwierćfinalistów, aż pięciu pozostaje niepokonanych, dwóch na ma koncie jedną porażkę, a jeden przegrał dwukrotnie. Daje nam to tylko pięć przegranych walk przy 178 wygranych. Do rachunku dochodzi jeden remis. Brzmi okazale. Czy mamy faworytów? Oczywiście, jak w każdym poprzednim turnieju. Zazwyczaj jest dwóch głównych. W pierwszym sezonie w obu turniejach tych dwóch głównych dochodziło do finału i między sobą rozstrzygało kwestię zwycięstwa. Tak być może będzie i teraz. Zacznijmy analizę.

Regis Prograis - Terry Flanagan

Bardzo ciekawa para. Niepokonany Prograis jest rozstawiony z numerem pierwszym. Pierwszy także wybierał sobie rywala. Wybór padł na Terry'ego Flanagana i był to dość zaskakujący wybór, gdyż Brytyjczyk ma na swoim koncie najwięcej stoczonych walk i może górować doświadczeniem z walk na najwyższym poziomie. Prograis jest jednak niesamowicie pewny siebie. W ostatnim roku wszedł z butami na wyższy level światowego boksu. Pokonał kolejno Joela Diaza, Juliusa Indongo i Juana Velasco, czym zyskał miejsce w turnieju i pozycję numer 1. Jest to oczywiście jeden z faworytów do końcowej wygranej. Terry "Turbo" Flanagan przez ostatnie trzy lata dzierżył pas federacji WBO w wadze lekkiej. Jego debiut w wyższym limicie zakończył się pierwszą porażką na zawodowstwie - Anglik przegrał niejednogłośnie z Mourice'm Hookerem przed własną publicznością, a teraz będzie musiał po raz pierwszy walczyć za oceanem. Tam na pewno respektu nie okaże Prograis. Panowie są w tym samym wieku, natomiast lepszymi warunkami dysponuje Flanagan. Będzie on miał przewagę wzrostu i zasięgu rąk (aż 10cm), jednak procent wygranych przed czasem Amerykanina może budzić strach. To może być najciekawszy z ćwierćfinałów, jednak niespodzianki nie przewiduje. W stawce znajdzie się diamentowy pas WBC.

Typ: Prograis na punkty.
Notowania:
Regis Prograis: 70%
Terry Flanagan: 30%


Josh Taylor - Ryan Martin

W tym przypadku zdecydowanie łatwiej przewidzieć końcowy rezultat. "The Tartan Tornado" rozpoczął zawodową karierę, kiedy wspomniany wyżej Terry Flanagan był już mistrzem Świata, ale nie zmienia to faktu, iż będzie - obok Regisa Prograis - głównym faworytem do zgarnięcia pucharu Muhammada Alego. Szkot pięć ostatnich pojedynków stoczył w swoim kraju i nie inaczej będzie w ćwierćfinałowym starciu z Martinem. Taylor od początku kariery narzucił sobie bardzo wysokie tempo. Nie bije też byle kogo. Jakość jego rywali systematycznie rośnie, a Brytyjczyk z każdą kolejną walkę prezentuje się coraz lepiej. W ostatnim występie wysoko wypunktował byłego mistrza Świata, Viktora Postola, czym zyskał szacunek na całym świecie. Najmłodszy w turnieju Ryan Martin nie ma na swoim rozkładzie nikogo chociażby zbliżonej wartości niż Postol, dlatego nie daje się mu większych szans w zbliżającym się starciu. Jego atutem są z pewnością warunki fizyczne. Jest on zdecydowanie najwyższy ze wszystkich, dysponuje także bardzo dużym zasięgiem. Tu przewaga będzie jeszcze większa niż w pierwszej walce. Czy jednak Ryan Martin będzie potrafił zrobić użytek ze swoich długich rąk? W to śmiem wątpić. U siebie Josh Taylor jest piekielnie niebezpieczny i pomimo najmniejszego dotychczas dorobku, w moim odczuciu ten turniej zakończy się jego zwycięstwem.

Typ: Taylor przez nokaut.
Notowania:
Josh Taylor: 95%
Ryan Martin: 5%


Kiril Relikh - Eduard Troyanovsky

Białorusin jest tym, który ma dwie porażki w rekordzie, ale paradoksalnie to on jest jedynym posiadaczem mistrzowskiego pasa. Tytuł zdobył w dziwnych okolicznościach, stając do rewanżowej walki z Rancesem Barthelemy po dwóch wcześniejszych przegranych. Walkę niespodziewanie wygrał i pozbawił Kubańczyka szans na występ w turnieju WBSS. Jest w nim sam, a jego oponentem będzie oficjalny pretendent, jeszcze niedawny czempion federacji IBF, Eduard Troyanovsky. Rosjanin swój tytuł stracił przegrywając w ekspresowym tempie z Juliusem Indongo. "The Eagle" odrodził się dwiema "czasówkami" i w moim odczuciu to on będzie faworytem starcia o pas z Relikhem. Walka odbędzie się już jutro w... Japonii, co dla obu pięściarzy będzie zagadką. Ciekawostką są warunki fizyczne. Wyższy co prawda jest Białorusin, ale to Rosjanin ma większy zasięg ramion. Jest też zdecydowanie najstarszy w stawce - ma 38 lat, przy 29 Relikha. Wydaje mi się, że Troyanovsky jest zdecydowanie bardziej zmotywowany i bardziej zależy mu na tej wygranej. Będzie on jednak wracał po prawie rocznej przerwie. W tej walce może wydarzyć się wszystko, jednak w moim odczuciu w półfinale zamelduje się były pogromca Macieja Zegana.

Typ: Troyanovsky na punkty.
Notowania:
Kiril Relikh: 40%
Eduard Troyanovsky: 60%


Ivan Baranchyk - Anthony Yigit

Znakomite zestawienie dwóch młodych, ambitnych i niepokonanych pięściarzy dysponującymi podobnymi warunkami fizycznymi. Z jednej strony Białorusin urodzony na rosyjskiej ziemi, a trenujący na co dzień w USA Ivan Baranchyk, z drugiej uznawany za bardzo duży talent Szwed Anthony Yigit. Patrząc w rekordy obu, wydaje się, że więcej pracy dotychczas mógł mieć Baranchyk. Wygrywał on z lepszymi rywalami, m.in. Petrem Petrovem. Ma także na rozkładzie aż siedmiu rywali z zerem po stronie porażek. Yigit walczył natomiast w różnych miejscach, niejednokrotnie na wyjazdach i zawsze dawał radę. Pokonał takich rywali jak Timo Schwarzkopf, DeMarcus Corley czy Lenny Daws. Panowie spotkają się w Nowym Orleanie, gdzie zdecydowanie bliżej Baranchykowi. Dla Szweda będzie to pierwszy występ w Stanach Zjednoczonych i to może być przewaga Białorusina. Może to być najbardziej wyrównane widowisko ze wszystkich ćwierćfinałów i oby tak właśnie było. Wygrany zgarnie wakujący pas IBF, a w półfinale spotka się najprawdopodobniej z Joshem Taylorem i to już będzie ogromne wyzwanie. Niech wygra lepszy!

Typ: Ivan Baranchyk na punkty.
Notowania:
Ivan Baranchyk: 55%
Anthony Yigit: 45%