wtorek, 11 października 2016

Ranking "RED CORNER" / super lightweight / październik '16

Po dwumiesięcznej przerwie wracamy z rankingiem RED CORNER w kolejnym limicie wagowym. Tym razem - idąc po kolei - będzie to kategoria super lekka. Jest tu zdecydowany dominator, jest także powrót wielkiego mistrza, który w niedługiej przyszłości może wskoczyć na czoło, jest także kilku doświadczonych zawodników i kilku młodych i niepokonanych. To właśnie w tym limicie boksuje także jeden z największych skandalistów w obecnym boksie zawodowym. Oto zestawienie!

#1
Terence Crawford
29-0 (20 KO)

#2
Eduard Troyanovsky
25-0 (22 KO)

#3
Mikey Garcia
35-0 (29 KO)

#4
Viktor Postol
28-1 (12 KO)

#5
Adrien Broner
32-2 (24 KO)

#6
Ricky Burns
41-5-1 (14 KO)

#7
Tyrone Nurse
34-2-1 (7 KO)

#8 
Sergey Lipinets
10-0 (8 KO)

#9
John Molina Jr
29-6 (23 KO)

#10
Jack Catterall
16-0 (9 KO)

#11
Carlos Molina
27-6-2 (8 KO)

#12
Adrian Granados
18-4-2 (12 KO)

#13
Jose Zepeda
25-1 (21 KO)

#14
Thomas Dulorme
23-2 (15 KO)

#15
Ruben Nieto
18-1 (9 KO)

--------------------------------------------

#16
Raymundo Beltran
31-7-1 (19 KO)

#17
Ruslan Provodnikov
25-5 (18 KO)

#18
Amir Imam
19-1 (16 KO)

#19
Mauricio Herrera
22-6 (7 KO)

#20
Anthony Yigit
18-0-1 (7 KO)

czwartek, 29 września 2016

"Bitwy o pasy" w Gdańsku - podsumowanie gali....

"Umarł król. Niech żyje królowa i królewicz" - tak też mógłby brzmieć tytuł tego podsumowania.
Tylko czy król Krzysztof Głowacki umarł? Nie umarł. To człowiek z takim sercem do tego co robi, że podniesie się szybciej, niż się Nam wszystkim wydaje. 


Ok - kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego dopiero teraz relacja? Otóż, byłem na zasłużonym urlopie. Dwa tygodnie poza granicami kraju, w bardzo urokliwym miejscu, niestety bez dostępu do telewizji i tym bardziej internetu. Na - mniej więcej - połowę moich wakacji przypadał termin gali Polsat Boxing Night. Na żywo nie udało mi się oglądać, jednak robiłem co mogłem i udało się dopaść do relacji tekstowej ze strony wRINGU.net, za co serdecznie chłopakom dziękuje. 
Oczywiście po powrocie do rzeczywistości, kiedy wszystkie inne (stosunkowo ważniejsze) sprawy udało mi się poogarniać, obejrzałem całą galę raz jeszcze i spokojnie wyciągnąłem swoje wnioski. Nie powiem, że wcześniej nie docierały do mnie opinie ekspertów i podsumowania poszczególnych walk na różnych bokserskich portalach, ale chce powiedzieć coś od siebie. Od gali minęły prawie dwa tygodnie, ale myślę, że jest to odpowiedni moment na podsumowania na chłodno...
Zaczynamy.

Gala od początku awizowana była jako największe wydarzenie ze świata bokserskiego, które kiedykolwiek odbywało się w naszym kraju. Głównie ze względu na pasy - do rozdania w Ergo Arenie były bowiem aż trzy pasy. Najważniejszy - pas WBO w wadze cruiser należący do Krzysztofa Głowackiego oraz dwa wakujące trofea - pas WBC kobiet w limicie wagi super półśredniej i młodzieżowy WBC w tej samej wadze.

Na początek organizatorzy zaplanowali walkę, która miała za zadanie rozgrzać publiczność. Paweł Stępień i Norbert Dąbrowski spełnili oczekiwania. Obaj byli niesamowicie pewni siebie i tą pewność widać było w ringu, zwłaszcza u "Norasa". Dąbrowski lepiej rozpoczął walkę, Stępień rozkręcał się z rundy na rundę, jednak zdecydowanie za bardzo nastawił się na jedną akcję. Od połowy walki zarysowała się przewaga siły Stępnia, co mogło mieć odzwierciedlenie w punktacji sędziów. Ostatnie minuty to wielka ambicja z obu stron i wynik tego starcia był sprawą otwartą. Stępień to wschodząca gwiazda polskiego ringu i nawet z tego powodu sędziowie mogli być bardziej przychylni młodszemu z pięściarzy, przewaga jednak nie była zbyt wyraźna. Tym bardziej dziwi oficjalna punktacja - Eugeniusz Tuszyński i Leszek Jankowiak zdecydowanie za wysoko 79-73. Bardziej przychylałbym się do punktacji 77-75 zaproponowanej przez Pawła Kardyni.
Dąbrowski po porażkach ze Świerzbińskim, Matyją i Stępniem oraz remisie z Jordanem Kulińskim stał się "chłopcem do bicia" na polskim podwórku. Potrzeba mu dobrej walki na odbudowanie, bo jest dużo lepszy niż wskazuje na to jego rekord. Paweł Stępień musi wziąć się z Andrzejem Gmitrukiem do pracy. Za bardzo uwierzył w swój nokautujący cios, a tym sposobem nie wygra się każdej walki. 


Po Dąbrowskim i Stępniu na ringu pojawili się Michał Cieślak i Rumun Giulian Ilie. Ilie jeszcze nie tak dawno był uznawany za jednego z największych twardzieli tego limitu. Wygrywał z Cristianem Dolzanellim, zadał pierwszą porażkę Salvatore Erittu, pokonał Nuri Seferiego. Przegrywał co prawda w Polsce z Dawidem Kosteckim i Pawłem Kołodziejem, ale nie dał sobie zrobić krzywdy. Pierwszym, który zdołał zastopować Rumuna był Rakhim Chakhiev, który zrobił to w ostatniej rundzie. Od tego czasu coś w Ilie pękło. W drugim starciu skończył go Dmitry Kudryashov, Denton Daley i... Michał Cieślak. Polak tym pojedynkiem przedłużył swoją serię wygranych przed czasem do siedmiu walk. Rumun już po pierwszej rundzie miał dużą ochotę pozostać na stołku, jednak ostatecznie wyszedł do drugiego starcia. Cieślak nie chciał przedłużać, trzykrotnie doprowadził do liczenia Giuliana Ilie, natomiast walkę zastopował narożnik Rumuna rzucając ręcznik. Dla Michała było to swego rodzaju przetarcie przed dużo większym wyzwaniem, które czekać go ma na kolejnej gali z cyklu PBN. Gala ta miała odbyć się w listopadzie, lecz niewykluczone, że zostanie przesunięta na początek 2017 roku. Wówczas Michał Cieślak ma dzielić ring z Ismailem Sillakhem z Ukrainy.


Po krótkiej przerwie do ringu weszli młodzieżowcy - Patryk Szymański i Jose Antonio Villalobos. Zdecydowanym faworytem starcia był niepokonany Polak, lecz ring pokazał coś innego. Polak wyglądał jakby całkowicie zatracił swój pomysł na pojedynek. Rywal okazał się bardzo szybki, do tego trudny do trafienia. W trzeciej rundzie rozgorzała prawdziwa wojna, w zwarciu na deski upadł Argentyńczyk i sędzia nieoczekiwanie (i chyba dość kontrowersyjnie) liczył Villalobosa. Trzeba przyznać, że runda 10-8 dla Polaka bardzo się mu przyda. Patryk potrzebował opanowania sytuacji. Kiedy boksował - prowadził pojedynek, kiedy wdawał się w bójkę - tracił przewagę. Walka okazała się bardzo wyrównana. Piąta dla Szymańskiego, szósta dla Vilallobosa, siódma znowu dla Patryka, zaś ósma dla jego rywala. Dwie ostatnie rundy spokojnie można było punktować dla aktywniejszego Jose Antonio Villalobosa i po ostatnim gongu kibice byli nieco skonsternowani. Końcówkę zaakcentował rywal, natomiast po czterech rundach minimalnie na kartach prowadził Patryk. Ostatecznie sędziowie byli niejednogłośni. Żaden nie wskazał remisu. Sedzina Olena Pobyvailo wskazała na Argentyńczyka, natomiast Przemysław Moszumański i Andreas Stenberg opowiedzieli się za Szymańskim. Po najtrudniejszej walce w karierze pas młodzieżowego mistrza Świata zdobywa Patryk Szymański. Polak pozostaje niepokonany, jednak musi wyciągnąć wnioski z tej walki. Dodatkowo otrzymujemy informacje, że od czwartego starcia Villalobos walczył z kontuzją więzadeł kolanowych. Po walce został odwieziony do szpitala. 



W stawce czwartego pojedynku tej ciekawej gali znalazł się tytuł międzynarodowego mistrza Polski wagi ciężkiej. Jest to kolejny powrót na ring Alberta Sosnowskiego, który tym razem stawiał czoła Andrzejowi Wawrzykowi. Zdecydowana większość ekspertów była pewna wygranej Wawrzyka. Dla Andrzeja miała to być łatwa walka, która miała na celu jedynie dopisanie nazwiska Sosnowskiego do rekordu i utrzymanie aktywności przed kolejną galą, na której miał zmierzyć się z Mariuszem Wachem. O "Dragona" można było się bać. Coraz słabsza odporność na ciosy była widoczna już w poprzednich pojedynkach. Pojedynek przeszedł trochę bez echa, toczył się według ustalonego scenariusza. Walkę prowadził Wawrzyk, Albert próbował się odgryzać, jednak nie posiadał atutów. Sosnowski w jednej z początkowych rund dodatkowo rozciął łuk brwiowy, co jeszcze bardziej utrudniło mu toczenie równorzędnego boju z dysponującym dużo lepszym zasięgiem Wawrzykiem. Walka skończyła się w najlepszy możliwy sposób. "Dragon" pokazał sędziemu Jankowiakowi, że nie chce walczyć dalej ze względu na rozcięcie. Oficjalnie Andrzej Wawrzyk wygrał przez TKO w szóstej rundzie. Wilk syty i owca cała. Albertowi nie stała się większa krzywda, zaś Andrzej dopisał wygraną przed czasem do rekordu. Wawrzyk jednak nie zaimponował tak, jak chociażby w starciu z Marcinem Rekowskim. Nie wiem jak ma wyglądać jego przyszłość, ale w USA z rozpoznawalnymi rywalami raczej jest bez szans. Na polskim podwórku nie dojdzie natomiast do jego walki z Wachem, ani Ugonohem. A co u Alberta? To ambitny sportowiec. Należy mu się jubileuszowe, 50-te zwycięstwo na zawodowym ringu i zawieszenie rękawic na kołku. Trzeba przyznać, że osiągnął on w boksie więcej, niż się zapewne sam spodziewał. 



Ewa Piątkowska i Ola Magdziak Lopes stoczyły bardzo ciekawy pojedynek. Mistrzynią Świata mogła jednak zostać tylko jedna z nich. Faworytką była "Tygrysica", jednak już początek walki pokazał, że nie będzie to łatwa przeprawa. Po czterech wyrównanych rundach sędziowie punktowali remis. Po tej czwartej rundzie podkręciła tempo Piątkowska, czego efektem było liczenie w rundzie szóstej. Ewa starała się boksować mądrze i zyskiwać w oczach sędziów. Po ósmej rundzie wiadomo było już, że Magdziak Lopes ratuje tylko wygrana przez nokaut. Na to się jednak nie zanosiło. "Tygrysica" dość spokojnie "dowiozła" przewagę do ostatniego gongu i była pewna wygranej. Sędziowie punktowali jednogłośnie 97-93 i dwukrotnie 96-93 dla Ewy, na której biodrach pięknie prezentował się pas mistrzyni Świata WBC. 
Być może już w następnym pojedynku Piątkowska spotka się z Mikaelą Lauren, która zwakowała pas by spróbować swoich szans w wyższej kategorii. 



Na walkę wieczoru musieliśmy chwilę poczekać, jednak w końcu na tunelach pojawili się główni bohaterowie gali w Gdańsku - Oleksandr Usyk i Krzysztof Głowacki. Na ringu zameldował się także Jimmy Lennon Jr oraz m.in. Vitali Kliczko. Pierwsza runda dla pretendenta. Druga dla mistrza. Walka zapowiadała się na niezwykle twardą, na wyniszczenie. Trzecia runda dla pretendenta, czwarta dla mistrza. Przewagą Usyka wydawała się zdecydowanie lepsza praca na nogach. Był szybszy, ruchliwszy od Krzyśka. Na korzyść Polaka działały ciosy. Jego uderzenia miały większy wydźwięk, jednak "Główka" za bardzo nastawił się na jedną akcję - firmowy lewy sierpowy, na co Usyk był uczulany w narożniku. Piąta runda w moim odczuciu dla Głowackiego, zaś szósta dla Ukraińca. Na półmetku, na mojej karcie widniał remis 57-57. Druga połowa walki miała należeć do Polaka, jednak "Główka" zatracił jeden ze swoich atutów. Stał się w ringu bardzo statyczny. Usyk skakał wokół Polaka i bił różnymi kombinacjami. Głowacki cały czas nastawiony był na siłę. Po mocnych ciosach zostawał w miejscu, co skutkowało szybkimi kontrami Oleksandra. Niestety w moim odczuciu runda siódma dla Usyka, ósma remisowa, natomiast dziewiąta dla mistrza z Polski. Co ciekawe, mający 100% nokautów Ukrainiec ani przez moment nie spróbował podtrzymać tej serii w walce z "Główką". Walczył bardzo zachowawczo, na dystans. Taktyka ta była przygotowana idealnie na Krzyśka, który lubi wdać się w bijatykę. Na ringu w Gdańsku czuł się nieswojo, bo takiej bitki nie dostał. Polakowi dodatkowo walkę utrudniało rozcięcie, które powstało na skutek zderzenia głowami w okolicach trzeciej rundy. Usyk zachował siły na końcówkę i niestety powiększył swoją przewagę. W jedenastej rundzie trafił serią pięciu ciosów - wszystkie czysto ulokowane na głowie "Główki" - Polak ani drgnął, ale sędziowie wiedzieli komu zapisać rundę. W ostatniej odsłonie Usyk padł na deski, jednak nie było to po ciosie. Głowacki gonił Ukraińca po ringu, jednak nic z tego nie wyszło. Kibice mogli mieć nadzieje, że wyrównane starcia sędziowie zapisywali na konto mistrza, jednak tym razem punktacja zaskoczyła "in minus". Adelaide Byrd dała mistrzowi z Polski tylko jedną rundę (ciekawe którą?). Ferenc Budai i Mickey Vann punktowali 117-111 dla Usyka (trzy rundy dla Polaka). Moja punktacja to 116-113 dla Oleksandra Usyka. Gratulacje dla nowego mistrza - tą walką pokazał, że może być nie do powstrzymania w tym limicie. Gratulacje dla obu pięściarzy przede wszystkim za czystą, dżentelmeńską walkę - w oczy rzucił się fakt, iż sędzia ringowy Robert Byrd był praktycznie bezrobotny.




Do pełnego sukcesu gali zabrakło zwycięstwa Krzysia Głowackiego, jednak warto się cieszyć z tego, co mamy. W Ergo Arenie zaprezentowali się pięściarze, z których będziemy mieli pożytek - Stępień, Cieślak i Szymański. Mamy nową mistrzynię Świata, Ewę Piątkowską. No i mamy Krzysztofa, który swoją ambicją i wolą walki mógłby obdzielić kolejnych trzech pięściarzy. On już ma cel - do przyszłorocznych wakacji chce odzyskać status mistrza Świata. I ja mu wierzę. 
Gratulacje dla Andrzeja Wasilewskiego, Piotra Wernera i Tomasza Babilońskiego. Zaryzykowali, zrobili wydarzenie na światową skalę. Być może nie zarobią pieniędzy. Oby stracili ich jak najmniej...

Zdjęcia pochodzą ze stron ringpolska.pl, eurosport.onet.pl, galeria.trojmiasto.pl, przegladsportowy.pl.

niedziela, 4 września 2016

"Od Atlanty po Rio" - przegląd Olimpijczyków na zawodowstwie...

Za nami Igrzyska Olimpijskie w brazylijskim Rio De Janeiro. Wydarzenie to przejdzie do historii boksu ze względu na możliwość uczestnictwa zawodowych pięściarzy, którzy rywalizowali z amatorami na tych samych warunkach. Przed Igrzyskami długo trwała dyskusja, czy to dobry pomysł. Bano się, że zawodowcy są na innym poziomie pięściarstwa i to będzie całkowicie nierówna rywalizacja. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zawodowcy jeden po drugim odpadali z turnieju niekiedy całkowicie odstając sportowo od amatorów. Tylko jeden z nich - niepokonany na zawodowych ringach Mathieu Bauderlique - zdołał wywalczyć olimpijski medal. Medal brązowy w wadze półciężkiej. 


Igrzyska Olimpijskie zawsze są doskonałą okazją na zakończenie przygody z amatorskim boksem, by w glorii chwały przejść na zawodowstwo. Postanowiłem przyjrzeć się wynikom IO w Rio na tle tego, co wydarzyło się w poprzednich latach - od Atlanty po Sydney, Ateny, Pekin i Londyn...

Złoci z Brazylii wrócili Kubańczycy Robeisy Ramirez, Arlen Lopez i Julio De La Cruz, reprezentanci Uzbekistanu Hasanboy Dusmatov, Shahobidin Zoirov oraz Fazliddin Goibnazarov, Kazach Danijar Yeleusinov, Yevgeni Tischenko z Rosji, Francuz Tony Yoka i reprezentant gospodarzy Robson Conceicao.
Czy któryś z nich podpisze po niewątpliwym sukcesie zawodowy kontrakt?
Pojawiła się informacja, że takowy podpisał już uznany za najlepszego pięściarza Igrzysk Hasanboy Dusmatov, jednak sam zainteresowany zaprzecza tym informacjom. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że na zawodowych ringach zobaczymy złotego medalistę w wadze ciężkiej, Rosjanina Tischenkę. Na pewno zawodowcami nie zostaną natomiast znakomici Kubańczycy.
Nie tylko złoty medal jest przepustką do kariery zawodowca. W najbliższym czasie swojej zawodowej szansy doczeka się na pewno srebrny medalista z Rio, Shakur Stevenson, którego do podpisania kontraktu namawia sam Floyd Mayweather Jr. Podobnie rzecz wygląda w przypadku innych wicemistrzów Olimpijskich, Francuza Sofiane Oumihy i Vasili Levita. 

Niestety na pierwszej walce udział w turnieju w Rio zakończyli Tomasz Jabłoński i Igor Jakubowski.

A jak niedawni Olimpijczycy spisują się na zawodowych ringach? Przekonajmy się.

LONDYN 2012

Złotym medalistą z Londynu w najcięższym limicie jest oczywiście aktualny mistrz Świata IBF, Anthony Joshua. Brytyjczyk małymi punktami pokonał wówczas w finale Włocha, Roberto Cammarelle po drodze eliminując takich zawodników jak Ivan Dychko, Erislandy Savona i innego zawodowca, niepokonanego Zhanga Zhilei'a. 
Co ciekawe, w Londynie na pierwszej walce udział w Igrzyskach zakończył złoty medalista z Rio, Tony Yoka.


W wadze ciężkiej ze złotego medalu w Anglii cieszył się Oleksandr Usyk. Ukrainiec stoczył tam trzy zwycięskie walki - w pierwszej pokonał niepokonanego obecnie na zawodowym ringu Artura Beterbieva, w drugiej Bułgara Tervela Puleva, brata niedawnego pretendenta do mistrzowskich pasów w wadze ciężkiej, Kubrata oraz Włocha Clemente Russo w finale.
Na pierwszej rundzie - po porażce z Beterbievem - przygodę z Olimpiadą zakończył Michael Hunter. Beterbiev po pokonaniu Huntera trafił na Usyka i odpadł z rywalizacji w drugiej rundzie.


W wadze do 81 kilogramów najlepszy okazał się Egor Mekhontsev z Rosji. Pokonał on w finale małymi punktami Kazacha Adylbeka Niyazymbetova, który rundę wcześniej odprawił z kwitkiem Oleksandra Gvozdyka. Ukrainiec musiał zadowolić się brązowym medalem.
Z Igrzysk w Londynie w pierwszej rundzie odpadł obecnie niepokonany zawodowiec Marcus Browne, natomiast w drugiej Enrico Koelling z Niemiec.

Bardzo mocno obsadzony był w Londynie limit 75 kilogramów, czyli waga średnia. Wygrał Ryota Murata, który teraz doskonale radzi sobie na zawodowstwie. Z brązowym medalem z tamtych Igrzysk wrócił Anthony Ogogo, który również jest obecnie niepokonany. W drugiej rundzie po porażce właśnie z Ogogo z zawodami pożegnał się Yevgen Khytrov, natomiast do ćwierćfinały doszedł niedawny pogromca Andrzeja Sołdry, Vijender Singh z Indii. Singh w drugiej rundzie w pokonanym polu pozostawił Amerykanina Terrella Gaushę. 


W Londynie jedną walkę od strefy medalowej był także Errol Spence Jr. Amerykanin wygrał dwie pierwsze walki, natomiast w trzeciej uległ wyraźnie Rosjaninowi Andreyowi Zamkowojowi. 

W wadze lekkopółśredniej pogromcą późniejszych zawodowców okazał się Denys Berinchyk, który w drugiej rundzie odprawił Szweda Anthony'ego Yigita, zaś w kolejnej walce poradził sobie z Jeffem Hornem. Zarówno Yigit jak i Horn są niepokonani na zawodowych ringach.

W wadze lekkiej nie miał sobie równych Vasyl Lomachenko. Ukrainiec w Londynie zdobył swoje drugie olimpijskie złoto. Po drodze, konkretnie w ćwierćfinale pozbawił szans na medal Felixa Verdejo. W ćwierćfinale odpadł wówczas mistrz z Rio, Uzbek Goibnazarov, natomiast Robson Conceicao odpadł już w pierwszym pojedynku Igrzysk. 


Luke Campbell to złoty medalista w limicie do 56 kilogramów. Brytyjczyk przeszedł jak czołg przez Igrzyska, w żadnym z pojedynków nie miał najmniejszych kłopotów. Na 1/8 finału udział w Igrzyskach w Londynie zakończył Oscar Valdez, natomiast Denis Ceylan z Danii przegrał już pierwszą walkę z późniejszym srebrnym medalistą, JJ Nevinem.

Waga musza w Londynie nie dała ani jednego późniejszego zawodowca. Kluczowe role odgrywali jednak wówczas Olimpijczycy z Rio. Złoty medal wywalczył Robeisy Ramirez, który swoje osiągnięcie powtórzył w Brazylii. Brązowe medale przypadły Mishy Alojanowi z Rosji i Michaelowi Conlanowi z Irlandii. Alojan w Rio sięgnął po srebro, więc za cztery lata z pewnością będzie celował w najcenniejszy kruszec.

W najniższej wadze nie do powstrzymania okazał się Zou Shiming. 

PEKIN 2008

W wadze superciężkiej w 2008 roku triumfował Roberto Cammarelle, który na zawodową karierę się nie zdecydował. W finale pokonał jednak Zhang Zhileia. Brązowe medale przypadły Vyacheslavowi Glazkovowi i Davidowi Price'owi. Cammarelle w półfinale pokonał Price'a, zaś Glazkov uległ Chińczykowi Zhalei'owi.

W wadze ciężkiej tylko brąz zdobył dzisiejszy dominator, Deontay Wilder. Amerykanin przegrał w półfinale z Clemente Russo, który natomiast w finale uległ Rakhimowi Chakhievowi. To Rosjanin wrócił z Pekinu ze złotym medalem.


W wadze średniej złoty medal wywalczył James DeGale, natomiast waga piórkowa i papierowa powtórzyły swoich mistrzów - Vasyl Lomachenko i Zou Shiming triumfowali po raz drugi.


W Igrzyskach w Pekinie brali udział także Polacy. Rafał Kaczor odpadł w pierwszej rundzie, natomiast Łukasz Maszczyk przebrnął pierwszą i drugą rundę i w ćwierćfinale przegrał z późniejszym brązowym medalistą, Paddy'm Burnesem.

ATENY 2004

W limicie powyżej 91 kilogramów bezkonkurencyjny w 2004 roku okazał się Alexander Povetkin. Rosjanin w półfinale pokonał Roberto Cammarelle. 


W wadze ciężkiej najlepszy był Odlanier Solis. Kubańczyk zapowiadał się na znakomitego zawodowca, jednak przegrał z własnymi słabościami i popadł w przeciętność. 

Waga półciężka to całkowita dominacja Andre Warda, którego dziś śmiało można nazywać jednym z liderów rankingu P4P bez podziału na kategorie wagowe. 


Finał Igrzysk Olimpijskich w 2004 to moment ostatniej porażki Gennady Golovkina. Doskonały Kazach przegrał wówczas walkę o złoty medal z Rosjaninem Gaydarbekiem Gaydarbekovem. Brązowy medal przypadł Andre Dirrelowi. Amerykanin w walce o finał uległ "GGG".


W wadze lekkiej bardzo blisko złota był Amir Khan. Brytyjczyk musiał się jednak zadowolić srebrnym krążkiem. Przegrał w finale z doskonałym Kubańczykiem Mario Kindelanem. 

Rozgrywki w wadze koguciej to popis jednego aktora - tym aktorem okazał się Guillermo Rigondeaux, który zgarnął najcenniejszy medal. 


W wadze muszej triumfował Yuriorkis Gamboa, zaś w najlżejszej wadze po brązowy medal sięgnął Zou Shiming. Był to pierwszy krążek Chińczyka, po którym dołożył jeszcze dwa złota w Pekinie i Londynie. 

Polacy w Atenach mieli trzech swoich reprentantów. Aleksy Kuziemski zakończył rywalizację na pierwszej walce, Andrzej Liczik odpadł w drugiej rundzie, zaś najlepiej zaprezentował się Andrzej Rżany. Polaka w wadze muszej od medalu dzieliła jedna wygrana walka. Odpadł w ćwierćfinale.

SYDNEY 2000

W najcięższej kategorii zwycięzcą na przełomie wieków okazał się Audley Harrison. Brązowym medalem zadowolił się Paolo Vidoz.


W wadze do 91 kilogramów triumfował Felix Savon. Genialny amator w finale okazał się lepszy od Sultana Ibragimova, który później zdobył tytuł mistrza Świata zawodowców.

Gaydarbek Gaydarbekov czyli ostatni pogromca Gennady Golovkina w Sydney zdobył tylko srebro. Brąz trafił natomiast w ręce Zsolta Erdeia.

Jermain Taylor to brązowy medalista z Sydney w limicie wagi lekkośredniej.

W wadze lekkiej ponownie najlepszy okazał się Mario Kindelan. Tym razem w finale wygrał walkę z Anriyem Kotelnykiem. 

W wadze koguciej ponownie bezkonkurencyjny był "Rigo". Dla Kubańczyka wygrana w Sydney to pierwszy olimpijski złoty medal.

ATLANTA 1996

1996 rok i Igrzyska Olimpijskie w Atlancie to ostatni amatorski turniej Władimira Kliczki. Ukrainiec wrócił ze złotym medalem. 


Brązowy medal w turnieju w wadze ciężkiej trafił w ręce Luana Krasniqi. Najlepszy - podobnie jak cztery lata później - okazał się Felix Savon.

W wadze półciężkiej brązowe medale wywalczyli Antonio Tarver i Thomas Ulrich. 

Turniej w wadze do 57 kilogramów był jednocześnie ostatnim przegranym pojedynkiem genialnego Floyda Mayweathera Juniora. Amerykanin bardzo kontrowersyjnie uległ wówczas Serafimowi Todorovowi z Bułgarii w półfinale turnieju. "Money" otrzymał brązowy medal, a Todorov uległ w finale reprezntantowi Tajlandii.


Co się przede wszystkim rzuca w oczy? Olimpijscy medaliści później świetnie prezentowali się na zawodowych ringach. Mayweather, Tarver, Kliczko, Rigondeaux, Taylor, Erdei, Ibragimov, Harrison, Gamboa, Shiming, Khan, Dirrell, Golovkin, Ward, Povetkin, DeGale, Lomachenko, Chakhiev, Wilder, Glazkov, Zhilei, Valdez, Ceylan, Verdejo, Yigit, Horn, Spence Jr, Gausha, Khytrov, Ogogo, Koelling, Gvozdyk, Browne, Mekhontsev, Beterbiev, Hunter, Usyk, Joshua...


Większość z nich była lub jest mistrzami Świata, większość po dziś dzień pozostaje niepokonana. 
Wystarczy mieć nadzieje, że medaliści z Rio już w niedługim czasie będzie cieszyć swoim boksem kibiców boksu zawodowego. Liczymy na to!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Deszczowo i pochmurnie" w Międzyzdrojach - podsumowanie gali...

Bokserska gala w Amfiteatrze w Międzyzdrojach na dobre wpisała się już w coroczny kalendarz wydarzeń sportowych w tym mieście. W tym roku jednak pogoda spłatała organizatorom niezłego psikusa - ulewny deszcz, który akurat w czasie gali przeszedł nad polskim morzem całkowicie storpedował galę i sprawił, że kibice oglądali kolejne walki ściśnięci i zmoczeni - wyglądało to jak zgraja gapiów przyglądająca się bitce pod budką z piwem. Autentycznie...


Kibice chcieli obejrzeć dobry boks. Czy obejrzeli? Nie chciałbym oceniać pochopnie, ale moim zdaniem podczas tego wydarzenia nie było tzw. magnesu. Żadne nazwisko nie przyciągnęło, a Kamil Szeremeta w roli bohatera wieczoru nie do końca spełnił oczekiwania. Warto jednak dodać, że wyjątkowo nie pomógł mu w tym sobotni rywal...
Krótkie podsumowanie gali Seaside Boxing - czas! start!

Wieczór rozpoczął się od najcięższej artylerii - na ringu pojawił się duży Siergiej Werwejko i znany doskonale w Polsce Artsiom Charniakevich. Białorusin, który na zawodowych ringach zdołał wygrać tylko z Włodzimierzem Letrem i jednym ze swoich rodaków postawił twardy opór faworyzowanemu Werwejce i kilkukrotnie zdołał nawet przebić się przez nieszczelną obronę urodzonego na Ukrainie pięściarza. Przewaga Werwejki oczywiście w żadnym momencie walki nie podlegała dyskusji, ale ta walka pokazała, że przed prawie dwumetrowym ciężkim jeszcze kawał pracy. Na chwilę obecną dobrze funkcjonuje tylko lewy prosty Siergieja, a popracować trzeba przede wszystkim nad obroną i pracą na nogach. Bardzo trafnie boks w wykonaniu Werwejki podsumował komentator, Maciej Miszkin, porównując Ukraińca do Mariusza Wacha...

Kolejny pojedynek na gali był jednocześnie rewanżem za walkę z przed półtora roku z Torunia. Piotr Gudel po raz drugi pokonał Krzysztofa Rogowskiego. 26-latek zapowiadał przed walką, że tym razem pokona rodaka wyraźniej, lecz nie udało mu się zrealizować swojego celu. Sędziowie punktowali niejednogłośnie - dwóch wskazało minimalnie na "Gudelka", trzeci wypunktował remis. Walka pokazała, że Gudel oprócz dużej agresji i aktywności w ringu nie dysponuje żadnymi atutami. Absolutnie nie posiada siły ciosu, jest też bardzo podatny na uderzenia rywali. Mający dwukrotnie więcej porażek niż zwycięstw na koncie Krzysztof Rogowski nie wyglądał między linami gorzej niż aspirujący do dużych pojedynków Gudel. Duży pojedynek, o który od dawna doprasza się Białostoczanin może nadejść bardzo szybko. Na gali Polsat Boxing Night szykowany jest ponoć jego pojedynek z niepokonanym, będącym bardzo wysoko w rankingach światowych Kamilem Łaszczykiem. To jednoznacznie pokazuje dwie sprawy: w jakim miejscu jest w tej chwili Kamil Łaszczyk i czy promotorzy mają ochotę dalej inwestować w przyszłość Piotra Gudla. Przyszłość nie rysuje się w kolorowych barwach...


Przemysław Zyśk - człowiek, który nieco rozruszał tą nudną galę w trzeciej walce. Chłopak po raz drugi wszedł za zawodowy ring i ponownie pokazał, że jest człowiekiem godnym uwagi. Przez sześć rund koncertowo obijał Tomasza Piątka, lecz ten za nic w świecie nie chciał paść na deski. "Zyzio" imponował kombinacjami, a przy tym nie podpalał się. Trener w narożniku skutecznie stopował temperament młodego pięściarza. Przemek bardzo dobrze także bronił się przed ciągłymi klinczami w wykonaniu rywala. Chłopak pokazuje, że ma świetny przegląd pola, wie jak skrócić ring, bije bardzo dobrym długim prawym bezpośrednim i - co najważniejsze - jest skuteczny, jego ciosy dochodzą do celu. Głowa Piątka raz za razem odskakiwała do tyłu i tylko ogromnej woli walki zawdzięcza on fakt, iż nie przegrał przed czasem. Zyśk to młody chłopak i przede wszystkim musi zachować dość dużą aktywność. Powinien wychodzić do ringu przynajmniej 4-5 razy w roku, a promotorzy muszą stopniowo podwyższać mu poziom rywali. Jeśli będzie się rozwijał zgodnie z planem, za rok powinien być gotowy na starcie np. z Łukaszem Maćcem. Zdecydowanie jeden z największych wygranych gali w Amfiteatrze.


Następny do ringu wszedł niepokonany Kamil Młodziński. 26-latek po raz kolejny udowodnił, że absolutnie nie ma serca i umiejętności potrzebnych do uprawiania tego sportu. Promotorzy drugi raz z rzędu wybronili Rybniczanina, bo na koncie powinien mieć już dwie porażki. W marcu w Sosnowcu przegrał walkę z Ivanem Njegacem, zaś w ubiegłą sobotę jeszcze bardziej zdecydowanie uległ Krzysztofowi Szotowi. W rekordzie Młodziński ma jednak wygraną z Chorwatem i remis z Szotem. 12 lat starszy Szot dowiedział się o walce z 6-dniowym wyprzedzeniem, był nieaktywny od ponad roku, a przyjechał nad morze i dał lekcje boksu Kamilowi Młodzińskiemu. Promotorzy już dobrze wiedzą, że nie ma co inwestować w chłopaka. Jedynym usprawiedliwieniem dla Kamila może być fakt, że przygotowywał się pod innego rywala. Przeciwnikiem miał być Tomasz Król. Co do Szota - co doświadczenie, to doświadczenie. 38-latek pokazał, że mógłby jeszcze być świetnym testerem dla młodych rodaków. Być może jeszcze dostanie szanse...


Bezpośrednio przed walką wieczoru na ring weszli młodzi Przemysław Runowski i Elmo Traya z Filipin. W stawce walki znalazł się pas WBC Youth Intercontinental w wadze super lekkiej. Walka zakontraktowana została na 10 rund. Początkowo młody Filipińczyk dominował nad Polakiem szybkością i agresją w ringu. W moim odczuciu wygrał pierwsze dwa starcia, lecz w trzeciej do głosu zaczął dochodzić Runowski. "Kosiarz" imponował skutecznością, trafiał na bardzo wysokim współczynniku, stopował ataki Trayi i po kilku rundach przeciwnik nie szedł już tak ostro do przodu, a wręcz zaczął się cofać. Runowski coraz bardziej przyspieszał tempo i w siódmej rundzie był nawet bliski wygranej przed czasem. W końcówce tempo nieco spadło, a ostatnią rundę można było śmiało zapisać na konto gościa z Filipin. Walkę jednak zdecydowanie wygrał Polak, przy okazji zgarniając pas. Obiektywnie, punktacja była nieco zbyt wysoka, ale do tego zdążyliśmy się już na polskich galach przyzwyczaić. Krzysztof Bubak zapisał wszystkie rundy dla "Kosiarza", zaś Mirosław Brózio i Piotr Kozłowski jedno starcie dali Elmo Trayi. Ja punktowałem 97-93 - pierwsze, drugie i ostatnie starcie dla rodaka takich pięściarzy jak Manny Pacquiao i Nonito Donaire. Przemek został szczęśliwym posiadaczem młodzieżowego pasa mistrzowskiego federacji WBC i w dalszym ciągu pozostaje niepokonany. Ciekawy jestem jak wyglądać będzie kariera Runowskiego w najbliższym czasie...


Co można powiedzieć o walce wieczoru? Że świetnie się zapowiadała - młody i niepokonany Polak, Kamil Szeremeta zmierzy się w ringu z były mistrzem Świata... Szkoda tylko, że z byłego mistrza Świata, Kassima Oumy nie pozostało zupełnie nic. Ugandyjczyk odważnie zapowiadał przed walką, że wraca bo czuje, że może jeszcze namieszać w czołówce. Śmiesznie brzmią te słowa po tym, co zaprezentował w walce z Kamilem. Ouma dreptał po ringu, jego obrona polegała na zasłanianiu się barkiem, w przerwach między rundami tańczył w narożniku, a przeciwko Szeremecie nie pokazał kompletnie nic. Absolutnie nie zasłużyć nawet na wypłatę. Muszę się przyznać, że wydarzenie wieczoru było nudne do tego stopnia, że... przymknąłem oko w okolicach siódmej rundy. Każda runda jednak wyglądała tak samo. Szeremetę nieco przygniotła chyba perspektywa bohatera wieczoru, atakował sporadycznie i wyglądało na to, że nie chce zbytnio zaryzykować obawiając się doświadczenia Kassima. Polak oczywiście zdał egzamin, ale pomógł mu w tym wyraźnie Ouma, który przeszedł obok pojedynku ewidentnie grając na nosie organizatorom gali, którzy zapowiadali go jako wybitnego pięściarza...




Sześć pojedynków, sześć decyzji sędziowskich, zero nokautów. 
Przykro mi, ale galę znów muszę uznać za mało udaną pod kątem wyrazistości i emocji. Kamil Szeremeta to bardzo solidny zawodnik, ale jeszcze nie na walki wieczoru. 
Do organizatorów - warto się następnym razem zastanowić jak rozwiązać sprawę ewentualnego deszczu. Międzyzdroje 2016 to idealny przykład na to, że nie w każdych warunkach może odbyć się bokserskie show. Owszem, ring i kilka pierwszych rzędów było zadaszonych, ale reszta kibiców poustawiała się za siedzeniami tak, że wyglądało to bardziej jak pokaz nowych garnków Philipiaka. Ponadto pięściarze niemiłosiernie ślizgali się po macie ringu - w szczególności Gudel i Runowski. Niestety - boks to sport typowo na halę, najlepiej duże hale. Koniecznie pod dachem... 

Zdjęcia pochodzą ze stron ringpolska.pl i polsatsport.pl.

czwartek, 18 sierpnia 2016

"Co poszło nie tak?" - sytuacja Kamila Łaszczyka...

Dzisiejszy artykuł będzie nieco inny od poprzednich. Tytuł jest pytaniem. Ale pytanie "Co się dzieje z Kamilem Łaszczykiem?" zadawane jest w ostatnim czasie coraz częściej. Dodam, że nie bez powodu...


Łaszczyk to wielce utalentowany zawodnik wagi piórkowej. Urodzony w 1991 roku we Wrocławiu "Szczurek" szybko zyskał łatkę tego, który będzie w stanie zamieszać na szczytach światowego boksu. 
Kamil przeszedł na zawodowstwo po znakomitym okresie amatorskim. Pięściarz ten może pochwalić się imponującym rekordem 110 wygranych w 117 amatorskich pojedynkach. Tylko siedmiokrotnie musiał uznawać wyższość przeciwników. Łaszczyk miał dużo szczęścia na początku swojej zawodowej kariery, gdyż skorzystał z pomocy Fundacji Global Boxing, która wspierała polskich pięściarzy na międzynarodowych imprezach bokserskich. Młody 20-latek trafił pod skrzydła prezesa Global Boxing, Mariusza Kołodzieja i trenera Aroza Gista. Pierwsze zawodowe pojedynki toczył w Stanach Zjednoczonych, gdyż jego limit wagowy jest bardzo mało popularny w Europie. Prawdziwy boks Łaszczyk poznał więc za oceanem. W Polsce wszyscy wiedzieli kim jest Kamil Łaszczyk. Odliczano dni do jego zawodowego debiutu.


Będący brązowym medalistą Mistrzostw Europy i sześciokrotnym Mistrzem Polski w różnych przedziałach wiekowych "Szczurek" efektownie rozpoczął zawodową karierę nokautując anonimowego Emila Brooksa. Taki sam rezultat powtórzył dwa tygodnie później, a po miesiącu od debiutu Kamil miał już na koncie trzy walki zakończone przed czasem. Nie obyło się jednak bez małej wpadki. W trzecim pojedynku z Javierem Ramosem dał się zaskoczyć i wylądował na deskach. Wszystko jednak sam zakończył już w pierwszym starciu. Pojawił się jednak pewien niepokój - Łaszczyk może nie mieć silnej szczęki...

Po szybkich trzech walkach nastała półroczna przerwa. Kamil sam nie wiedział, gdzie będzie walczył. Z promotorami ustalił, że gale z jego udziałem w USA i w Polsce będą się przeplatać. Po przerwie Wrocławianin znów w ekspresowym tempie stoczył trzy pojedynki. W październiku 2011 roku po raz pierwszy sprawdził się na pełnym dystansie. Wygrał zdecydowanie. Dwie kolejne potyczki zakończył w pierwszej rundzie. W grudniu zadebiutował na gali w Polsce. W warszawskim hotelu Hilton w zaledwie 70 sekund rozbił Węgra, Istvana Pasztiego. Pierwszy rok kariery Kamil zakończył z bilansem sześciu zwycięstw, w tym pięciu przed czasem.

Rok 2012 Łaszczyk zaczął od przejścia na "sześciorundówki". W pierwszej połowie roku stoczył trzy walki - wygrywał na punkty z Samuelem Sanchezem i Tevinem Farmerem w Stanach oraz Nikitą Łukinem w rzeszowskiej Hali na Podpromiu. W pojedynku z Farmerem zdobył pierwszy pas WBO Youth w wadze super piórkowej, jednak walka nie była łatwa. Jeden z sędziów punktował ledwie 77-75. Był to pierwszy występ Kamila na dystansie 8 rund. Druga połowa roku 2012 i cały 2013 Łaszczyk walczył w Polsce. Najpierw w rodzinnym Wrocławiu zastopował Gennadyi'a Delisandru zgarniając pas WBC Baltic Silver. W listopadzie miał po raz pierwszy wystąpić na królewskim dystansie. Stawką walki z niepokonanym Antonio Cossu był kolejny pas, tym razem WBO InterContinental. Łaszczyk zdał test, wypunktował rywala oddając mu tylko jedną rundę. W 2013 roku "Szczurek" po raz pierwszy spotkał się w ringu z Polakiem. W świetnie zapowiadającym się pojedynku wygrał na punkty z Krzysztofem Cieślakiem, jednak punktacja 99-91 była zdecydowanie za wysoka. Pojedynek był dużo bardziej wyrównany, a przebieg walki wskazywał bardziej na remis, niż na tak zdecydowaną wygraną młodszego z Polaków. 
Kolejna walka - kolejny Polak. Tym razem niewygodny Krzysztof Rogowski. Łaszczyk nie dał mu szans wygrywając wszystkie rundy, jednak trzeba przypomnieć, że wtedy jeszcze "Roguś" nie był zawodnikiem na telefon. W połowie roku do Polski, a konkretnie do Amfiteatru w Ostródzie przyjechał legitymujący się bardzo dobrym bilansem 23-3 Andrei Isaev. Kamil Łaszczyk po raz pierwszy bronił pasa WBO I-C. Isaev dał Polakowi ciężką walkę. Ostatecznie sędziowie dali Polakowi osiem z dwunastu rund i zgodnie punktowali 116-112. Dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia Kamil wystąpił jeszcze na gali w Radomiu, ale nie dał sobie zrobić krzywdy wygrywając szybko i efektownie z Laszlo Fekete. 
Kamil pozostawał bardzo aktywny, walczył dość często i przede wszystkim efektownie. Dysponował bardzo dużą szybkością, świetną pracą na nogach i ogromną ilością kombinacji. Po 2013 roku jego rekord brzmiał: 15-0. Siedem walk wygranych przed czasem. Wychodziło aż pięć walk na rok, co jest świetnym wynikiem. Nadzieje na poważne pojedynki rosły...



Na początku 2014 roku Kamil stoczył - przynajmniej w moim odczuciu - najlepszy pojedynek w dotychczasowej karierze. W UIC Pavillon w Chicago stanął na przeciwko Daniela Diaza. Amerykanin miał być największym testem w karierze "Szczurka", jednak już w pierwszej rundzie zapoznał się z deskami. Kamil skontrolował pojedynek do samego końca i wygrał "do jednej bramki". W maju na gali w malutkim Ślesinie pokonał Fina, Tuomo Eronena zdobywając tytułu międzynarodowego mistrza Polski w wadze piórkowej, a także został mistrzem Świata mniej znaczącej federacji WBF. 
Kamil coraz częściej trenował w Polsce pod okiem trenera Piotra Wilczewskiego i - nie wiedzieć czemu - zaczął mieć w ringu kłopoty, aktywność spadła, zaczęły się pojawiać kontuzje. Nie wiem, czy to "zasługa" Wilka, ale podobnie działo się z Mariuszem Wachem pod okiem Wilczewskiego. 
W październiku w Dzierżoniowie Kamil napotkał nieoczekiwane problemy w walce z Sergio Romero. Dwóch sędziów punktowało tylko 77-75, a Kamil schodził z ringu jakby przed chwilą przebiegł maraton. Wcześniej świetnie radził sobie przecież na dystansie 12 rund. Co się więc stało z Łaszczykiem?
Pod koniec roku Kamil stoczył jeszcze walkę z legitymującym się ujemnym bilansem Antonio Horvaticiem. Rywal nie miał nic do powiedzenia, ale Kamil nie miał siły, by zakończyć walkę przed czasem. Coś przestało grać...



Walka z Horvaticiem była ostatnim występem Łaszczyka przed polską publicznością. 
W 2015 roku na Florydzie zmierzył się z Jose Luisem Araizą. Rywal nie miał prawa zrobić Kamilowi krzywdy, a kibice przecierali oczy ze zdumienia, kiedy w drugim starciu Polak dwukrotnie lądował na deskach. Potwierdziły się przypuszczenia o słabej szczęce "Szczurka", którego Araiza rzucał na deski sygnalizowanymi ciosami. Kamil ostatecznie przetrwał kryzys i sam zakończył pojedynek kilka rund później, ale nie był to dobry występ w wykonaniu pięściarza, który był już numerem 5 federacji WBO na świecie. 
Walka z Oscaurisem Friasem przelała czarę goryczy. Reprezentant Dominikany przyjechał do Stanów Zjednoczonych z bilansem 16-0, jednak niech ten rekord nikogo nie zwiedzie. Najlepszym jego przeciwnikiem był niejaki Alejandro Lebron, rekord - UWAGA - 4-48-3. Nikt się nie przewidział. Cztery wygrane, 48 porażek i 3 remisy. Nie było prawa spodziewać się innego rozstrzygnięcia niż wygrana przed czasem Kamila Łaszczyka. Polak jednak pozwolił rywalowi na przeboksowanie wszystkich rund, a Frias stracił po drodze punkty tylko za ciosy poniżej pasa. Kamil nie miał ani kondycji, ani siły, ani - przede wszystkim - pomysłu na to, jak wykończyć słabiutkiego przeciwnika. Zaczęła się równia pochyła i widział to każdy, w Polsce i w Ameryce.
Po wygranej nad Friasem, Kamil odczekał osiem miesięcy. Mówiono nawet o jego pojedynku o światowy czempionat, jednak kibice w Polsce widząc ostatnie wyczyny Łaszczyka, łapali się za głowy. W końcu Kamil wystąpił na gali w Londynie, jego rywalem mianowano Ignaca Kassai, z pięćdziesięcioma porażkami na koncie. Kamil wygrał, lecz oddał nawet rundę dużo słabszemu rywalowi. Znów nie zachwycił. 
W mediach zaczęły pojawiać się informacje, że tym zwycięstwem Kamil zapewnił sobie walkę z Lee Selby'm, mistrzem Świata IBF, jednak od tego czasu Polak pauzuje. Nikt nie wie, kiedy wystąpi po raz kolejny, nikt nie wie gdzie odbędzie się jego najbliższa walka. Co najgorsze - nikt nie wie, kto go będzie do takowej walki przygotowywał. W moim odczuciu talent został zmarnowany...


Kamil Łaszczyk w dalszym ciągu pozostaje niepokonany. Co lepsze - dalej pozostaje w ścisłej czołówce rankingu WBO (w tej chwili na "szalonym" drugim miejscu) i ciągle realna jest jego walka o mistrzowski tytuł. Serio? Należy się zastanowić, czy po takiej serii - nie ma co się oszukiwać - słabych występów, należy ryzykować zdrowie naszego pięściarza. Mistrzami w wadze piórkowej są teraz zawodnicy, których bardzo ciężko będzie przeskoczyć. Carl Frampton, od niedawna mistrz WBA, wspomniany Lee Selby, mistrz IBF, Gary Russel Jr, mistrz WBC i Oscar Valdez, mistrz WBO. Którego z nich miałby pokonać Kamil? Odpowiedź jest prosta - niestety na tym etapie żadnego.
Zniknął też argument, który działał dotychczas na korzyść Kamila, a mianowicie wiek. Łaszczyk jest jeszcze młody, ma 25 lat, ale Valdez jest tylko rok starszy. Frampton, Selby czy Russel także nie przekroczyli jeszcze 30-tki. Czego brakuje Polakowi? Warunków fizycznych, siły ciosu, odporności na ciosy i przede wszystkim trenera z prawdziwego zdarzenia. Różnica jest jednak podstawowa - oni idą do przodu, Kamil został na pewnym etapie, którego nie przeskakuje. Czy kiedykolwiek przeskoczy? Z taką "organizacją" obawiam się, że nie. Wielka szkoda Wrocławianina...